sobota, 26 września 2015

Rozdział 9

*na wstępie powiem tylko, że miło byłoby przeczytać jakieś komentarze*


(z perspektywy Roberta)

Otworzyłem oczy. Wiedziałem tylko jedno. Muszę się ztąd jak najszybciej wydostać i dowiedzieć co z Amy. Miałem koszmary. Cały czas wracały do mnie obrazy z wczoraj. Wypadek, krew, dużo krwi, szpital, Jimmy, który nie powiedział mi o ślubie, kaftan bezpieczeństwa, oddział psychiatryczny. Za dużo jak na jeden dzień. Kiedy wstałem, okazało się, że drzwi są otwarte. Więc po prostu wyszedłem. Udało mi się w miarę szybko znaleźć salę w której leżała Amy. Wiedziałem, że nie mogę tam wejść, więc po prostu patrzyłem przez szybę. Nie wiedziałem nawet, co dokładnie jej się stało. Ale nie wyglądała dobrze. Postanowiłem tutaj zostać i poczekać, aż ktoś zgodzi się mi to wszystko wyjaśnić. Chyba miałem prawo wiedzieć. Jeżeli był już tutaj jej ojciec, pewnie powiedział wszystkim, że nie życzy sobie udzielania informacji właśnie mnie.

Zmartwiony usiadłem pod ścianą. Czy to naprawdę takie trudne powiedzieć mi, co się z nią dzieje? Co z tego, że nie jestem z rodziny? Rodzina to nie więzy krwi, ale ludzie sobie bliscy. Kto wymyślił to pierdolone prawo?

Siedziałem tak już dwie godziny, ale nikt nie zwracał na mnie specjalnej uwagi. Miałem nadzieję, że ktoś w końcu powie mi, co się dzieje z Amy. Miałem ogromne wyrzuty sumienia. Leżała tutaj z mojej winy. Mogłem się tak wczoraj nie unosić.

Kiedy tak się obwiniałem, podszedł do mnie jakiś młody lekarz.

-To twoja dziewczyna? - zapytał

-Tak... - odpowiedziałem i popatrzyłem na niego spojrzeniem pełnym nadziei

-Widzę, że naprawdę się martwisz.

-To ja ją znalazłem. Uratowałem jej życie. Jestem jedną z jej najbliższych osób, a nikt nie chce mi nic powiedzieć. Dlaczego? - miałem łzy w oczach. Facetowi chyba zrobiło się mnie żal.

-Chodź. - nie zadawałem żadnych pytań, tylko posłusznie ruszyłem za nim. Był moją jedyną nadzieją. Weszliśmy do jakiegoś pomieszczenia.

-Wiesz, że jeśli udzielę Ci jakichkolwiek informacji, to złamię prawo? - pokiwałem głową

-Ale pewnie nie wiesz, że mój brat jest bardzo dobrym prawnikiem, więc mam to gdzieś, bo robiłem już różne podobne rzeczy i w razie czego zawsze mnie jakoś z tego wyciągał. Widzę, jak się męczysz, nie mam serca tego przeciągać. Wiem jak to jest, kiedy ojciec twojej dziewczyny cię nienawidzi.

-To, w takim razie co jej jest? I dlaczego jest nieprzytomna? Spadła z konia już mnóstwo razy i prawie zawsze kończyło się najwyżej na jakimś skręceniu...

-Ale chyba zazwyczaj nie wpadała do dwumetrowych dołów w ziemi, nie sądzisz? - przytaknąłem i postanowiłem być już cicho, żeby w końcu sie czegoś dowiedzieć

-Miała sporo szczęścia, bo nie miała kasku, a złamała nogę i kilka żeber. - miałem nadzieję, że to wszystko - jednak doszło również do przerwania ciągłości tętnicy krezkowej, co spowodowało kwrotok wewnętrzny - zbladłem, co facet zauważył - spokojnie, natychmiast przeprowadziliśmy operację i wszystko poszło zgodnie z planem. Niedługo powinna się wybudzić. Poinformowaliśmy już jej kuzynkę, właśnie tutaj jedzie. Będziecie mogli do niej wejść. Ale nie na długo, musi odpoczywać i potrzebuje spokoju. Stres przy uszkodzonej tętnicy nie jest wskazany.

-Bardzo Panu dziękuję - powiedziałem i wyszedłem z jego gabinetu. Zauważyłem Jackie i szybko do niej podszedłem.





(z perspektywy Amy)

Otworzyłam oczy. Wszędzie było biało. Usłyszałam jakieś pikające urządzenia. Aha, szpital. Czyli jednak żyję. Wszystko mnie bolało, nie byłam w stanie się ruszyć. Nienawidziłam takiej bezsilności. To chyba najgorsze uczucie, jakiego doświadczyłam.

Usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi. Zobaczyłam Roberta. Nie chciałam, żeby ktokolwiek oglądał mnie w takim stanie. Zawsze sprawiałam wrażenie... niezależnej? Samowystarczalnej? Nie mam pojęcia jak to określić. A teraz nie mogłam się ruszać, a wokół mnie było pełno tych kabelków. Nie wiedziałam co robić. Spróbowałam się podnieść, jednak po chwili opadłam z jękiem na poduszkę.

-Hej, Amy jak się czujesz? - zapytał wyraźnie zmartwiony. 

-Nie martw się, wszystko w porządku - chciałam brzmieć przekonywująco, jednak z trudem udawało mi się wydanie z siebie jakiegokolwiek głosu. Chyba nigdy nie czułam się aż tak źle. - myślę, że nie powinieneś siedzieć teraz u mnie - powiedziałam z trudem. Wpadłam już na pomysł, jak się go z tąd pozbyć, przynajmniej do czasu, kiedy uda mi się trochę ogarnąć.

-Dlaczego?

-Robert, nic mi nie jest. Pewnie jeszcze dzisiaj z tąd wyjdę - sama w to nie wierzyłam, ale musiałam go jakoś przekonać, żeby sobie poszedł- a Jimmy siedzi sam w domu i umiera na raka. Ja jeszcze nie wybieram się na drugą stronę.

-Jesteś pewna? Poradzisz sobie sama?

-Jasne, nie musisz się tak zamartwiać. - wysiliłam się na niewielki uśmiech

W końcu wyszedł. Okropnie się nudziłam, wszstko mnie bolało i nie miałam pojęcia jak długo będę tutaj siedzieć. Jednak i tak wolałam być sama. Oczywiście nie było mi to dane. Fajnie, że przyjaciele się o mnie martwią, ale... Eh. Przyszła Jackie. Dowiedziałam się od niej, że będę tu siedzieć przynajmniej tydzień, dodatkowo szczegółowo opowiedziała mi o wszystkich moich uszkodzeniach. Zbyt szczegółowo. Mogła sobie darować. Teraz jeszcze chciało mi się żygać. Super. Kuzynka widząc to, zaczęła opowiadać o ostatnim spotkaniu z Rogerem. Powiedziałam jej, że powninna się z nim jak najszybciej spotkać. Może ją też będę miała na jakiś czas z głowy? Nie miałam siły się nad tym zastanawiać, po prostu zasnęłam.





(oczami Jimmiego)

Ta cholera Jack pojechała do szpitala beze mnie. No super. Czyli będę się tam pchać autobusem. Ja nie wiem jak jest u niej, ale tutaj w szpitalach dają ohydne jedzenie. Więc musiałem kupić dla Amy coś jadalnego. W końcu to moja siostra. Znaczy nie biologiczna, ale kto by się tym przejmował? No i coś do jedzenia dla Roberta, bo oni mi wszyscy tam zaraz zejdą z głodu. Rozmyślania nad jedzeniem zajęły mi całą drogę na przystanek. Teraz już tylko podróż autobusem. Gdy nagle zobaczyłem rozwalony, znajomy kabriolet. Staffell. Boże, nawet ten nieudacznik ma samochód, a ja nie. To tyle w temacie demotywowania się. Chociaż właściwie to nie muszę mieszkać w piwnicy Amy, tylko mam drugą pod względem wielkości sypialnie i nie zarywam od zawsze do jednej dziewczyny i jestem fajniejszy. Czyli jestem na plus. Pomachałem rękami i debil zjechał na pobocze. Wsiadłem razem z moim koszykiem pełnym żarcia i walizką z podręcznymi rzeczami dla Amy, bo chyba szybko to ona stamtąd nie wyjdzie.

