niedziela, 20 marca 2016

Rozdział 16

(oczami Jimmiego)
Chwyciłem tackę z jedzeniem dla Amy i pobiegłem do jej pokoju. Mam jeszcze trochę czasu, bo babcia Roberta poszła na jakąś mszę czy coś takiego. Cholera, czy ta Amy musi jeszcze spać? Musiałem ją obudzić. Kilkanaście sekund później patrzyła na mnie z nienawiścią w oczach. Ale jedno spojrzenie na jedzenie wystarczyło, żeby wybaczyła mi pobudkę.
- Musisz mi pomóc – stwierdziłem.
- Nie, dzisiaj to ty mi pomożesz. – odpowiedziała. Popatrzyłem na nią pytająco.
- Zauważyłeś coś wczoraj? – zapytała. Wczoraj działo się dużo rzeczy. Pokręciłem przecząco głową. – Jimmy, wczoraj wszyscy nas mylili. Więc dziś pójdziesz do schroniska dla kotów odrabiać moje prace społeczne. Tylko ucharakteryzuję cię trochę lepiej.
- Ok.
Amy nałożyła mi dziś naprawdę bardzo dużo tego wszystkiego na twarz. Wydawał się zadowolona z rezultatu. Z jej szafy udało mi się wygrzebać uroczą plisowaną spódnicę i koronkową bluzkę. W tym czasie dziewczyna pouczała mnie co mam robić, a czego mam nie robić. Szkoda, że na liście nie robić było zabieranie kotów do domu. Udało mi się w to wszystko przebrać i wtedy Amy pozwoliła mi zobaczyć się w lustrze. No, muszę przyznać, że byłem bardzo atrakcyjną dziewczyną. Amy podała mi swoje prawo jazdy i wytłumaczyła, jak jedzie się do schroniska.
Wyszedłem z jej pokoju. Na szczęście Roberta nigdzie nie było i nie mógł się uwalić tego, że wykluczam go z zabawy. Wsiadłem do szpanerskiego samochodu Amy i pojechałem pod schronisko.
- Amy!! Fajnie że jesteś!! – zobaczyłem jakiegoś dziwnego gościa z wystającymi zębami. Cholera. Amy nie mówiła nic o kolesiach z zębami.
- Cześć – mruknąłem i wysiadłem. Szpilki to był błąd. Przez nie był o prawie głowę niższy. Nagle zorientowałem się, że gościu gapi się na moje nogi. To było okropne. Już nigdy nie będę się gapić na nogi żadnych dziewczyn. Chłopak przeniósł zainteresowanie na wypchany skarpetkami stanik. To było jeszcze bardziej stresujące.
- Przestań się gapić – syknąłem.
- Przepraszam, Amy po prostu jesteś bardzo ładna – powiedział i zrobił się czerwony – Tak ładna, że nie mogę oderwać od ciebie oczu. Może gdzieś razem wyskoczymy?
Musiałem wybić mu z głowy pomysły umawiania się ze mną. Nie jestem gejem, a on skoro zarywa do mnie teraz to też nie jest. Ale nie mogę mu nic powiedzieć, jestem tu dla Amy, a jak coś powiem to będzie miała przesrane. Jimmy, pamiętaj!! Jesteś Amy! Co ona by zrobiła??
- Nie wiem co mój chłopak by na to powiedział. – powiedziałem. Nie byłem przyzwyczajony do dawania kosza innym facetom biorącym mnie za kobietę, dlatego ten tekst był taki słaby. Biedny dzieciak z zębami się mocno speszył. Trochę mi go żal. Nie chcę, żeby miał złamane serce albo coś w tym stylu.
- Ale i tak może gdzieś ze mną poszła?? – jego głos uderzył w bardzo wysoki ton. No proszę, naprawdę mu zależy.
- Nooo, dobrze. – może jak gdzieś pójdziemy to się zniechęci? Dziwny człowiek z zębami zrobił tryumfującą minę. Page, w co ty się do cholery wjebałeś!?
- Pokażę ci co masz robić – powiedział i chwycił mnie pod rękę. Chłopak kazał mi się zarejestrować u jakiegoś dziwnego gościa. A potem zaprowadził do pomieszczenia pełnego kotków. Było ich tam tak dużo, i były takie biedne, i takie samotne, i smutne, że poczułem łzy w oczach. Szybko przetarłem oczy dłonią, ale gościu to zauważył.
- Coś się dzieje? Masz alergię? – zapytał przerażony.
- Niee… po prostu to jest takie smutne, że one są takie samotne i nie mają nikogo na świecie – powiedziałem nieudolnie usiłując powstrzymać łzy.
- To może weźmiesz kotka? – zaproponował.
- Nie.
- Ale dlaczego? – spytał lekko zawiedzony.
- Bo mam już Bartka. – ups. Jimmy, debilu!! Jesteś Amy, a krówcia jest Jimmiego!
- Bartka? Czy to…czy to…pies? – zapytał drżącym głosem i się odsunął.
- Nie. Krowa. Mieszkam z nią.
- Masz fajne poczucie humoru. – stwierdził i zachichotał – Ale dlaczego nie chcesz kici?
- Bo nie mogę. Mieszka ze mną dużo ludzi… ale pomyślę.
- Ale to takie urocze, że wzruszają cię kicie. Nie tylko śliczna, ale też masz takie dobre serce…
Postanowiłem zmienić temat i po chwili naprawdę miło nam się rozmawiało przy nasypywaniu karmy do misek. Przy okazji dowiedziałem się, że dziwne dziecię to Freddie i jest z Zanzibaru. Poczułem, że praca w schronisku może być całkiem przyjemna. No może poza tymi wszystkimi komentarzami Fredka. Kurwa, on się chyba we mnie zakochał.


(z perspektywy Lucy)
Siedziałam właśnie w kuchni, próbując przygotować obiad. W domu oczywiście nie było nic jadalnego, więc wysłałam Rogera na zakupy.
Robert niczego nie gotował, od kiedy rozstał się z Amy. Cały czas siedział w ogrodzie i rozmawiał z Bartoszem. Było mi go żal, ale rozumiałam decyzję mojej przyjaciółki.
Zajrzałam do garnka z gotującą się zupą i zamieszałam, żeby się nie przypaliła. Wszyscy ostatnio chodzili jacyś tacy przygnębieni, więc postanowiłam przygotować nalesniki. Wiedziałam, że napewno nie będą tak dobre, jak te, które przygotowuje Robert, jednak liczą się chęci, nie?
Nagle ktoś objął mnie od tyłu. Odwróciłam się. Roggie. Uśmiechnęłam się, odpowiedział delikatnym pocałunkiem.
-Co robisz? -zapytał
-Usiłuję przygotować obiad.
-Pomogę Ci - zaoferował się blondyn
Zaczęliśmy razem smarzyć naleśniki. W pewnym momencie Roger sypnął na mnie mąką. Obróciłam się i rzuciłam w niego jajkiem. Trafiłam. Zadowolona z siebie też sięgnęłam po mąkę, kiedy trafiło mnie jajko Roga. To oznaczało wojnę.
Po kilku minutach cali byliśmy w produktach do naleśników (i udało nam się kilka usmażyć). Roggie zbliżył się do mnie. Zrobiło się... romantycznie? Nie, Lucy, co Ty gadasz, jesteście w kuchni całkowicie uwaleni ciastem do naleśników. Nie ważne.
Zauważyłam Roberta i gwałtownie odsunęłam się od Rogera. Percy popatrzył na nas z zazdrością. Widziałam, że był bardzo smutny. Nie mógł sobie poradzić po rozstaniu z Amy. Popatrzyłam na niego przepraszającym wzrokiem, jednak nie zwrócił na mnie uwagi i poszedł na górę.
-Lucy, dlaczego Amy z nim zerwała?
-To trudne Roggie, nie zrozumiesz. Ale to była słuszna decyzja.
Blondyn pokiwał głową ze zrozumieniem.
Dokończyliśmy naleśniki i zaczęliśmy sprzątać. Zwykle Robert się wszystkim zajmował...
Do kuchni właśnie wszedł David. Popatrzyłam na niego wyczekująco. Podejrzewałam, że czegoś potrzebował.
-Lucy, jestem głodny. - postawiłam przed nim talerz zupy. Popatrzył na mnie zaskoczony. Cóż, nigdy nie byłam zbyt miłą siostrą. Ale teraz zależało mi na wspólnym obiedzie. Wysłałam Rogera po Amy i Jackie, a sama poszłam po Roberta. Jimmy akutat wszedl do domu i kiedy tylko poczuł zapach naleśników popędził do kuchni.
Weszłam po schodach na górę i skierowałam się do sypialni Roberta. Zapukałam, jednak nie doczekałam się odpowiedzi. Pchnęłam więc drzwi i weszłam do środka. Chłopak leżał na łóżku i wpatrywał się w sufit. Usiadłam obok niego.
-Chodź na dół, zrobiliśmy obiad.
-Nie jestem głodny. - odburknął
-Daj spokój, zawsze trzeba zjeść. - przypomniałam mu nasze motto życiowe. Blondyn niechętnie podniósł się i powoli wstał.
Kiedy zeszliśmy na dół, wszycy siedzieli już przy stole. Szybko zajęłam miejce obok Rogera, więc Robertowi pozostało tylko to naprzeciwko Amy. Niechętnie usiadł.
Spiorunował dziewczynę spojrzeniem pełnym nienawiści. Amy odpowiedziała mu tym samym. Nikt się nie odzywał.
Kurwa, nie tak to miało wyglądać.