- Czego chcesz Page? – zapytał.

- Dla ciebie panie Page. – odpowiedziałem.

- Jesteś starszy tylko o cztery lata! – obruszył się debil.

- Ale ja jestem gwiazdą rocka, a ty kosiarzem który dorabia sobie wyprowadzając psy.

- Już nie jestem kosiarzem. Teraz jestem czyścicielem klatek w zoo. I będę większą gwiazdą od ciebie!

- Z twoim ryjem?

- A to ty niby jesteś ładniejszy?

- Tak. – stwierdziłem. – zawieź mnie do szpitala.

- A dlaczego? – zapytał ruszając.

- Jestem ładniejszy bo mam lepsze geny.

- A skąd to niby wiesz? Może zbrzydniesz?

- Nie, Tim. Jeśli ktoś tu zbrzydnie to ty.

- Skąd wiesz?

Całą drogę do szpitala tłumaczyłem Timowi, że gdyby był ładny to by był. Skąd ja wziąłem tego debila? Na parkingu od razu wyskoczyłem z samochodu i pobiegłem do szpitala. Tim, z braku zajęcia pobiegł za mną. Amy była już przytomna, więc nie musiałem wymyślać jakiś pierdół żeby mnie wpuścili. Na korytarzu zgubiłem debila, który zobaczył Lucy (który od razu stwierdziła, że musi iść do łazienki i uciekła). Wiedziałem, że Amy nie chce oglądać nikogo, ale nie odmówi pizzy, której dla niej zrobiłem. W drzwiach wpadłem na Jackie. Musiałem przyznać , że jest całkiem ładna. Ale nie o to mi teraz chodziło. Otworzyłem drzwi i wszedłem do pokoju z Amy. Która spała.

- Wstawaj skarbie! – krzyknąłem. Dziewczyna otworzyła oczy. – Twój Jimmy o tobie myśli. – powiedziałem, rzucając jej batona Cadbury.

- Wreszcie ktoś normalny…Robert prawie zadzwonił po grabarza, a Jackie ehh…niestety wie wszystko o moich ranach… - Amy była wyraźnie obrzydzona. Podszedłem do niej się po ludzku przywitać. Chwilę później władowałem się do jej łóżka. Ale to było dla nas całkiem normalne. Była moją kochaną młodszą siostrą i zrobiłbym dla niej wszystko. Podałem jej cały koszyk z żarciem kupionym za resztki pieniędzy za moje biedne organy wewnętrzne i jej walizkę. Dziewczyna szybko przegrzebała torbę i wyciągnęła pogniecionego pluszowego konia.

- Zdzisek! – krzyknęła i objęła pluszaka.

- Amy, nie wiesz o najlepszym. – powiedziałem i wyciągnąłem jej lody z Danonków, które specjalnie dla niej zrobiłem. Amy zajrzała głębiej do koszyka i zobaczyła pokłady jedzenia.

- Jimmy, twoja przyszła żona ma szczęście. – stwierdziła.





(z perspektywy Roberta)

Wyszedłem z pomieszczenia w którym leżała Amy. Wciąż miałem wyrzuty sumienia. Wygląda naprawdę źle. Nic nie mówiła, ale widać było, że wszystko ją boli i bardzo cierpi. Dlaczego muszę być takim idiotą? Na korytażu prawie wpadłem na Lucy.

-Hej, co z Amy?

-Jest już przytomna. Możesz do niej wejść. 

Dziewczyna uważnie mi się przyjżała.

-Robert, co się dzieje? Widzę, że coś jest nie tak.

-Nie, wszystko ok. Idź może do Amy.

-Robert. Znam Amy bardzo długo, ty też i oboje zdajemy sobie sprawę, że w tym momencie nie chce widzieć nikogo. A ty najwyraźniej masz coś do ukrycia. Idziemy do mnie, powiesz mi WSZYSTKO.

Wzniosłem oczy do nieba i ruszyłem za dziewczyną. Wsiedliśmy do samochodu, ona oczywiście za kierownicą. Nie odzywała się do mnie. Pewnie myślała, że muszę sobie poukładać w głowie wszystko, z czego zamierzam jej się zwierzyć. Gówno prawda. Nie ma tutaj nad czym myśleć. Moja dziewczyna leży teraz w ciężkim stanie na OIOMie, a to wszystko moja wina.

Po 20 minutach zaparkowaliśmy przed kamienicą, w której znajdowało się mieszkanie Lucy. Weszliśmy po schodach. Dziewczyna wyciągnęła klucze z kieszeni, otworzyła drzwi i weszła do środka, a ja posłusznie za nią. Weszła do kuchni, ja w tym czasie usiadłem na kanapie w salonie i ukryłem twarz w dłoniach. Byłem załamany. Po chwili pojawiła się Lucy z dwoma butelkami Danielsa. Otworzyłem jedną i wypiłem kilka łyków, po czym odłożyłem ją na stół. Z moich oczu pociekły łzy. Popatrzyła na mnie pytająco.

-Robert, możesz mi w końcu powiedzieć o co chodzi?

-To wszystko moja wina! To przeze mnie Amy tam teraz leży!

-Hej, to nie Twoja wina... To był wypadek. Wypadki się zdarzają. Nie możesz brać winy na siebie.

-Naprawdę sądzisz, że to przypadek? Przez przypadek zapomniała siodła? Przez przypadek nie założyła kasku? Czy ty myślisz, że to jest jakiś pierdolony przypadek?!

-Nie za bardzo wiem, o co Ci chodzi. - wyglądała na zaskoczoną

-To powiem Ci, o co mi chodzi! Jestem pieprzonym dupkiem, nawrzeszczałem na nią, bo zjadła naleśniki, które zrobiłem dla Jimmiego. Byłem wściekły, ale przegiąłem. Przecież wiedziałem, że najprawdopodobniej tak zareaguje! Wybiegła z domu i wzięła Micka. To przeze mnie była taka rozkojażona. Tej dziury nie można było tak po prostu nie zauważyć. To wszystko przeze mnie. To ja powinienem leżeć w tym okropnym szpitalu i gapić się na białe ściany zastanawiając się, czy przeżyję czy nie, a nie ona! Widzisz do czego doprowadziłem? Amy mogła nawet zginąć i to z mojej winy. Nawet teraz nie jest pewne, czy wszystko będzie w porządku, po tej operacji! Dlaczego ja jej to zrobiłem? Dlaczego? - nie byłem w stanie powiedzieć nic więcej, po prostu zalewałem się łzami. Lucy chyba nie wiedziała co powiedzieć. Przyniosła kolejną butelkę alkoholu, za co byłem jej wdzięczny.

-Posłuchaj, to naprawdę nie twoja wina. Ile razy Amy miała jakiś problem, była wściekła? Mnóstwo razy. I jechała wtedy do lasu. I nigdy nic się nie stało. To był zwykły wypadek, tylko zbieg okoliczności. Naprawdę. Przecież to nie ty wrzuciłeś ją do tego dołu. To nie Twoja wina - powtórzyła. Bardzo chciałem wierzyć w to co mówiła, ale jakoś nie byłem w stanie.

-Nie martw się o nią, wiesz, że sobie poradzi. Jest silna. - pokiwałem głową. Miałem już dość tego wszystkiego. Położyłem się na kanapie i zasnąłem. Nie wiem jakim cudem obudziłem się w naszej willi, ale podejżewam, że Lucy postanowiła wykorzystać Davida.

sobota, 12 września 2015

Rozdział 8

(oczami Jackie)

Obudził mnie zajebisty zapach. Mieszkałam tu na tyle długo żeby wiedzieć jedno. Jeśli czujesz zapach naleśników Roberta zapieprzaj do kuchni z prędkością światła, najlepiej zanim Amy i Jimmy zdążą się pokazać. Zbiegłam po schodach i wbiłam do kuchni z głośnym wrzaskiem. Jimmeh i Percy jednocześnie się odwrócili się z nad kuchenki i zmierzyli mnie wzrokiem. Mieszkając z dwoma facetami chyba powinnam spać w większej ilości ciuchów. Ale po co się nad tym zastanawiać? Oni z resztą też nie mieli na sobie za dużo. Robert trzymał w ręku patelnię z naleśnikiem. Wykonał zgrabny ruch nadgarstkiem i podrzucił naleśnika w górę. No nie! Jak nie będzie szpanował tym, że jest jedynym który umie gotować i od niego zależy to czy mamy co jeść czy nie to nie będzie sobą.

- Cześć Rihdes! – wrzasnął rozpromieniony Jimmy machając butelką syropu klonowego jednocześnie oblewając mnie i siebie – Osz, kurwa! Przepraszam! Nie chciałem!!

Jimmy złapał mnie za rękę, zaciągnął do łazienki i wepchał do wanny. Zanim zdążyłam zareagować odkręcił wodę i byłam cała mokra. Czyli tak się bawimy? Wyrwałam chłopakowi słuchawkę od prysznica i po kilku sekundach on też był mokry. Jimmy z histerycznym śmiechem rzucił się do wanny i po chwili leżał na mnie. Po chwili usłyszeliśmy dziki wrzask. W drzwiach stał Robert.

- Ehhhm… nie chciałem wam przeszkadzać… ale mamy ciepłe naleśniczki…

Jimmy wyskoczył z wanny, a za nim wywlekłam się ja, wieczne zombie. Poszliśmy do kuchni. Kompletnie nie zwróciliśmy uwagi na wygłodniałą Amy siedzącą przy stole. Dumny z siebie Percy postawił przed nami naleśniki. Siedliśmy z Jimmym i lampiliśmy się na naleśniki.

Robert przełożył około połowy naleśników na osobny talerz i postawił przed Jimmym.

- To dla ciebie, moja księżniczko. – powiedział. Czegoś tu nie rozumiem. Kto w końcu jest z kim? Na początku myślałam, że Amy jest z Robertem, ale teraz coraz bardziej przekonuję się do teorii, że chłopcy są w ukrytym związku, ewentualnie w trójkącie z Amy (dlatego ich utrzymuje) .

Jimmy patrzył się na naleśniki z miłością w oczach. Robert patrzył na Jimmiego z miłością w oczach. Zielone oczy bruneta zaszły łzami.

- Jimmy, coś ci nie pasuje? Nie chcesz moich naleśników? To nie jest problem, zrobię ci coś innego… Może chcesz sernik?

- Nie Robert, wszystko w porządku… ja po prostu nie wierzę, że tyle naleśników jest dla mnie… Kocham cię!!

Jimmy wstał i objął blondyna. Stali naprzeciwko siebie i trzymali się z ręce. Teoria Rihdes się potwierdza. Patrzyłam na nich i zastanawiałam się, czy zaczną się lizać. Nagle usłyszeliśmy dziwny dźwięk. Chłopcy postanowili olać to, co prawdopodobnie robi Amy i dalej zachowywać się jakby byli na własnym ślubie. W końcu Jimmy odkleił się od Percy’ego, odwrócił się w stronę stołu i zaczął piszczeć. Podążyliśmy z Robertem za jego wzrokiem i zrozumieliśmy, że naleśniki zniknęły. Amy wpieprzyła wszystkie. Oprócz jednej połowy, którą właśnie miała na talerzu przed sobą. Robert rzucił się w jej kierunku, zabrał jej tą nędzną resztkę z talerza i podał Jimmiemu, który był zbyt przerażony tym co się stało, żeby zareagować. Kurwa, miałam taką ochotę, na tego cholernego naleśnika, ale chyba nie powinnam zabierać go biednemu, umierającemu na raka chłopakowi.

Robert w tym czasie wrzeszczał na Amy. Rozumiałam go więc postanowiłam nie wnikać w ich kłótnie. Do mojej kuzynki chyba niezbyt docierało to, co mówił do niej blondi.

- Amy, debilu! To było dla Jimmiego! On zaraz umrze! Jak będzie dwa metry pod ziemią to będziesz mogła wpierniczać te pieprzone naleśniki do woli, ale ten jeden miesiąc powinnaś się powstrzymać. Ranisz go!

- Spierdalaj. Byłam głodna. Gdyby Jimmy je chciał to by je jadł, a nie płakał nad nimi.

- Płakał z szczęścia!!

- Jimmy nie płacze ze szczęścia! On płacze z głodu, gdy coś go boli, gdy jest smutny, gdy się nudzi, gdy jest chory, zakochany i gdy jest mniej ważną różową księżniczką! Ale nigdy gdy ma talerz pełen naleśników!

- Może on nigdy nie miał tyle naleśników dla siebie?! I nigdy nie był naprawdę szczęśliwy, dlatego nie płakał ze szczęścia? Zaraz umrze, mógł być szczęśliwy, ale ty znowu wszystko zjebałaś!

Te wszystkie teksty o umieraniu sprawiły, że Jimmy psychicznie nie wytrzymał. Przerażony chłopak przytulił się do mnie i ukrył twarz w moich włosach. Zrobiło mi się go jeszcze bardziej żal. Popatrzyłam z wyrzutem dla Amy i Roberta. Nie wolno krzywdzić JimJama, nie teraz. Ale oni wciąż byli bardziej zajęci sobą. W końcu Jimmy się uspokoił.

- Robert, zostaw ją. Wiem, że źle zrobiła, i ona też wie. Wybaczam jej.

Wszyscy popatrzyliśmy na przyklejonego do mnie Jimmiego jak na jakiegoś idiotę. Ok, zrozumiałabym wszystko, ale tu kurwa chodziło naleśniki.

- Jimmy, nie rozumiesz? Zjadła twoje jedzenie. Nie powinieneś jej wybaczać.

- Ale jej wybaczam. Bonzo mówi, że Bóg chce żebyśmy wybaczali. Chcę być dobrym człowiekiem.

- Pojebało cię!! Ja tu stoję jak debil, smażę ci te pierdolone naleśniki, a ty pozwalasz je zjadać!!

Wystraszony Jimmy znów się za mną ukrył. Jeśli oni się nie ogarną to on tutaj umrze ze strachu. Amy i Robert znów zaczęli się kłócić. W końcu dziewczyna nie wytrzymała i wyszła z pokoju trzaskając drzwiami.









(z perspektywy Roberta)

Kurwa! Nie tak to miało wyglądać! Byłem wściekły, ale nie chciałem, żeby Amy się na mnie obraziła. Mogłem to przewidzieć. Nienawidziłem takich sytuacji. Zawsze wtedy brała Micka i gdzieś jechała. A ja cholernie się o nią bałem. Kiedy człowiek jest w takim stanie, nie jest w stanie prowadzić samochodu. Tak samo jest z końmi, nawet ja to wiem.

Wybiegłem przed dom, jednak jej już tam nie było. Micka też. Ale było jego siodło, ogłowie i kask Amy. Kurwa. Kurwa. Kurwa! Pojechała na swoim psychicznym koniu, na oklep i bez kasu. I to wszystko moja wina. Niewiele myśląc, błyskawicznie osiodłałem konia Lucy, wsiadłem na niego i popędziłem w stronę lasu. Paul tłumaczył mi, że nie można od razu galopować, ale jakie to ma znaczenie w tej sytuacji? Pędziłem przed siebie najszybciej jak to możliwe. Nie miałem pojęcia, gdzie mogła pojechać, miałem nadzieję, że Apollo sam będzie wiedział, gdzie jechać...

Po około 15 minutach zaczęliśmy zwalniać, koń nie miał siły bez przerwy pędzić pełnym cwałem... Cholera. Jechałem trochę wolniej, wciąż się rozglądałem. Byłem teraz niedaleko lotniska. Miałem nadzieję, że zaraz znajdę Amy, przeproszę ją i wrócimy razem do domu. Co prawda miała się dowiedzieć, o tym że jeżdżę nieco później i w innych okolicznościach...

Nagle usłyszałam rżenie. Rozjeżałem się. Nagle z pomiędzy drzew wyłonił się Mick i do mnie podbiegł. Kurwa mać, spadła! Wyglądał na zdenerwowanego i szybko zawrócił. Apollo resztkami sił pogalopował za nim. Byłem przerażony. Koń mojej dziewczyny zatrzymał się przy ogromnym... dole w ziemi? Szybko zeskoczyłem i podszedłem do dziury. I wtedy zobaczyłem coś, czego tak bardzo się obawiałem. Amy. Nie ruszała się. Po chwili byłem już obok niej.