następnego dnia
(oczami Jimmiego)
Znów wszedłem do schroniska. W drzwiach przywitał mnie szczęśliwy Freddie. Od razu zobaczył, że jestem trochę przybity. Trochę to za mało powiedziane. To moja wina, że związek Amy i Roberta się rozleciał. Olałem go i poszedłem powiedzieć, że zaczynam pracę. Sprzątałem sobie w spokoju klatki kotów gdy nagle ten napalony debil się pojawił.
- Amy, co się dzieje!? Widzę, że jesteś jakaś smutna…
- Nieważne.
- Kochana… Mi możesz powiedzieć wszystko… - jego głos brzmiał eh? Uwodzicielsko?
- No dobra, jeśli tak chcesz wiedzieć to rozstałam się z Robertem.
Oczy chłopaka dziwnie się zaświeciły. Kilka sekund później stałem oparty o ścianę, a Fred był dosłownie kilkanaście centymetrów ode mnie, przesuwając dłonią po mojej nodze. Cholera, trzeba to skończyć. Amy będzie musiała mi wybaczyć.
- Czyli jesteś już wolna, tak?
- No tak… ale my nie możemy być razem!
- Dlaczego?
- Boo… ja palę! Nałogowo!! Jak komin!!
- To nie jest problem.
- I piję. Mam naprawdę duży problem z alkoholem.
- Nie przeszkadza mi to.
- Jestem farbowana. Tak naprawdę jestem ruda.
- Nie dbam o to!
- Uciekłam z klasztoru!! Tak naprawdę jestem zakonnicą!!
- Nieważne!
- Nie mogę mieć dzieci!
- Słyszałaś kiedyś o adopcji?
- Mam alergię na koty!!
- Na pewno można się jakoś odczulić!
- Nie jestem Amy!
- Twoje imię nie ma znaczenia!
- Kurwa, jestem facetem!!
- Ja cię kocham. To nie jest ważne.
Kurwa! Kurwa! Kurwa!
- Dasz sobie kiedyś spokój?
- Z tymi kotami to było kłamstwo, prawda?
- Tak…
- No to nie widzę przeciwskazań dla naszego związku.
- Gościu, ja ci mówię: Jestem facetem!! Rozumiesz!? FACETEM!!
- I co z tego? Ja cię kocham. Możesz sobie być facetem.
- Chwila, czegoś nie rozumiem! Mówię ci że jestem FACETEM, a ty nie masz z tym żadnego
problemu? – byłem przerażony. Ale on nie zdawał się tym przejmować. Chyba wjebałem się w jeszcze większe gówno. Trzeba było nic nie mówić.
- Tak właściwie to mnie trochę kręci – stwierdził. – Wiesz, pobudzasz moja wyobraźnię… zastanawiam się jak wyglądasz bez tej całej tapety i przebieranki. W ogóle bez ubrań. W łóżku. Ze mną.
- Przestań. – właśnie dotarło do mnie jak bardzo mam przesrane. W dodatku Fred się nie odsuwał. Wręcz przeciwnie. Był coraz bliżej. I bliżej. Musiałem się wyrwać. Szybko odskoczyłem na bok. Jednak to że większość życia chodziłem na stepowanie przydało się do czegoś więcej niż dostania kilku medali. Ale nie przewidziałem tego, że Freddie rzuci się w stronę drzwi i zamknie je na klucz. Którego ja nie mam. Jest jeszcze gorzej. Czyli będę zmuszony biegać po całym pomieszczeniu i uciekać przed napalonym zboczeńcem gejem. Który właśnie oznajmił mi, że chce iść ze mną do łóżka. Świetnie.
Freddie podszedł do mnie. Nie da mi nigdy spokoju. Siadłem zrezygnowany na ziemi. Jak ma mnie zgwałcić, to proszę bardzo. Jesteśmy zamknięci w małym pomieszczeniu wypełnionym kotami. Ale chłopak nie próbował mnie zgwałcić. Siadł obok mnie i objął mnie ramieniem. Raczej w troskliwy sposób.
- Eeej, kochanie. Nie smuć się. Ja wiem, że związek między dwoma facetami to coś trudnego, szczególnie jeśli chodzi o akceptację ze strony środowiska, znajomych i rodziny. Ale liczy się to uczucie, które jest między nami. Tylko my. Ale sobie poradzimy.
- Ale ja nie jestem gejem… - jęknąłem.
- To dlaczego do cholery przebierasz się za kobietę? Udajesz jakąś Amy… to jest trochę podejrzane, wiesz? To przedstawia cię jako dziwnego zboczeńca, który zrobił jej coś złego. – powiedział i trochę się odsunął - Może powinienem zadzwonić na policję? Powiedzieć im wszystko?
- Nie, proszę.
- A dlaczego? Jeśli jesteś groźny to powinni się tobą zająć. Nie wiem… może powinni znaleźć ciało tej biedniej dziewczyny? Powiedzieć jej rodzinie, co się z nią stało? Jesteś typem psychopaty. Kręci mnie to jeszcze bardziej… ale jeśli jesteś groźny, to chyba powinieneś być na jakiejś terapii?
- Przestań…
- Teraz próbujesz się usprawiedliwić? Nie chcesz siedzieć w zamknięciu do końca życia?
- Tutaj nie chodzi o mnie, tylko o Amy. Robię to dla niej. Miała wypadek, a będzie miała przesrane jak nie zda do następnej klasy. A chodzenie tutaj to jest warunek. Więc błagam, nikomu nie mów.
- Jaki facet robi coś takiego? – mruknął smutno Freddie – Chyba tylko zakochany…
- Nie. To jest taka jakby siostra.
- Czyli jej nie kochasz? – zapytał z nutką nadziei w głosie.
- Nie w ten sposób w jaki to się liczy.
- Czyli dla nas jest jeszcze szansa? – teraz już brzmiał euforycznie.
- Freddie, przestań.
- Kochanie, jeśli potrzebujesz czasu to w porządku. Ja poczekam.
- To miło z twojej strony – to faktycznie było miłe, że dawał mi czas na ‘przemyślenie’ naszego związku. Może mu trochę przejdzie. Łatwo przyszło, łatwo pójdzie.
Wstałem i wróciłem do sprzątania. Freddie też się zajął jakimiś klatkami.
- Ale nikomu nie powiesz? – upewniłem się.
- Nic czego nie chcesz, skarbie.
Popatrzyłem na koty. Nagle w mojej głowie pojawił się po prostu świetny pomysł.
- Freddie, mogę zabrać kota? Dla Amy. I jeszcze jednego. Dla Roberta.
Nagle Fred rzucił mi się na szyję. Może mój pomysł wcale nie był taki świetny?
- Jesteś idealny! Najlepszy!! Nie dość, że jesteś taki przystojny i cudowny, zdolny do poświęceń to jeszcze bierzesz dwa biedne, bezpańskie kotki!!! Wyjdź za mnie!!


*wieczorem*
Wszedłem wściekły do domu. Pieprzony Freddie. Przez niego musiałem zahaczyć o jakiś klub. Nienawidziłem zawodzić przyjaciół, a czułem , że Am będzie wściekła. No trzeba przyznać, że była trochę wybuchowa. Obiecałem jej że będę tam chodzić za nią, a tu drugi dzień i już wpadka. Miałem nadzieję, że Amy już śpi i będę musiał dopiero jutro tłumaczyć. Jutro, bo Freddie pewnie dziś zgłosił całą naszą akcję, a jutro pewnie wywalą Amy ze szkoły. Cholera.
W salonie zobaczyłem Jackie i Bartosza. Dziewczyna trzymała w ręku dzbanek z mlekiem. Ciągle była jedyną osobą, która umiała obsługiwać moją krowę.
- Dla Amy. – powiedziała. – Chcesz trochę?
- Nie…
Zorientowałem się, że dziewczyna się na mnie dziwnie patrzy.
- Co się stało? – spytałem.
- Nic, po prostu się rozmazałeś. – powiedziała z lekkim uśmiechem. – Wiesz, właściwie tak się zastanawiałam, skąd masz kasę na krowę. Wiem jakie one są trudne w utrzymaniu. A ty jesteś tak zdesperowany w poszukiwaniu pieniędzy, że łazisz w damskich ciuchach do schroniska dla kotów. Znaczy wiesz… nie chcę być jakaś wścibska czy coś, ale z tego co wiem, to ten twój zespół się rozleciał już trochę czasu temu i Robert mi mówił, że nie miałeś z tego pieniędzy już od dawna…
Dalej już jej nie słuchałem. Cholera. Pobiegłem do siebie zostawiając zaskoczoną dziewczynę w pół zdania. Rzuciłem się na łóżko. Usiłowałem obliczyć ile czasu mi jeszcze zostało. Kurwa. Kilka dni. Wbiłem twarz w poduszkę. Ja nie chcę umierać. Mam dopiero dwadzieścia cztery lata. Całe życie przed sobą. Wszyscy wróżyli mi karierę i w ogóle, a za kilka dni zginę w wypadku samochodowym, o ile dobrze pamiętam.
Wiedziałem, że muszę pożegnać moich przyjaciół. Nie wiem, jakaś imprezka. Niee, nie mam siły na imprezy. Muszę wyjechać i się schować. Zostawię im list. Zrozumieją. Zacząłem pisać, ale to nie miało sensu. Jak wszystko. Bo co mam napisać? Że jestem idiotą więc muszę uciec? Wepchałem list do kieszeni i wróciłem do łóżka. Postanowiłem funkcjonować normalnie. Ale spróbuj żyć normalnie ze świadomością, że zaraz umrzesz. Wpatrywałem się tępo w sufit. Debil, debil, debil. Spróbowałem sobie wyobrazić moich przyjaciół po mojej śmierci. Amy będzie udawać, że nic się nie stało, ale wiem, że będzie bardzo cierpieć. Nie mogę tego zrobić własnej siostrze. Virgin, moja druga siostra. Ona też nie powinna przeze mnie płakać. To samo z Robertem. To mój najlepszy przyjaciel. Albo Lucy. I David. Kurwa. Nawet tego frajera Tima nie chcę krzywdzić. I jeszcze Jackie. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie napisać, co do niej czuję, ale to zły pomysł. Gdy Am i Rob byli w szpitalu, strasznie było jej z tym ciężko. Nawet nie chcę myśleć, jak by się z tym czuła.
Znów poczułem łzy na policzkach. Sięgnąłem po butelkę z wódką którą trzymam pod łóżkiem. Teraz mam już tylko jeden cel. Schlać się do nieprzytomności. Wtedy nie będę o tym wszystkim myśleć.





sobota, 12 marca 2016

Rozdział 15

(z perspektywy Amy)
Siedzieliśmy w mojej sypialni. Robert czytał jakąś książkę, a Lucy opowiadała mi o Rogerze. Wyciągnęłam z pod łóżka butelkę Danielsa, odkręciłam i zbliżyłam do ust, jednak Plant wyrwał mi ją w ostatniej chwili
-Co ty robisz? Dla wszystkich wystarczy. - powiedziałam wyciągając dwie kolejne, które też natychmiast mi odebrał. Popatrzyłam na niego, nie rozumiejąc o co mu chodzi.
-Robert, oddaj to.
-Nie. Nie będziesz teraz piła alkoholu, Amy. - powiedział zdecydowanym głosem
-A właśnie, że będę. - odparłam i wyciągnęłam ostatnią butelkę. NIestety ona równie szybko została mi odebrana. - To nie fair. Nie mogę się ruszać, a Ty to wykorzystujesz i zabierasz mi całe whiskey. Jesteś podły - stwierdziłam
-Amy, nie zachowuj się jak dziecko. Nie będziesz piła i koniec.
-Robert, ogarnij dupę i w tej chwili oddaj mi te butelki - warknęłam - są moje.
-Naprawdę, nie możesz zrozumieć tego, że się o ciebie martwię? - usiadł na brzegu łóżka - dopiero wyszłaś ze szpitala, miałaś poważny wypadek. Musisz uważać. - wywróciłam oczami.
-Przesadzasz.
-Nie, Amy. Po prostu nie chcę, żeby coś Ci się stało. Rozmawiałem z lekarzem, potrzebujesz teraz dużo białka, zaraz przyniosę Ci rybę. To bardzo ważne, bo... - schowałam głowę pod poduszkę, nie chciało mi się go słuchać.
W międzyczasie Lucy wyszła z pokoju, chyba nie chciała uczestniczyć w naszej dyskusji. Po kilku minutach usłyszałam kroki.
-Przyniosłem Ci jedzenie - powiedział zadowolony z siebie Robert - popatrzyłam na niego, ciągle obrażona za wcześniejszą akcję.
-Nie jestem głodna. - powiedziałam zgodnie z prawdą
-Amy, musisz jeść.
-Przecież jem. - Spojrzałam na niego nie rozumiejąc o czym mówi. Jakąś godzinę temu jadłam ostatni posiłek.
-Słuchaj, rozumiem, że możesz tego nie wiedzieć. Musisz jeść teraz bardzo często, małe porcje. Czytałem o tym.
-Robert, skoro tak Cię to interesuje, to może zamiast się opierdalać poszedłbyś na medycynę? - zapytałam ironicznie
-Amy, nie denerwuj się, ja tylko...
-Kurwa! Czemu musisz być taki nadopiekuńczy? Jimmy, Lucy i Jackie jakoś nie trują mi bez przerwy dupy. Tylko Ty jeden wiecznie masz jakiś problem. Wyszłam z tego szpitala jakiś czas temu i już nie muszę przestrzegać żadnej pierdolonej diety, rozumiesz?! Mogę nie pić alkoholu, ok, ale z tą dietą przeginasz! A może uważasz, że jestem za gruba? Aha, to o to Ci chodzi! Jestem gruba i już Ci się nie podobam? Wiesz co, idź stąd, nie chce mi się na Ciebie patrzyć!
-Amy, jesteś bardzo nieodpo...
-Daj mi w końcu spokój! - wrzasnęłam. Chłopak w końcu posłuchał i wyszedł. Byłam załamana. Nie chciałam się z nim kłócić. Ale ostatnio... brakowało mi go. Niby był cały czas, ale tylko po to, żeby pilnować, czy nie wychodzę z łóżka, czy nie piję, czy jem jego dziwne dania. Ani razu nie zapytał, czy wszystko w porządku. Ani razu nie porozmawiał ze mną normalnie. Wszyscy mogli, a on jeden nie? Ostatnio bardzo się między nami popsuło...