-Amy? Amy...? - nie reagowała. Nie miałem pojęcia co robić. Sprawdziłem czy oddycha. Oddychała. Zacząłem krzyczeć - Amy! Amy!!! - powoli zaczęła otwierać oczy - Amy, patrz na mnie! - delikatnie kiwnęła głową. Nie miałem pojęcia co zrobić, nie chciałem jej tutaj zostawić, ale musiałem wezwać pomoc. Nie mogłem wyciągać jej ztąd na własną rękę, bo mogła mieć uszkodzony kręgosłup.

-Wszystko będzie dobrze. Zaraz wracam. - popatrzyła na mnie przerażona, widziałem, że nie chciała tu zostać, ale co innego mogłem zrobić? 

Byłem dosyć wysoki, więc wydostanie się z tego cholernego dołu nie zajęło mi zbyt wiele czasu. Jednak szybko sobie uświadomiłem, że na Apollo daleko nie zajadę, był już wykończony. Szybko wsiadłem na Micka. Normalnie zawsze miał mnie gdzieś, ale teraz od razu popędził w stronę lotniska. Po około dwóch minutach byłem już na miejscu. Ludzie patrzyli na mnie jak na debila, kiedy zeskoczyłem z konia na środku chodnika i wbiegłem do budynku. Ale to nie miało żadnego znaczenia. Liczyła sie tylko Amy. Udało mi się załatwić telefon, wezwałem pogotowie i zadzwoniłem do Jimmiego. Nie odebrał... Po chwili znów byłem w tej dziurze w lesie. Dziewczyna już nie kontaktowała. Cały czas so niej mówiłem, ale nie przynosiło to żadnych efektów.

Resztę wydarzeń pamiętam już jakby przez mgłę. Przyjechali ratownicy, kazali mi się odsunąć, zapakowali ją do tej karetki. Nie pozwolili mi jechać ze sobą. Udało mi się jedynie poprosić ich o telefon. Zadzwoniłem do Lucy, żeby przyjechała po konie.

Usiadłem pod drzewem. Próbowałem sobie to wszystko poukładać w głowie. Byłem w szoku. Nie wiedziałem co robić. Stwierdziłem, że muszę sie dostać do szpitala. Pobiegłem w stronę miasta, złapać jakiś autobus.

Po chwili byłem na miejscu. Nie miałem pojęcia gdzie iść. Panikowałem. Gdzie ona mogła być? Zacząłem płakać. Czułem się winny. Mogłem zrobić więcej naleśników...

Jednak nie był to czas na obwinianie się. Musiałem dowiedzieć się co z Amy. Nagle zauważyłem, że z sali obok wiozą moją dziewczynę. Była nieprzytomna. Szybko do nich podbiegłem.

-Co jej się stało? Co z nią? Gdzie...

-Nie mamy czasu - przerwali mi - podejrzewamy krwotok wewnętrzny, zabieramy ją na blok - zawołał jeden z lekarzy odbiegając.

Z moich oczu pociekły łzy. Dlaczego Amy? Dlaczego ona? Usiadłem na krześle i ukryłem twarz w dłoniach. Nie mogłem się uspokoić. Tak bardzo się o nią bałem... Czy przeżyje? Wyglądała jak trup... Zanosiłem się płaczem. Wyrzuty sumienia nie dawały mi spokoju. Wszystko przeze mnie! Po co tak na nią wrzeszczałem? Przecież tylko zjadła naleśniki...

Siedziałem tak już jakieś trzy godziny. Byłem załamany. Postanowiłem jeszcze raz zadzwonić do Jimmiego. Podszedłem do recepcji i zapytałem o telefon. Jakaś starsza kobieta wskazała aparat kilka metrów dalej. Podziękowałem i podszedłem do niego. Wykręciłem numer. Tym razem James odebrał. Szybko powiedziałem mu, co się stało. Obiecał, że zaraz przyjedzie.

Nie miałem pojęcia co robić. Minęło już tyle czasu od kiedy tu przyjechałem... Stwierdziłem, że muszę dowiedzieć się co z Amy. Znów podszedłem do recepcji. Na początku starałem się być spokojny, jednak po chwili puściły mi nerwy.





(oczami Jackie)

Jimmy nie chciał powiedzieć gdzie i po co jedziemy. Rozmawiał przez telefon i kazał mi siąść za kierownicą. Oczywiście Jimmy nie mógł prowadzić bo zostawił swoje prawo jazdy w domu swoich rodziców.

- Skręć tu. – powiedział. Włączyłam kierunkowskaz. Znaczy myślałam, że włączyłam bo po chwili włączyły się wycieraczki. Cholera. Czy ci Brytole muszą komplikować nawet budowę samochodu? Nagle przed nami pojawił się wielki budynek. Szpital św. Tomasza. Krishno! Co się stało? Jimmy wysiadł i otworzył mi drzwi.

- Co się dzieje? – zapytałam.

- Amy spadła z konia.

Cholera nie!

- Coś jej się stało?

- Gdyby nie, to nas by tu nie było.

Weszliśmy do wielkiego hallu. Pierwszą osobą którą zobaczyliśmy był Robert. Stał przy recepcji i wrzeszczał.

- Musicie mnie tam wpuścić! To jest moja dziewczyna! Ja ją znalazłem, więc ja mam prawo tam wejść! Kocham ją! Rozumiecie!!

- Niestety nie jest pan członkiem rodziny. Nie jesteśmy w stanie pomóc.

- W takim wypadku powiedzcie mi co z nią jest!!!

- Zadzwoniliśmy po ojca pacjentki. On zdecyduje kto będzie miał do niej dostęp.

- Ale on mnie nie lubi!! I mi nie pozwoli!!!

Jimmy zaciągnął mnie pod recepcję. Robert kompletnie mnie zignorował i dalej jęczał.

- Nazywam się Jacqueline Rihdes, jestem kuzynką Amy. Mogłabym się dowiedzieć co się z nią dzieje?

- Niestety, widzieć się może z nią na razie tylko ojciec. Jeśli pozwoli pani na widzenie to wtedy panią wpuścimy.

- A mogłabym przynajmniej wiedzieć co się z nią dzieje?

- Niestety.

Zmierzyłam kobietę wzrokiem. Miła starsza pani. Złapałam kobietę za rękę.

- Proszę pani, proszę mi powiedzieć przynajmniej kiedy wyjdzie. Bo… - myśl Jackie! Jak przekonać starą kobietę? Przejechałam wzrokiem po miotającym się Robercie i kompletnie nieobecnym Jimmym. Kopnęłam go w kostkę. Porozumiewawcze spojrzenie. – Bo ja i mój narzeczony planowaliśmy ślub i Amy miała być świadkiem… I musimy wiedzieć przynajmniej kiedy wyjdzie. To jest dla nas naprawdę ważne…

- Masz narzeczonego? Planujesz ślub? Czemu ja nic nie wiem? – zapytał Robert. Ale i tak nikt go nie słuchał.

- Oj dziecko… Biedna, zobaczę co można dla was zrobić. – uśmiechnęła się do nas i wyszła gdzieś tylnymi drzwiami.

- Dziękujemy – powiedział Jimmy. No jednak się czasem do czegoś przydawał.

- Co? Jimmy!! Co ty wyprawiasz? Bierzesz z nią ślub!! I nic nie powiedziałeś! Myślałem że się przyjaźnimy…

Kompletnie zrezygnowany Robert siadł na ziemi i ukrył twarz w dłoniach.

Starsza pielęgniarka wróciła i objęła nas ramionami. Poszliśmy za nią na korytarz.

- To tutaj.

Jimmy i pielęgniarka zostali przed drzwiami. Weszłam do środka. Amy leżała nieprzytomna na łóżku. Głowę miała owiniętą bandażem i była podpięta pod jakąś kroplówkę. Nie wiem dlaczego, ale moja kuzynka wyglądała jak martwa. Poczułam, że tracę grunt pod nogami. Oparłam się plecami pod ścianę. Poczułam, że ktoś lekko mnie obejmuje. Jimmy. Czyli pewnie zaraz się rozpłacze, a ja naprawdę nie jestem na siłach, żeby go pocieszać. Ok, Jackie. Będziesz twarda. Ale wizja pogrzebu Amy była zbyt silna. Poczułam łzy na policzkach. Jimmy mnie objął i w tym czasie użył swoich zdolności voodoo by wyciągnąć z pielęgniarki szczegóły dotyczące Amy.