*kilka dni później*
( z perspektywy Amy)
Spędzałam kolejny dzień w moim pokoju. Świeciło słońce, a ja nie mogłam się nigdzie ruszyć. Westchnęłam. Przynajmniej tym razem Robert nie kazał nikomu mnie pilnować, a sam gdzieś sobie poszedł.
Martwiłam się. Kiedyś wszystko wyglądało zupełnie inaczej. A teraz? Coraz bardziej się od siebie oddalamy. Zawsze byłam wybuchowa i dużo się kłóciliśmy, jednak nigdy nie było aż tak źle. Od kilku dni Robert przychodzi do mnie tylko po to, żeby przynosić mi "posiłki o dużej zawartości białka" i pilnować, żebym je jadła. Ewentualnie od czasu do czasu stara się mi wytłumaczyć, że jestem nieodpowiedzialna.
Usłyszałam pukanie do drzwi. Spojrzałam w ich kierunku. Po chwili moim oczom ukazał się Jimmy. Cieszyłam się, że przyszedł. Przesunęłam się trochę i wskazałam miejsce obok mnie. Uśmiechnął się i usiadł.
Nie odzywałam się, tylko patrzyłam zamyślona w okno. Myślałam o tym, że mój związek właśnie się rozpada. Nie chciałam tego.
-Amy, wszystko ok? - zapytał nieco zdziwiony. Cóż, miał prawo, w końcu rzadko okazywałam jakiekolwiek emocje, a teraz musiał zauważyć, że coś jest nie tak. Normalnie powiedziałabym, że tak, ale nagle poczułam jakąś potrzebę zwierzenia się z moich problemów przyjacielowi. Wiedziałam, że mogę mu ufać.
-Nie... - powiedziałam dosyć cicho, jednak Jimmy usłyszał. Podniósł się na łokciach i odwrócił głowę, aby móc nawiązać kontakt wzrokowy.
-Am, co się dzieje? - popatrzył na mnie z troską, odgarniając moją nieco przydługą grzywkę z oczu. Poczułam, że jednak jest ktoś kogo obchodzą moje uczucia.
-Chodzi o Roberta... - powiedziałam równie cicho jak wcześniej. Chłopak zbliżył się aby lepiej słyszeć - Ostatnio... Sam widzisz co się dzieje. Widzisz jak on mnie traktuje? - Page sprawiał wrażenie jakby nie rozumiał o co mi chodzi
-On... po prostu bardzo się o Ciebie troszczy. Masz mu to za złe?
-Tak, troszczy się, aż za bardzo. To nie tak, że ja tego nie doceniam. Ale... brakuje mi go. - chłopak patrzył na mnie pytająco, więc przystąpiłam do wyjaśnień - Niby cały czas ze mną jest, ale tylko po to, żeby mnie pilnować. Ani razu normalnie ze mną nie porozmawiał. Nie zapytał nawet jak się czuję. Wszyscy wiemy, że nie lubię się nad sobą użalać, ale mógłby przynajmniej się zainteresować. Może Ty tego nie zrozumiesz, bo wydaje Ci się, że poleżę sobie jakiś tydzień, za miesiąc zdejmą mi ten gips i zacznę sobie chodzić. Ale to nie jest takie proste. Robert nawet nie próbuje wykazać się odrobiną zrozumienia.
-Ale... czemu to nie jest takie proste? Am, nie przejmuj się, niedługo wszystko wróci do normy. Kilka dni temu zdjęli Ci szwy, jeszcze miesiąc i pozbędziesz się tego gipsu. Wszystko będzie jak wcześniej.
-Nie o to chodzi. Wiesz, że miałam w planach zawody. A przepadł mi cały sezon. Może wydaje wam się, że to nic takiego, ale naprawdę mi na tym zależało. Chciałam znaleźć sponsora, zacząć jeździć na międzynarodowe zawody. Zarobiłabym dużo hajsu, mogłabym założyć własny ośrodek i byłabym ustawiona do końca życia. To mogło się udać. Przez ostatnie pół roku ciężko trenowałam, jeździłam po kilka godzin dziennie...
-Hej, ale po co właściwie Ci sponsor? Przecież Twój ojciec i tak będzie Cię utrzymywać - zapytał
-Niby tak, ale... Chciałabym w końcu stać się trochę bardziej niezależna. Teraz tak naprawdę cały czas muszę mu się podporządkowywać. Chce, żebym zdała fizykę - muszę to zrobić. Inaczej sprzeda ten dom, a ja będę musiała wrócić do niego. A tak - mogłabym mieć gdzieś to, czego ode mnie oczekuje. A Robeta nawet to nie obchodzi. A on doskonale wiedział o moich planach, wiedział jak bardzo mi na tym zależy. A nawet nie próbuje okazać mi żadnego wsparcia... - głos coraz bardziej mi się załamywał. Jednak powstrzymywałam łzy. Nigdy nie płakałam przy ludziach.
Jimmy objął mnie, widząc co się dzieje. Starał się mnie jakoś uspokoić. Z jednej strony - byłam załamana i przytłoczona tym wszystkim, a z drugiej - poczułam, że jest ktoś, na kogo mogę liczyć. Szkoda tylko, że nie był to Robert. Wtuliłam się w Jimmiego, próbując zapomnieć o moich problemach.
-Nie martw się, za kilka tygodni wrócisz do treningów. Za rok będziesz jeszcze lepiej przygotowana i na pewno wszystko się uda. Będzie dobrze! - uśmiechnął się
-Masz rację, może trochę przesadzam - również starałam się uśmiechnąć
-Zawsze przesadzałaś - zaśmiał się mój przyjaciel - pamiętasz jak twój ojciec zmusił Cię do gry na skrzypcach? Uciekłaś z domu.
-Miałam wtedy 6 lat. Przyszłam do Ciebie, a Ty akurat szedłeś na lekcję stepowania i powiedziałeś mojemu ojcu, gdzie jestem. - popatrzyłam na niego z wyrzutem, jednak po paru sekundach wybuchnęliśmy śmiechem.
Słońce świeciło wyjątkowo mocno i w pokoju zaczynało robić się coraz bardziej gorąco. Jimmy wstał, ściągnął koszulkę i już miał z powrotem położyć się obok mnie, jednak nagle drzwi zostały gwałtownie otwarte. Do środka wparował mój ojciec. Sprawiał wrażenie, jakby nie zauważył, że Jimmy z nagim torsem właśnie pakuje się do łóżka, na którym siedzę ja, jedynie w krótkiej koszuli nocnej, która w sumie niewiele zakrywa. Cóż, nie była to dla nas krępująca sytuacja, byliśmy dla siebie jak rodzina.
-Amy, leżysz cały dzień i nic nie robisz. Wstydziłabyś się! Jak ty chcesz napisać tą poprawkę w sierpniu? Przyniosłem Ci książki do fizyki. Mam nadzieję, że nie zmarnujesz tego czasu. W przeciwnym wypadku sprzedaję willę i wracasz do mnie.
-Emmmm, dzięki za książki - wysiliłam się na lekki uśmiech
-Miłej nauki - czy on zawsze musi być taki złośliwy? - Aha, Robert dowie się o wszystkim, bawcie się dobrze! - zawołał i zatrzasnął za sobą drzwi
-Co? Kurwa! - naprawdę się przeraziłam
-Am, wyluzuj, przecież Roberta nawet nie ma w domu. Robił sobie z Ciebie jaja, wiesz jaki on jest.
-Masz rację - uspokoiłam się.
-Wiesz... - zaczął jimmy - ostatnio Robert też nie zachowuje się wobec mnie tak jak kiedyś - czyżby mój przyjaciel miał podobne problemy jak ja? - Jak myślał, że mam tego raka, to cały czas chciał spędzać ze mną, a teraz kompletnie mnie olewa. Bez przerwy siedzi u tego swojego Rogera. Znalazł sobie nowego przyjaciela. I powiedział, że zabawa w księżniczki jest infantylna.
James wyglądał na naprawdę załamanego. Zrobiło mi się go strasznie żal. Chciałam jakoś go pocieszyć, jednak nigdy nie byłam w tym zbyt dobra. Stwierdziłam, że możemy pooglądać nasze zdjęcia z dzieciństwa, bo to odwróci jego uwagę od problemów z Robertem.
-Jimmy, podasz mi ten album, który leży na parapecie? Pooglądamy sobie nasze stare zdjęcia.
-Ok - uśmiechnął się. Miałam wrażenie, że było to nieco wymuszone, ale cóż, chyba od czegoś trzeba zacząć? \
Sięgnął po ogromny album i otworzył go na pierwszej stronie. Zobaczyliśmy zdjęcie sześcioletniej dziewczynki trzymającej skrzypce i patrzącej w stronę fotografa z nienawiścią. Obok niej stał uśmiechnięty dwunastolatek w butach do stepowania.
-Hahahahaha, pamiętam to - zaśmiał się Jimmy z zadowoleniem przyglądając się zdjęciu. - to było kiedy zapisali nas do tego całego domu kultury.
-Ty sprawiasz wrażenie zachwyconego - popatrzyłam na niego z udawaną pogardą
-Ej, stepowanie jest fajne. - stwierdził patrząc mi prosto w oczy. Widać było, że jest przekonany, że ma rację. Odwróciliśmy stronę. Teraz przyglądał nam się uśmiechnięty chłopiec. Kiedy zobaczyłam to zdjęcie dostałam ataku histerycznego śmiechu. Page patrzył na mnie jak na idiotkę nie rozumiejąc, o co mi chodzi.
-Kto to jest? - powtarzał to pytanie, jednak za każdym razem kiedy próbowałam odpowiedzieć, uniemożliwiał mi to wybuch śmiechu. W końcu udało mi się wykrztusić
-D, Dd-a, David!
-David? Nie, nie, nie wierzę! - zawołał Jimmy po czym również zaczął wyć ze śmiechu. Niby w tym zdjęciu nie było nic szczególnego, ale kiedy porównywało się naszego przyjaciela do uroczego chłopca na zdjęciu... Cóż, zachowanie powagi było w tym wypadku praktycznie niemożliwe. Myślałam, że to ze mną jest coś nie tak, ale Jimmy dosłownie tarzał się ze smiechu i po chwili wylądował na podłodze. Trochę się przestraszyłam, chciałam zobaczyć czy nic mu się nie stało. Podniosłam się trochę, żeby zerknąć na podłogę, a w tym momencie on wyskoczył z pod mojego łóżka z dzikim wrzaskiem. Przerażona podskoczyłam.
Po kilku minutach trochę się uspokoiliśmy i wróciliśmy do oglądania zdjęć. Większość z nich przedstawiała mnie, Lucy, Jimmiego i Davida. Zawsze się przyjaźniliśmy. Lucy i David byli rodziną, jednak ja i James też zachowywaliśmy się jak rodzeństwo. Page często jeździł z nami na wakacje, mój ojciec bardzo go lubił. Mam wrażenie, że myślał, że przyjaciel przekona mnie do chodzenia na zajęcia do domu kultury, ale chyba się przeliczył. Chłopak bardzo chętnie chodził na zajęcia ze stepowania, jednak ja zawsze miałam grę na skrzypcach w dupie.
Robert dołączył do nas nieco później, poznaliśmy go kiedy w wieku 16 lat uciekł z domu. Natrafiliśmy na zdjęcie Planta z Pagem, siedzących pod moim domem i uśmiechających się. Popatrzyłam na Jimmiego. Zauważyłam, jak jego szczęka zaczyna drżeć, po chwili do oczu napłynęły mu łzy.
-Dlaczego on już nie chce się ze mną przyjaźnić? Czemu kompletnie mnie olewa? Dlaczego woli spędzać czas z Rogerem niż ze mną? - jęknął
Patrzyłam na płaczącego przyjaciela. Przytuliłam go. Zawsze działało. Po kilku minutach zaczął się uspokajać.
Nagle ktoś otworzył drzwi za pomocą kopniaka. Zaskoczeni spojrzeliśmy w tamtą stronę przed nami stał Robert. Oderwaliśmy się od siebie.
-Jak mogliście mi to zrobić? Moja dziewczyna i mój najlepszy przyjaciel? A ja wam ufałem, jak nikomu innemu... Zawiodłem się na was.
-Robert, przecież my nic...
-Jak to nic? - przerwał mi - Jak wytłumaczysz to, że obściskujesz się z półnagim Jimmym w moim łóżku?
-Po pierwsze, to moje łóżko - zaznaczyłam - a po drugie, wcale się z nim nie obściskuję. Chciałam go pocieszyć, bo go zraniłeś.
-Niby jak miałem go zranić? To ty ranisz mnie, zdradzając z najlepszym przyjacielem.
-Kurwa, ja cię nie zdradzam! Czy naprawdę wyglądamy jakbyśmy właśnie się pieprzyli? - po chwili uświadomiłam sobie, że ostatnie zdaanie było zbędne.
-Tak! Po co zasłoniłaś okno?
-Bo słońce mnie raziło!
-Dlaczego macie na sobie tak mało ubrań?
-Bo jest gorąco - odpowiedział za mnie Jimmy
-A jak wytłumaczysz tą rozwaloną pościel?
-Oglądaliśmy zdjęcia Davida... - z trudem powstrzymałam wybuch śmiechu
-Nieważne, i tak mam świadków. Twój ojciec powiedział mi wszystko.
-A Ty mu wierzysz? - potraktowałam blondyna spojrzeniem pełnym politowania - Przecież on robi wszystko, żebyśmy się rozstali
-Nie tylko on tak mówił.
-A kto jeszcze? - być może blefował, jednak tym razem naprawdę mnie zaskoczył
-Paul McCartney. - zaczęłam się śmiać - Naprawdę! Widział wczoraj jak Jimmy się rozbiera!
-Robert, jeśli nie pamiętasz, to Ci przypomnę - wczoraj latałem po domu przebrany za Amy. - odezwał się Page
-Czyli mnie nie zdradziłaś? - popatrzył na mnie niepewnym wzrokiem
-Cieszę się, że masz mnie za jakąś dziwkę. - warknęłam - Myślałam, że mi ufasz, ale jak widać wolisz wierzyć mojemu ojcu.
-Amy, ja po prostu... - nie wiedział co ma odpowiedzieć. W tym momencie coś sobie uświadomiłam. To wszystko nie miało sensu. Zrozumiałam, że muszę zrobić to teraz.
-Robert... Wydaje mi się, że powinniśmy... się rozstać. - ciężko było mi to powiedzieć. Kochałam go. Kiedy rozmawiałam o tym z Jimmym w aucie, wydawało się to takie oczywiste. Jednak teraz dotarło do mnie, że nie możemy być szczęśliwi razem. Moje wybuchy złości i nadopiekuńczość Planta nie były najlepszym połączeniem.
-Naprawdę tego chcesz? - popatrzył na mnie smutnym wzrokiem. Nie chciałam tego, ale wiedziałam, że później będzie jeszcze trudniej.
-Tak. Ostatnio zrozumiałam, że nie pasujemy do siebie. Prawda jest taka, że teraz wogóle nie miałam od Ciebie wsparcia, a tak bardzo go potrzebowałam. Doskonale wiedziałeś, jak bardzo zależy mi na tym sezonie, ale nie powiedziałeś ani słowa, żeby jakoś mnie wesprzeć. Myślę, że lepiej nam będzie osobno...
Robert nic nie powiedział, tylko wyszedł i trzasnął drzwiami. Nie chciałam, żeby tak to wyglądało. Załamana wtuliłam się w Jimmiego.