- Kochani, musicie już stąd iść. Jak doktor was tu zobaczy, będą problemy…

Wróciliśmy do hallu. Robert znów się awanturował. Gdyby był grzeczny wszedł by z nami, ale do niego nic nie docierało. Dwóch lekarzy usiłowało go uspokoić, ale jedyną rzeczą którą udało się osiągnąć było to, że Robert biegał po całej poczekalni, żeby go nie złapali. Krishno, on jest nienormalny. Chwilkę później przyszło więcej lekarzy. Przywieźli ze sobą wózek inwalidzki i jakieś dziwne białe coś. Było ich na tyle dużo, że udało im się otoczyć Roberta, który wspiął się na kaloryfer i na nich warczał. Jak w King Kongu. Szybko zapakowali go w to białe coś co okazało się kaftanem bezpieczeństwa i posadzili na wózku. Do Roberta nagle dotarło, że biorą go na odział psychiatryczny i zaczął płakać. Jimmy, który zachowywał się kompletnie jak nie on (czytaj: nie płakał, był opanowany i ogarnięty) poszedł tłumaczyć, że Robert jest normalny, ale nikt go nie słuchał. Siadłam na podłodze i zaczęłam płakać. Tego wszystkiego było za dużo.

- Jack, wszystko będzie dobrze – usłyszałam Jimmiego. Co się z nim do cholery dzieje?

- Co będzie z Robertem?

- Stwierdzili, że sprawia zagrożenie i poddadzą go przymusowemu leczeniu psychiatrycznemu...

Nagle Jimmy się zaciął. Pod same drzwi szpitala podjechał czarny Rolls-Royce Phantom V, z którego wysiadł mój wujek. Poszedł pod recepcję, a potem od razu do Amy. Kilkanaście minut później wrócił.

- Cześć Jackie. Cześć Jimmy. Dobrze, że jesteście. W przeciwieństwie do tej cholery, Roberta. Niby tak ją kocha, marnuje moje pieniądze, nic nie robi, ale jak mojemu Misiowi coś się stanie to on ma ważniejsze sprawy na głowie! Może Amy teraz przejrzy na oczy, zostawi tego pasożyta, wróci do szkoły i będzie się zachowywać jak powinna…

- Wujku, to nie jest tak jak myślisz. Robert jest tutaj, na oddziale psychiatrycznym.

- Wreszcie jest tam gdzie powinien.

- Krishno… Wujku, powiesz im żeby dali nam zgodę na dostęp do Amy? Nie chcą nas wpuścić…

- Oczywiście że dam wam tą zgodę. Przecież jesteście z rodziny.

- Co? Jimmy jest jakimś kuzynem? Czemu nikt mi nic nie powiedział? – zapytałam zaskoczona.

- Nie. – powiedział Jimmy z lekkim uśmiechem. – słyszałaś kiedyś o przyszywanej rodzinie?

- Noo…tak. – stwierdziłam.

- Właśnie. James to taki kochany chłopiec. Zawsze był dla mojej Amy jak starszy brat, z którego powinna była brać przykład. Myślę, że gdyby brała to teraz by tu nie leżała. I pewnie zdałaby do następnej klasy. No ale wiecie dzieciaki, śpieszę się.





Wujek szybko się oddalił. My chyba też powinniśmy wracać ale ja byłam zbyt roztrzęsiona, żeby prowadzić. W dodatku Robert nie wracał, a trochę głupio go tak zostawiać.

Kolejne minuty spędziliśmy z Jimmym w milczeniu. To naprawdę świetny przyjaciel. Ale nie byłabym sobą gdybym nie dostała pesymistycznych wizji. Co jeśli Amy umrze, Jimmy też umrze bo ma raka, a Robert zostanie na zawsze w psychiatryku? Wtedy zostałabym sama bez pieniędzy, w obcym kraju. Poczułam, że znowu zaczynam płakać. Chyba zmieniam się w Jimmiego.

Nagle do poczekalni wpadła para, robiąc większe zamieszanie niż zmartwiony Robert. Szczególnie kobieta po czterdziestce.

- Gdzie jest mój Robbie? Co się z nim stało? Dlaczego go tu zamknęli? Czemu nikt nie powiedział nam wcześniej?

Zaraz, to byli rodzice Roberta? Czyli chyba naprawdę jest z nim źle.

- James! Co się stało!? Dlaczego mój Kotek jest w szpitalu!? – kobieta wydarła się do Jimmiego. Widać, że Robert ma we krwi zdolność do robienia wstydu. I jeszcze ten Kotek. Masakra.

Jimmy wstał i podszedł do nich. To chyba był błąd bo matka Roberta prawie go udusiła. Jeśli tak poddusza przyjaciół swojego syna, to jak bardzo zgniata Roberta? Jimmy coś do nich mówił gdy nagle znów usłyszeliśmy kobietę.

- Boże!! Amy też!!! Dzieci, co wy wyprawiacie!!!

Do rozwrzeszczanej grupki podeszła pielęgniarka.

- Jackie! Idziemy do Roberta! – Jimmy zaczął podskakiwać w miejscu i machać do mnie. Zażenowana podniosłam się z krzesła.

- O, James kim jest twoja słodka, mała przyjaciółka?

Kobieta złapała mnie za ramię i zmierzyła wzrokiem.

- Kuzynka Amy.

- No muszę powiedzieć, że równie śliczna. Wy to macie szczęście. I dobry gust, oczywiście.

Nie chciało nam się tłumaczyć, że nie jesteśmy w związku bo patrząc na matkę Roberta i tak nam nie uwierzy. Nie wiedziałam, jak spodziewać się odwiedzin u blondyna, ale nie spodziewałam się, że będzie nieprzytomny. Wyglądał równie źle jak Amy. Był chyba nawet bardziej blady i o ile Amy miała spokojny wyraz twarzy, to na twarzy Roberta malowało się dziwne cierpienie i niepokój. Przerażona przykleiłam się do Jimmiego. W tym momencie też zorientowałam się, że trzymamy się za ręce. Wiedziałam, że Robert jest jego najlepszym przyjacielem, a Amy znał o wiele lepiej ode mnie. Miałam wyrzuty do siebie, że od kiedy tu jesteśmy to ja ciągle wymagam jego uwagi i opieki, kiedy to on musiał się z tym wszystkim naprawdę źle czuć i potrzebować wsparcia bardziej.

Rodzice Roberta robili trochę cyrku nad nieprzytomnym chłopakiem, w tym czasie Jimmy, który okazał się najbardziej ogarniętą osobą w tym towarzystwie, wypytał się o to co dokładnie stało się Robertowi. Na szczęście podali mu po prostu za dużo barbituranu i obudzi się za kilkanaście godzin.

Wyszliśmy z pokoju. Jimmy stwierdził, że powinniśmy wrócić i w domu czekać na informacje ze szpitala. Chyba miał rację.

Gdy dojechaliśmy do domu każde z nas bez słowa poszło do siebie. Ale nic nie było w stanie wymazać mi z głowi wizji umierających przyjaciół. Owinęłam się kocem i chciałam się skupić na czymkolwiek innym. W końcu zdecydowałam się zejść na dół. Ominęłam Bartosza, który chyba nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji. Udałam się do kuchni w poszukiwaniu alkoholu. Niestety, nic tam nie było. Zaczęłam włóczyć się bez celu po całym parterze, więc nic dziwnego, że w końcu dotarłam do pokoju Jimmiego. Biedny chłopak leżał z twarzą ukrytą w poduszce i płakał. Z resztą dobrze go rozumiałam. Cały dzień hamował łzy i udawał, że wszystko jest ok. A nie było. Jimmy podniósł głowę. Wyglądał naprawdę żałośnie. Siadłam obok niego i chciałam go pocieszyć ale udzielił mi się depresyjny nastrój i po chwili obejmowaliśmy się i nawzajem usiłowaliśmy sobie wmówić, że będzie dobrze. Ale wiedzieliśmy, że nie będzie.