sobota, 5 marca 2016

Rozdział 14

(z perspektywy Roberta)
Wróciłem do domu, było około ósmej rano. Wszedłem przez otwarte drzwi. Spodziewałem się widoku moich pijanych przyjaciół i poprzewracaanych mebli, jednak zastałem... moją babcię, która sprzątała. Kiedy mnie zauważyła, natychmiast podbiegła
-Roberciku! Gdzie ty się szlajasz po nocach? Nie tak Cię wychowałam!
-Ale babciu... Byłem u Amy... - nie dokończyłem, bo mi przerwała
-W nocy? Ty bezwstydniku! Pewnie do Kościoła też nie chodzisz! Nie to co John! - stwierdziłem, że odpuszczę sobie tłumaczenie, że Amy to moja dziewczyna i właśnie leży w szpitalu, bo koniecznie chciałem się dowiedzieć, kim jest John. Spojrzałem na moją babcię pytającym wzrokiem.
-Bonham! Nie udawaj, że nie wiesz, to wnuczek mojej przyjaciółki, do której nawet mówiłeś "ciociu"! Ty wulgarny ignorancie! Wstyd mi za Ciebie... A John to taki dobry chłopiec... Nawet będzie księdzem!
-Czyli przyjechałaś tutaj, tylko po to, żeby porównywać mnie do jakiegoś Johna? - zapytałem szczerze zdziwiony
-Jak ty się odzywasz do babci?! Nie, przyjechałam tutaj, aby pomóc Ci wrócić na dobrą drogę. Albo Ty wyprowadzisz się do mnie, albo ja zostanę tu. Masz wybór. - byłem przerażony
-Chyba wolę zostać tutaj... - przeprosiłem w duchu moich współlokatorów
-W takim razie bierz miotłę i sprzątaj! - zrezygnowany wypełniłem jej polecenie. Zamiatałem salon przez dłuższą chwilę, kiedy nagle usłyszałem krzyki mojej babci
-Bezwstydnicy! Co wy wyprawiacie? Tak bez ślubu? Przy wszystkich? Skandal!
Zaciekawiony popatrzyłem na kanapę. Aha, według mojej babci Lucy i Roger muszą mieć ślub, żeby móc się po prostu całować? Nigdy jej nie zrozumiem...
Lucy miała to w dupie, jednak Roger bardzo się zawstydził i zaczął... przepraszać? Dziewczyna chwyciła go za rękę i zdecydowanym krokiem ruszyła do sypialni Amy.
-A Ty czemu nie sprzątasz? - naskoczyła na mnie babcia. Modliłem się w duchu, żeby w najbliższym czasie na dole nie pojawili się Jimmy i Jackie. Ich nie było. Jednak z sypialni mojego przyjaciela właśnie wyłonił się Bartosz.
-Robert!!! Zabierz w tej chwili tą krowę z domu! - wrzaski usłyszał Page i zbiegł po schodach krzycząc
-Nie zgadzam się! Tak nie można! On jest częścią rodziny!
Postanowiłem zostawić ich samych i pobiegłem ostrzec Jackie. Dobrze byłoby znaleźć też Tima i Vi...


(z perspektywy Amy)
Nie mogłam doczekać się powrotu do domu, miałam już naprawdę dość. Około osiemnastej w końcu pojawił się Jimmy.
-Hej, jesteś gotowa?
-Od kiedy tu przyjechałam - popatrzyłam na niego ze złością. Chyba nie wiedział, o co mi chodzi. W samochodzie sobie porozmawiamy.
-Ok, to idę po Twój wypis - powiedział i po kilku minutach wrócił. Za nim weszła jakaś pielęgniarka prowadząca przed sobą... wózek? No chyba nie. Popatrzyłam na nią z pogardą i chwyciłam kule stojące obok łóżka i wstałam. Jimmy wziął moją torbę i poszedł za mną. Pomógł mi wsiąść do auta, jednak cały czas się do siebie nie odzywaliśmy. Kiedy ruszyliśmy, chłopak nie wytrzymał.
-Możesz mi powiedzieć o co Ci chodzi?
-Naprawdę nie wiesz? Jesteś aż tak głupi? - chłopak sprawiał wrażenie, że niczego nie rozumie, więc zaczęłam wyjaśniać - jestem w stanie zrozumieć, że nie potrafisz utrzymać kutasa w spodniach, ale mógłbyś się kurwa zabezpieczać! Jackie ma 17 lat!
-Amy, ja naprawdę nie wiem, o czym mówisz...
-O tym, że Jackie jest z tobą w ciąży! - brunet zjechał na pobocze, zatrzymał samochód i odwrócił się w moją stronę.
-Am, nie mam pojęcia co nagadał Ci Robert, ale Jackie nie jest w ciąży. Nawet z nią nie spałem. Nie jesteśmy razem i nie bierzemy żadnego ślubu. Udawaliśmy, że jest moją narzeczoną, żeby wzbudzić litość jakiejś starej pielęgniarki, żeby nas do Ciebie wpuściła. Później zrobiłem to samo, żeby dali nam pokój w jakimś zapuszczonym barze. Robert wziął to wszystko na serio. A Jackie nic do mnie nie czuje... - wyraźnie posmutniał
-James, czy Ty przypadkiem się nie...
-Jeśli ktoś się dowie, to nie żyjesz. - przerwał mi. Ok, nie będę drążyć tematu
-Kurwa, ale Robert jest głupi. Jak on mógł w to tak po prostu uwierzyć? - zaczęłam się zastanawiać na głos. Jimmy wyraźnie nad czymś myślał. Wróciliśmy już na drogę główną i jechaliśmy w kierunku domu kiedy w końcu się odezwał
-Amy, mogę zadać Ci jedno pytanie?
-Jasne - uśmiechnęłam się zachęcająco. Było mi trochę głupio za mój wcześniejszy wybuch, więc chciałam być dla niego miła
-Dlaczego Ty właściwie jesteś z Robertem?
-Bo go kocham - odparłam bez zastanowienia - czasem doprowadza mnie do szału i mam ochotę go zabić... Ale po prostu go kocham. - brunet pokiwał głową ze zrozumieniem. Zastanawiałam się, po co zadał to pytanie. No, dość często wściekałam się na Roberta... Ale aż tak to widać?
Byłam zmuszona przerwać moje przemyślenia, bo bylismy już na miejcu. Kiedy tylko Jimmy zatrzymał się na podjeździe, Robert wybiegł z domu i podszedł do samochodu. James podał mi kule
-Page, zgłupiałeś? Przecież ona nie może chodzić! - zdenerwował się blondyn
-Robert, daj spokój, nic mi nie jest. - chłopak popatrzył na mnie krytycznie, podszedł do auta, otworzył drzwi. Zanim zdążyłam zaprotestować, wziął mnie na ręce i zaniósł do domu. W środku zobaczyłam kogoś, kogo zupełnie się nie spodziewałam.