czwartek, 27 sierpnia 2015

Rozdział 7

(z perspektywy Amy)
Zamrugałam. Nic się nie zmieniło. Zamknęłam oczy i po kilku sekundach je otworzyłam. Niestety. Wszystko wyglądało tak samo jak wcześniej. Westchnęłam. Czyli jednak nie był to zły sen... To działo się naprawdę. Stałam przed drzwiami znienawidzonego budnyku. Mojej szkoły. To miejsce powracało do mnie w nocnych koszmarach. Nie mogłam uwierzyć w to, że przyszłam tutaj z własnej woli. Wzięłam kilka głębokich wdechów aby się uspokoić, po czym sięgnęłam do klamki. Wciąż miałam nadzieję, że może będzie zamknięte, że nie będę mogła tam wejść... Jednak ku mojemu rozczarowaniu drzwi ustąpiły i bez problemu mogłam wejść do środka, co z niechącią zrobiłam. Kiedy byłam już na szkolnym korytarzu zastanawiałam się, czy nie lepiej znaleźć jakąś pracę, zamiast poprawiać fizykę u tej psychopatki. Może jakoś dalibyśmy sobie radę bez pieniędzy mojego ojca...? Te myśli nie dawały mi spokoju, kiedy podążałam w kierunku pokoju nauczycielskiego. Wiedziałam, że będzie tam na mnie czekać. Stanęłam przed wspomnianym pomieszczeniem i zapukałam. Kiedy usłyszałam kroki, chciałam jak najszybciej ztąd uciec, jednak drzwi się otworzyły, a w środku stała moja znienawidzona nauczycielka. Wiedziałam, że muszę zachować zimną krew.
-Dzień dobry. - powiedziałam opanowanym głosem. Nie mogłam jej okazać swojej słabości, nie mogła wiedzieć, że to spotkanie kosztuje mnie tyle nerwów.
-Witaj Amy. - zaskrzeczała swoim koszmarnym głosem niczym jakaś ropucha. Za jakie grzechy muszę tu teraz być? Spokojnie, Amy, dasz radę.
-Przyszłam tutaj, ponieważ chciałabym poprawić moją ocenę z fizyki. Bardzo zależy mi na tym, aby przejść do następnej klasy, dlatego mam nadzieję, że wyznaczy mi pani termin poprawki. - gówno prawda, w przyszłym roku też nie będę chodzić na połowę lekcji, bo zupełnie mi na tym nie zależy... Ale cóż, potrzebowałam pieniędzy od ojca.
-No, no, nie spodziewałam się Ciebie tutaj... - niebezpiecznie się do mnie zbliżała. Zaczęłam więc cofać się do pokoju. - Nie sądziłam, że zależy Ci na ocenach. - wysyczała - Ale skoro jest inaczej... - byłam przerażona, nie miałam jak uciec - będziesz musiała mi to udowodnić - wyszeptała... uwodzicielskim (?!) głosem - Zrobisz coś dla mnie...
-Dzień dobry! - zostałam uratowana! Przez drzwi właśnie wszedł dyrektor. Myśl, Amy, myśl, teraz masz szansę...
-Rozumiem, miała pani na myśli prace społeczne! - udawałam entuzjazm.
Mężczyzna spojrzał na mnie pytająco. W zasadzie jest w porządku, zwykle przymyka oko na moją frekwencję. To jeden z niewielu ludzi, którzy pracują w tej szkole, których po prostu lubię. Fizyczka wyglądała na wściekłą, ale przy dyrektorze nie mogła nic zrobić.
-Tak Amy, masz odpracować 50 godzin w schronisku dla kotów.
-Świetny pomysł - wtrącił się facet - powinno Ci się to spodobać Amy - wręczył mi ulotkę
-A termin poprawki masz 20 sierpnia. Możesz już iść - powiedziała ta znienawidzona przeze mnie psychopatka, usiłując opanować wściekłość.
Pożegnałam się, wyszłam z tego koszmarnego pomieszczenia, po czym puściłam się biegiem w kierunku wyjścia. Biegnąc przez ulicę, w kierunku domu, pocieszałam się świadomością, że przez najbliższe dwa miesiące tutaj nie wrócę.
***
-Gdzie idziesz? - zapytał Robert, kiedy ubierałam buty. No tak, przecież o niczym mu nie powiedziałam. Kiedy tylko wróciłam ze szkoły przebrałam się i poszłam pojeździć, żeby odreagować. Spotkanie z tą kobietą zawsze kosztowało mnie mnóstwo nerwów, zawsze unikałam jej jak mogłam. Kiedy wróciłam, nikogo nie było, więc po prostu poszłam spać.
-Do schroniska dla kotów - odpowiedziałam. Chłopak wyglądał na zaskoczonego
-Po co? Będziemy mieli kota? - no cóż, po wczorajszym zakupie Jimmiego, można się było spodziewać wszystkiego
-Nie, muszę tam odpracować 50 godzin - westchnęłam wznosząc oczy do nieba
-Mogę iść z Tobą?
-Nie. - nie miałam ochoty ciągać go tam ze sobą. Zależało mi... na dobrym pierwszym wrażeniu? Powiedzmy.
-Czemu?
-Bo... ktoś przecież musi ugotować obiad! - Krzyknęłam i wybiegłam z domu. Zadowolona z siebie wyciągnęłam z kieszeni ulotkę, którą dał mi dyrektor. Miałam kawałek, ale zdecydowałam, że się przejdę. Nie minęło nawet pięć minut, kiedy na mojej drodze stanął David. Nie byłam zachwycona, ponieważ brat mojej przyjaciółki nie należał do inteligentnych... No i jego ostatnia wizyta była dosyć dziwna. Do teraz nie mam pojecia, o co wtedy mu chodziło.
-Hej Amy, wiesz, że Tim jest opętany? - no dobra, dziwny początek rozmowy, nawet jak na niego
-Yyyyy... Aha? A czemu tak sądzisz?
-Lucy mu się podoba! Rozumiesz? - chwycił mnie za ramiona - Lucy! Jemu się podoba moja siostra!
-Ja pierdolę... - wyminęłam go, jednak przed chwilą znowu pojawił się przede mną
-Dlaczego mi nie wierzysz?
-Bo jesteś idiotą.
-Wcale nie. Dlaczego tak sądzisz?
-Kurwa, David, idź i sprawdź czy nie ma cię w domu!
Odwrócił się i poszedł. Z kim ja się zadaję?


Mniej więcej po półgodzinie byłam na miejscu. Weszłam do dość dużego budynku. Był w całkiem dobrym stanie, jeśli porównało się go z innymi schroniskami. Byłam nieco zagubiona i niespecjalnie wiedziałam co mam ze sobą zrobić.
Postanowiłam poszukać jakichś ludzi. Ruszyłam więc przed siebie korytarzem. Zauważyłam otwarte drzwi, kiedy koło nich przechodziłam, coś z nich wypadło i przewróciło mnie na ziemię, kiedy oszołomiona się podniosłam, okazało się, że to "coś" to dziwnie wyglądający chłopak z wielkimi zębami.
-Hej, jestem Freddie - uśmiechnął się, pomagając mi wstać.
-Trochę dziwne okoliczności zawierania nowych znajomości... Amy.
-Co tutaj robisz? Chcesz wziąć może kotka? - zapytał z nadzieją w głosie
-W zasadzie to przyszłam tutaj odrabiać prace społeczne... - wyjaśniłam, jednak widząc jego rozczarowanie dodałam - ale o kocie też pomyślę - no, bo w zasadzie, czy przy dwóch koniach i krowie jeden mały kot zrobi jakąś różnicę?
Fred wyraźnie z siebie zadowolony zaprowadził mnie do jakiegoś faceta, który zapisał w jakiejś książce moje dane i zapewnił, że kiedy odpracuję te swoje godziny, poinformuje o wszystkim moją szkołę. No, nie jest źle. Freddie wygląda dziwnie, ale wydaje się być w porządku. Myślę, że nie będzie tak tragicznie, jak się obawiałam.



wtorek, 18 sierpnia 2015

Rozdział 6

(Oczami Jackie)
Obudził mnie zajebisty zapach. Coś jakby ciastka. Z czekolady. Mój mózg przepełniała tylko jedna myśl "zjeść!". Skoro pachnie jedzeniem to znaczy, że Robert już wstał. Jimmy ma pokój na dole, więc pewnie już wpieprza moje ciastka. Muszę biec.
Postanowiłam zjechać po poręczy. Jednak w połowie drogi moje nogi zahaczyły o coś, co okazało się być Robertem. Straciłam równowagę i na niego spadłam, a on wywrócił się na schody. Oceniłam szkody. Percy niósł jakieś pudło i niestety cała jego zawartość walała się wokół nas. Bliżej przypatrzyłam się porozrzucanym przedmiotom. Normalnie, całe wyposażenie pałacu. Figurki jednorożców, diademy, korony, kiczowata plastikowa biżuteria, jedwabne rękawiczki... wszystko oczywiście we wszystkich odcieniach różu. Popatrzyłam na napis na pudełku. Księżniczka Percy i Księżniczka Jimmy. Pokręciłam głową. Te gejuchy nigdy się nie ogarną. Dopiero teraz zorientowałam się, że od dłuższego czasu siedzę w samej bieliźnie na brzuchu chłopaka mojej kuzynki. Nikt nie powinien zobaczyć nas w takiej sytuacji. Pewnie musiałabym wprowadzić się do Roggiego. Właściwie byłam z nim dzisiaj umówiona...
Zostawiłam Roberta, który wrzeszczał za mną, żebym posprzątała po sobie, na schodach i kontynuowałam moją wędrówkę w stronę kuchni. Tam przeżyłam kolejne zaskoczenie. Amy klęczała na podłodze i ją myła. Czy oni wszyscy powariowali?
- Jack, pomożesz mi? - zapytała.
Cholera nie. Nienawidzę sprzątać!
- Zaraz - mruknęłam.
Moja ostatnia nadzieja to Jimmy. Nie wierzę, żeby on sprzątał. Jeśli robiłby to co powinien to od dawna byłby w pizzerii. Skierowałam się w stronę jego pokoju. Jednak w połowie drogi, w hallu, stanęłam jak wryta.
Jimmy stał na parapecie, przodem do mnie ( musiał mnie usłyszeć i się odwrócić, ale wyglądało to tak, jakby mył okna). Musiałam wyglądać debilnie tak stojąc i się na niego lampić. I nie chodziło mi o to że miał na sobie tylko purpurowe bokserki i różowy fartuszek z falbankami. Albo, że jego czarne włosy były nakręcone na wałki. Dziwne było to, że stał na przed ostatnim oknie. Większość była podejrzanie czysta. To znaczy, że wstał kilka godzin temu i je mył. Co to się do cholery wyprawia?
- Cześć, chcesz mi pomóc?
Co ja mam mu do kurwy nędzy powiedzieć? Że nigdy w życiu nie umyłam okna?
- Tak, ale nie teraz.
Jimmy znów zajął się swoim oknem.
- Właściwie, po co sprzątacie?
- Ojciec Amy. Ja się osobiście stąd zabieram. Tobie też radzę.
- Jackie!!!! - wydarł się Robert. Poszłam w kierunku głosu. I to był błąd. Blondyn wepchał mi w ręce kilkanaście śmierdzących opakowań po pizzy. Poszłam je wyrzucić. Postanowiłam nie wracać i pewnym krokiem poszłam przed siebie. Kilka minut później zaczepił mnie jakiś staruch. Nie do końca rozumiałam, co ode mnie chciał. Po kilku chwilach rozmowy zorientowałam się, że kasuje mnie wzrokiem. Popatrzyłam po sobie i ogarnęłam że stoję na środku ulicy w bieliźnie i butach na wysokich obcasach, które wsunęłam wychodząc z domu. Kurwa Rihdes, musisz wracać. Weszłam do domu. Robert popatrzył na mnie z tryumfem.
Nagle usłyszeliśmy wrzask Jimmiego.
Robert poszedł do hallu, przekonany, że jego przyjaciel spadł z parapetu i się zabił. Jednak stanowisko na parapecie było puste, a wszystkie okna umyte. Robert poszedł w kierunku łazienki. Jimmy stał na środku z miną skazańca. Na Krishnę, co jeśli on właśnie umiera? Robert był chorobliwie blady. Chyba pomyślał to samo. Chwycił Jimmiego za ręce i popatrzył w jego załzawione oczy.
- Jimmy, nie załamuj się. Wszystko będzie dobrze. Może masz jakieś ostatnie życzenie? Z Jackie zrobimy wszystko, byś odszedł w spokoju i spełniony, z uczuciem, że twoje życie, choć krótkie było czymś cudownym. Wiem, że nie zrobiłeś jeszcze wszystkiego, ale myśl o pozytywach... - w tym momencie Robert nie wytrzymał i zalał się łzami. - Kurwa, nie załamuj się!!!
Blondyn zamknął oczy i poleciał na ścianę za sobą. Ciągle smędził coś o pogrzebach.
Jimmy popatrzył na niego jak na debila.
- Czy on mógłby się ogarnąć? Co wy odwalacie?
- No.... masz raka i właśnie umierasz. - zabrzmiało to raczej jak pytanie niż twierdzenie.
- Nie, nie teraz.
- To czemu krzyczysz? - zapytałam z pretensją w głosie.
Jimmy popatrzył na tarzającego się po ziemi Roberta.
- Wałek utknął mi we włosach i miałem nadzieję, że on go wyciągnie ale jest chyba niezdolny do współpracy. Mogłabyś?


(z perspektywy Amy)
Dochodziła już jedenasta. Mieliśmy około 15 minut do przyjścia mojego ojca. Musieliśmy zrobić jak najlepsze wrażenie, jeżeli chceliśmy dostać hajs. A chcieliśmy dostać hajs, bo potrzebowaliśmy go, żeby przeżyć. W końcu żadne z nas nie pracowało. Dom był idealnie wysprzątany, ciasteczka Roberta właśnie kończyły się piec, a ja gotowałam wodę na kawę.
Jimmy pomógł nam przy sprzątaniu, ale jakieś dwie godziny temu gdzieś poszedł, niekt do końca nie wiedział gdzie. Jackie właśnie zbierała się do wyjścia, bo chciała się spotkać z jakimś tam swoim przyjacielem, chyba Rogerem.
Robert bardzo chciał zrobić dobre wrażenie, założył nawet koszulę (!). Mój ojciec nigdy nie pałał do niego sympatią, mimo usilnych starań. Oboje robiliśmy wszystko, aby to zmienić, jednak do tej pory bezskutecznie.
Weszłam do salonu, chcąc jeszcze sprawdzić, czy wszystko jest na swoim miejscu. Było. Nie pamiętam, kiedy ostatnio mieliśmy tutaj taki porządek. Wróciłam do kuchni i uśmiechnęłam się do Roberta, wyglądał na bardzo zestresowanego. Chciałam coś powiedzieć, żeby go podnieść na duchu, jednak w tym momencie usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Wymienilismy się spojżeniami i oboje poszliśmy otworzyć. Jednak ubiegła nas... Jackie? No tak, przecież właśnie wychodziła.
-Cześć wujku - uśmiechnęła się sztucznie. Mój ojciec odwzajemnił uśmiech
-Cześć Jackie, co tam u Ciebie?
-Właśnie wychodzę, umówiłam się z kolegą. - szybko odparła i chciała wyjść
-Kolegą, tak jasne... -mruknął. Dziewczyna zaśmiała się nerwowo, chociaż widziałam, że jest wściekła. Miło z jej strony, że nie wdawała się w dyskusję. Mogła mieć to gdzieś, bo i tak to ja miałabym przesrane. Ale to Robert miał otworzyć... Trudno, nie wyszło. Podszedł do mojego ojca i uśmiechnięty go przywitał. Ja zrobiłam to samo i zaprosiłam go do środka. Weszliśmy do salonu. Robert poszedł do kuchni po ciasteczka i kawę, a ja w tym czasie usiadłam na kanapie i miałam jakoś zagaić rozmowę. Mój ojciec siedział na przeciwko mnie, na fotelu.
-Jak Ci się u nas podoba? - zapytałam, zanim zaczął nadawać na blondyna i przekonywać mnie, żebym znalazła sobie kogoś innego. Ostatnio trochę przemeblowałam z Lucy nasz salon, wiec uznałam, że to całkiem niezły temat.
-Jest ok. To Robert przestawiał te meble? - szukał jakiegoś punktu zaczepienia, zresztą jak zawsze. Na szczęście nie zdążyłam odpowiedzieć, bo to pokoju wszedł chłopak z ciastkami. Postawił je na stole, uśmiechnął się do mojego ojca i usiadł obok mnie.
-Dalej nie masz pracy? - no tak, tego właśnie się obawiałam. Jednak Robert chyba był przygotowany na to pytanie.
-Jeszcze nie, ale zapisałem się na specjalny kurs. Będę mógł później pracować w przedszkolu, a zawsze o tym marzyłem. Uwielbiam zajmować się dziećmi, są takie urocze - opowiadał zachwycony
-A myślisz, że byłbyś dobrym ojcem? - Robert zakrztusił się kawą, więc ja musiałam jakoś wybrnąć z tej sytuacji
-Tato, mam dopiero osiemnaście lat i naprawdę jeszcze nie myśleliśmy o dzieciach. A nawet jeśli, to jest to tylko i wyłącznie nasza sprawa.
-Zabezpieczacie się? - spojrzałam na blondyna. Zrobił się... zielony? Nieważnie, w każdym razie wygladał na mocno przerażonego. Cóż, niektórzy bywają zbyt bezpośredni...
-To Cię akurat nie powinno interesować - starałam się, aby mój głos był opanowany, jednak szło mi kiepsko. Na szczęście Robert zdążył się trochę ogarnąć i spróbował jakoś zmienić temat
-Smakują Panu ciasteczka? - yhm... przynajmniej się starał...
-Tak. - no, nie jest źle... Myśl Amy, myśl...
-Wiesz tato, Robert naprawdę świetnie gotuje! Szkoda, że nie masz wystarczająco czasu, żeby zjeść kiedyś z nami obiad. Wszystko, co upiecze jest niesamowite. Ma ogromny talent. Nie wiem, jak bym sobie bez niego poradziła - zachwalałam go jak mogłam, jednak na ojcu nie zrobiło to większego wrażenia
-Wiem o tym, że nie zdałaś w fizyki... - fuck. I co teraz?
-No, tak... - odpowiedziałam niepewnie
-Amy, jeżeli chcesz dalej dostawać ode mnie pieniądze, masz wziąć się w końcu za naukę! Masz poprawić fizykę, a jeśli tego nie zrobisz, to możesz o nich zapomnieć.
-Dobrze... Postaram się to załatwić... - nie wiedziałam co innego mogę powiedzieć. Jednak nagle wydarzyło się coś, czego nikt z nas się nie spodziewał. Drzwi do domu się otworzyły i po chwili w salonie pojawił się Jimmy... z krową?!
-Cześć, poznajcie Bartka. To moja nowa krowa.
-Zaraz, zaraz... czy wy wydajecie moje pieniądze na krowę?! - krzyknął mój ojciec, jednak Jimmy szybko zaczął wyjaśniać
-Nie, nie... Kupiłem ją za moje pieniądze, bo mam raka.
Mój ojciec lekko zszokowany wstał, podał mi torbę z pieniędzmi i po prostu wyszedł. No, jest dobrze. Mamy za co przeżyć przez najbliższe tygodnie.