(oczami Jackie)
Siedziałam na środku kompletnie zdemolowanej kuchni, na jednym z kilku pozostałych krzeseł. Zastanawiałam się, jakim cudem Jimmy może sobie rozpieprzać cały dom mojej kuzynki, a ona od czasu gdy ją przywiózł jest dla niego podejrzanie miła, a drze się tylko na Bogu ducha winnego Roberta. Co zresztą mi się nie podobało. Amy ma szczęście, że ma kogoś takiego. Robert dałby się zabić gdyby tego chciała. I nie, wcale nie byłam zazdrosna.
Usłyszałam więcej wrzasków. Znowu. Nagle do kuchni wpadła psychiczna babcia Roberta. Ciągle nie mogłam pojąć skąd się tu do cholery wzięła. Nie spiłam się na tej imprezie (postanowiłam, że zmienię się na lepsze i już mnie nigdzie nie zamkną, a od czegoś trzeba zacząć) i pamiętam co się działo. Ale jakoś wątku z tą kobietą nie mogę sobie przypomnieć.
- Szukam Jamesa! – oświadczyła. Po co jej Jimmy? Kilka sekund później w drzwiach ukazał się Robert.
- Na górze! – wydarł się. Kobieta szybko opuściła kuchnię. – Teren wolny!!
W kuchni nagle zmaterializował się Jimmy i rzucił się na krzesło obok mnie.
- Jackie, jest sprawa… - zaczął Robert – jak jechaliśmy po Rogera to zostawiliśmy samochód w Walii.
Byłam beznadziejna z geografii Wielkiej Brytanii, ale coś mi się wydawało, że festiwal kaszy był nie tam. I że to daleko. Ale to Robert, on jest inny.
- Trzeba po niego pojechać, a wyszło, że Amy jest połamana, ja nie mam prawa jazdy, Jimmy swoje zgubił, Rogerowi zabrali, a Staffella nie bierzemy ze względu na Lucy. No i tylko ona może prowadzić. I ty. – kontynuował blondyn – więc, czy mogłabyś z nami pojechać? Ja wiem, Jimmy prosił, żebym dał ci spokój, bo jesteś na pewno zmęczona i w szoku po tym areszcie i jeszcze ta ciąża, ale nic się nie stanie, a on jest po prostu przewrażliwiony, bo to będzie jego pierwszy dzieciak. – popatrzyłam na Jimmiego, który teatralnie przewrócił oczyma.
Podniosłam się z krzesła. Ok, mogę jechać. I tak nie mam co robić.
Poszliśmy do garażu. Przednie siedzenia samochodu były już zajęte przez Rogera i Lucy, zbyt zajętych sobą by zauważyć nasze przybycie. Nooo, Rog wpadł kompletnie.
Siadłam z tyłu z Robertem i po kilku minutach zrozumiałam, że popełniłam wielki błąd zgadzając się jechać z nimi. Roger i Robert zaczęli smędzić o dzieciach. Znowu. Kiedy do tych dwóch debili dotrze, że nie mam dziecka? Jimmy powinien uciekać, jak najdalej stąd, bo jeśli oni się nie zamkną to ja go chyba naprawdę zabiję. Trochę zastanawiało mnie, dlaczego Amy nie uwierzyła Robertowi (bo to chyba jasne, że jej powiedział). Z jego nudnych wykładów ogarnęłam, że Amy nienawidzi dzieci i że pewnie mnie wyrzuci ale żebym się nie martwiła bo jak tylko zobaczy Jamesa Juniora (kto do cholery wymyślił, że nazwiemy go James?!) to zmieni zdanie i wszystko będzie dobrze. Oparłam twarz na szybie i słuchałam planów Roberta dotyczących mojego nieistniejącego dziecka. Właściwie to trochę śmieszne, że Robert wierzy że sypiam z Jimmym i się z nim zaręczyłam. On naprawdę był głupi.


(z perspektywy Amy)
Byłam wściekła. Nie miałam pojęcia jak pozbyć się Staffela.
-Tim, babcia Roberta Cię woła, słyszysz? - podjęłam kolejną próbę uwolnienia się od jego obecności, jednak po raz kolejny była ona bezskuteczna
-Wcale nie. Nie jestem głupi, Amy.
-Jesteś. - odparłam patrząc na niego ze złością. Dlaczego oni ciągle muszą mnie pilnować? Robert ostatnio przegina.
-Jeśli będziesz mnie obrażać, i tak tu zostanę - wywróciłam oczami. Nagle drzwi do mojego pokoju zostały gwałtownie otwarte, a do środka wpadł Jimmy
-Staffel, wypierdalaj stąd! - krzyknął i wypchnął Tima na zewnątrz, zanim ten zdążył się zorientować, po czym zamknął drzwi na klucz. Popatrzyłam na niego zaskoczona. Wyglądał na przestraszonego. Podszedł do mnie i wyszeptał
-Amy, musisz mi pomóc.
-Jimmy, o co chodzi?
-O babcię Roberta! Cały czas za mną chodzi i mówi, że jestem szlachetnym młodzieńcem! I mnie prześladuje! Am, ja się boję.
-Ehm, Page, współczuję Ci, ale nie za bardzo wiem w jaki sposób mogłabym Ci pomóc. Ewentualnie możesz schować się pod moim łóżkiem...
-Nie poprostu musisz pomóc mi się przebrać. Wiesz, zrobiłabyś mi makijaż, pożyczyła ciuchy... Do laski chyba nie będzie zarywać. - jego plan wydał mi się nieco dziwny, ale właściwie... czemu by nie?
-OK, podaj mi kosmetyczkę, leży na komodzie.
Jimmy szybko podał mi to o co go prosiłam i usiadł naprzeciwko mnie. Wyciągnąłam podkład. Zerknęłam na bladą twarz chłopaka.
-Eh, Jimmy, musisz mieć taką jasną karnację? - jęknęłam i sięgnęłam po tusz.
Po kilku minutach mój przyjaciel wyglądał... ekhm... bardzo kobieco? Zadowolona z efektu kazałam mu przejżeć się w lustrze
-Am, jesteś najlepsza!- zawołał i rzucił mi się na szyję - cicho jęknęłam - Cholera, przepraszam! Zapomniałem...
-Daj spokój - przerwałam mu - przynajmniej nie zachowujesz się jak Robert - uśmiechnęłam się. Zerknął na mnie pytająco, jednak nie kontynuowałam tematu
-Weź sobie tą białą sukienkę z szafy.
-A masz... emmm... jakiś stanik? - spytał nieco zakłopotany.
-Druga szuflada od dołu - powiedziałam rozbawiona jego wyrazem twarzy. Kiedy zobaczyłam jak nieudolnie wpycha do niego moje skarpetki nie wytrzymałam i wybuchnęłam śmiechem. Przyjeciel patrzył na mnie zawstydzony, a ja nie mogłam się opanować. Widok Page'a był bezcenny.
-Wiesz przecież, że muszę się chronić przed babcią Roberta. - popatrzył na mnie z wyrzutem
-Tak, tak, masz rację Jimmy - usiłowałam się nie śmiać - jesteś gotowy, możesz już iść - stwierdziłam zdumna ze swojego dzieła. Chłopak zadowolony z siebie wyszedł z mojego pokoju.


(z perspektywy Jackie)
Robert pchnął drzwi do domu. Od razu wpadła na nas jego babcia.
- Roberciku!!! Kazałeś mi pilnować swoich przyjaciół. Więc ja ci powiem , że James zniknął!! Nie ma go!!! A Amy chodziła po domu!! A miała leżeć!! To dziewuszysko jest bardzo nieodpowiedzialne!! Ona się wykończy!!
Robercik nie słuchał dalej tego co jego babcia miała do powiedzenia na temat zachowania Tima, i tego, że Jimmy nie zjadł zupy, którą specjalnie dla niego zrobiła tylko sobie poszedł i jak ona się o niego martwi. Blondyn pobiegł od razu do pokoju Amy. Niewiele myśląc ruszyłam za nim.
Po drodze minęliśmy Tima który jadł zupę. Amy leżała na łóżku, tak jak ją zostawiliśmy. Ale nie to przykuło moją uwagę. Na krześle leżały jeansy i wielki wełniany kardigan. Od razu go poznałam. Jimmy kiedyś opowiadał mi o tym jak kiedyś zrobił go sobie na drutach. Ale co do cholery ciuchy Page’a robiły w sypialni Amy. Nagle wszystko zaczęło mi się układać w głowie. Jimmy i Amy mają romans. Dlatego na tej imprezie miał taki problem z tą laską. I dlatego mu wszystko wolno. Położyłam się na ziemi, żeby zajrzeć pod łóżko, gdzie spodziewałam się nakryć ukrywającego się bruneta. Ale go tam nie było.
- Eeh… Jackie, co robisz? – zapytała mocno skonfundowana Amy.
- Coś mi spadło. – mruknęłam. Czyli Jimmy lata po domu w samej bieliźnie. Albo jest w szafie. – Amy, mogę pożyczyć szlafrok?
- Jasne. – powiedziała. Otworzyłam szafę, ale Jimmy znalazł sobie bardziej kreatywną kryjówkę. A ja chciałam tylko, żeby Robert znał prawdę.
- Jackie, wszystko ok?
- Tak…
- Amy, możesz mi to wytłumaczyć!!! – wrzasnął Robert.
- Co? – zapytała.
- Babcia powiedziała mi wszystko!!
- Ale co?? – ona naprawdę nic nie rozumiała.
- Miałaś leżeć w łóżku.
- A co robię!!?
- Leżysz. – powiedział Robert.
- Właśnie. Teraz daj mi spokój.
- Ale babcia cię widziała!!
- Pewnie widziała Jimmiego.
- Ty mi próbujesz wmówić, że moja babcia pomyliła cię z Jimmym?
- Tak.
- Jak? Przecież to facet. Wy w ogóle nie jesteście podobni. W dodatku ona go zna. Wie, że to James.
- Twoja babcia jest głupia!!
- Obrażasz moją babcię??
- Tak.
Znowu się kłócą. Masakra. Otworzyłam drzwi i wyszłam z pokoju. Nagle przyplątał się do mnie Tim.
- Niezła akcja z tym Jimmym, nie?
- Akcja?? – teraz ja nic nie rozumiałam.
- Chodź na schody – powiedział Tim. Ok. Poszłam za Timem i usłyszałam wrzaski babci Roberta:
- Amy!! Wracaj do łóżka!! Robercik tak się martwi!!! On cię kocha, a ty go tak zwodzisz!!
Co tu się do cholery wyprawia? Amy jest w łóżku i kłóci się z Robertem. Sama widziałam.
- Nie rozumiem. – stwierdziłam.
- No patrz. – powiedział Tim wychylając się przez balustradę. Zrobiłam tak jak on. Od góry zobaczyłam trochę dziwna scenę. Babcia Roberta darła się na …Amy? To znaczy na dziwną, wychudzoną, czarnowłosą postać, w zwiewnej białej sukience.
- Co? – zapytałam nie ogarniając.
- To Jimmy!! – wydarł się podniecony Tim. Babcia Roberta i dziwna postać odwrócili się w naszą stronę.
- Gdzie James!!?? – zapytała – Zupkę mu zrobiłam. To taki nadobny młodzian. Szkoda, że Robert nie jest taki jak on. James na pewno chodzi do kościoła…
- Nie wiem. To ja wracam do łóżka. – powiedziało dziwne stworzenie. I wtedy ogarnęłam, że to naprawdę Jimmy. Tego głosu nie da się pomylić. Chociaż Jimmy starał się mówić dziwnie wysoko to i tak ciągle brzmiał bardzo uspokajająco i słodko. Kilka sekund później chłopak stał na schodach i uśmiechał się zakłopotany.
- Cześć Jackie – powiedział i lekko się zarumienił. Miał zrobiony bardzo mocny makijaż i naprawdę można było go wziąć za kobietę. Poza tym, że nie dość, że był wysoki, to założył jeszcze szpilki w których umiał chodzić lepiej ode mnie. Tim ciągle się śmiał. Właściwie to było dziwne, że Jimmy lata po domu i udaje, że jest Amy. Z nim naprawdę było coś nie tak.
- Jimmy, przez ciebie Amy i Robert znów się kłócą. Idź wszystko wyjaśniaj. – syknęłam. Jimmy skierował się pod zamknięte drzwi pokoju, ale nie wszedł tylko zatrzymał się pod nimi. Z Timem zrobiliśmy to samo. Dalej się kłócili.


- Amy, wiesz, mi chodzi tylko o to, żebyś była wobec mnie szczera. Jeśli rzeczywiście chodziłaś po domu to weź się po prostu przyznaj. Moja babcia wie co widziała. Jeśli nie chcesz być teraz uczciwa, powiedz mi, jak ja do cholery mam ci ufać?
- Naprawdę ja nigdzie się stąd nie ruszałam. To Jimmy.
- Jasne. To się robi już trochę żałosne.
- Ale to nie ja.
- Tylko kto?
- Milion razy ci już mówiłam. Twoja babcia myli mnie z Jimmym.
- Nie. On wyszedł.
- Niee. On gdzieś tu jest.
- Niemożliwe. Babcia twierdzi, że Jimmy nie zjadł zupy. Znam go na tyle dobrze, że wiem iż on nie ominie żadnej okazji żeby zjeść.
- Robert, on zjadł tą cholerną zupę. Albo on sam ci to powie. Jimmy!!!
Chłopak nacisnął klamkę i wszedł do pokoju. Za nim wsunęłam się ja z Timem. Nie da się opisać miny Roberta gdy zobaczył swojego najlepszego przyjaciela do złudzenia przypominającego jego dziewczynę. Amy miała tryumfujący wyraz twarzy, ale poza tym wszystko było takie poważne. Wszystko oprócz Tima. Ten debil naprawdę mógłby przestać się śmiać. Obcas Jimmiego wylądował mu na stopie, i jego śmiech zmienił się w wycie. Jeszcze lepiej. Jimmy wyglądał na mocno zażenowanego. To w końcu przez niego jego najlepsi przyjaciele się pokłócili.
- Jimmy, jak ty mi mogłeś to zrobić? – zapytał Robert. O co mu chodziło? Popatrzyłam pytająco na Amy, ale ona też nie wiedziała. Do bruneta chyba też nie docierało. – Ty wiesz jak ja się z tym wszystkim czuję? Bawiłeś się w księżniczki z kimś innym niż ja! To jest podłe z twojej strony. Nawet nie wiesz jak mnie tym zraniłeś… Wystawiasz naszą przyjaźń na ciężką próbę.
- Przepraszam… - mruknął Jimmy łamiącym się głosem.
- Myślisz, że to teraz coś zmieni? Wbiłeś mi nóż w plecy. Przez ciebie ten głupi samochód utknął w Walii, i dla ciebie po niego tam pojechałem. A ty w tym czasie zdradzasz naszą przyjaźń…
Jimmy z płaczem wybiegł z pokoju.
- Robert, jak mogłeś? – spytała Amy z wyrzutem w głosie.
- Nie widzisz co mi zrobił!?
- On nie ma na sobie nic różowego!! Więc to niemożliwe żeby był księżniczką. Idź go przeproś.
Robert opuścił głowę i też wyszedł z pokoju. Już miałam iść za nim, gdy nagle usłyszałam, że Amy mnie woła. Podeszłam do łóżka.
- Jackie, nie zostawiaj mnie tu samej ze Staffellem. Ja tego psychicznie nie wytrzymam.