(z perspektywy Jackie)
Oparłam się ramieniem na ladzie i popatrzyłam zalotnie na barmana. Upewniłam się, czy mój dekolt odsłania wystarczająco dużo.
- Co podać?
Wskazałam palcem na butelkę Danielsa.
- Na koszt firmy kochanie.
Jimmy miał rację. Marquee Club to zajebiste miejsce. Wróciłam do stolika i postawiłam na nim szklankę ze złotym napojem.
- Tylko jedna? – zapytał z rozczarowaniem w głosie Roggie.
- Tak. Jak chcesz to sobie zamów.
- Ale ja nie mam pieniędzy.
- Ja też. – odparłam – Ale mam swoje metody.
Po dłuższych namowach zgodziłam się załatwić alkohol dla Roggiego. Rozmawialiśmy sobie w najlepsze o pierdołach. Na scenie jakiś zespół grał naprawdę fajny rockowy kawałek.
- Jacq, przyniesiesz więcej whiskey? – zapytał Rogs.
- Nie, kochany. Teraz idziemy razem.
Nie miałam ochoty znów świecić cyckami przed barmanem. Podeszliśmy i stanęliśmy przy barku. Nagle piosenka się skończyła i usłyszeliśmy głos wokalisty.
- Ten kawałek jest dla dwóch ślicznych dziewczyn przy barku. Barman! Podczas tej piosenki piją na koszt zespołu!
Roger zaczął się nerwowo rozglądać, a ja w tym czasie obmyślałam plan zdobycia jak największej ilości alkoholu. Nawet jeśli nie chodziło o mnie, to może mi coś dadzą. Podniosłam w górę dwie butelki Danielsa. Barman pokazał kciuk wyciągnięty w górę, po czym wskazał na scenę. Wokalista pokiwał głową. Whiskey jest nasze!
Skierowałam się do stolika. Roger powlókł się za mną. Jeśli to, że wzięłam alkohol oznacza zgodę na randkę ze śpiewającym brunetem to ok. Nie miałam pomysłu jak inaczej zdobyć napój bogów.
Usiedliśmy, ale Roggie nie wydawał się zbyt zachwycony przebiegiem zdarzeń. Nalałam nam do pełna.
- Rog, co jest nie tak? Odechciało ci się pić?
- Niee…
- Powiedz co jest nie tak.
- Co powiedział ten gość na scenie?
- Eeeh… że alkohol dla dwóch dziewczyn przy barku. To chyba dobrze, że jedną z nich okazałam się ja, prawda?
- Tak, ale jest problem z drugą…
- No, pewnie jakaś inna dziewczyna… co nas to interesuje
- Chodzi o to, że przy barku staliśmy tylko my…
- Ja i ty? – chciałam się upewnić
- Tak
- To znaczy… że druga laska to ty!
- Właśnie, dlatego nie powinniśmy tego pić. Nie rozdaje się alkoholu za darmo. Dobrze o tym wiesz. Będą chcieli coś w zamian.
- Roggie, biorę wszystko na siebie. – Powinnam była. To ja zabrałam Danielsa nie myśląc o konsekwencjach.
Ale chłopak ciągle był przerażony. Są szanse, że któryś z członków zespołu to gej. Tylko na cholerę nazwali Rogsa laską! To była ich ostatnia piosenka. Chwile później nasz stolik został otoczony przez sześciu muzyków. Wokalista usiadł obok mnie i pociągnął łyka z mojego Danielsa. Cała reszta trzymała się w lekkiej odległości. Było jasne kto tu jest liderem i ma pierwszeństwo.
- I co o nas myślisz, mała? – zapytał intensywnie wpatrując się w Rogera. Blondyn uparcie go ignorował.
- Przepraszam, ale Roggie nie jest przyzwyczajony, że mówi się do niego per ‘mała’ – usiłowałam spławić chłopaka.
- Roger? – zapytał zdziwiony. – Fajne pseudo… mała.
- To moje imię – stwierdził blondi.
- Roger to skrót od ehhh… Rogerita?
- Nie jestem jakąś pieprzoną Rogeritą! Jestem Roger! Jestem facetem!
Wokalista nachylił się w moim kierunku i szepnął.
- Ona tak zawsze, tak? To taka jej metoda na facetów? Więc używa męskiego imienia? I gra niedostępną?
- Nie wiem co ty sobie myślisz. Roger naprawdę jest facetem.
- Nie wygląda. – powiedział zasmucony wokalista. – A z tobą mała, co jest nie tak?
- Ze mną jest wszystko w porządku.
Nagle usłyszałam dziwne wrzaski. Odwróciłam się i zobaczyłam przy barze Jimmiego i Roberta. Brunet wyglądał na złego, a Rob obejmował dwie dziewczyny, napalone piętnastki, które wcześniej próbowały swoich sił u muzyków, którzy otaczali mój stolik. Postanowiłam się przywitać, więc wspięłam się na krzesło i pomachałam do chłopców. Jimmy mnie zauważył i podszedł do nas. Roger był przerażony. Dobrze go rozumiałam, mógł wziąć Jimmiego za kolejnego napaleńca.
Jimmy zmierzył wokalistę zimnym spojrzeniem. Nie wiem dlaczego, ale chwilkę temu pewni siebie muzycy wycofali się.
- Zostawcie je. To dziwki Yardbirds. Dokładniej Slowhand’a. Nie chcecie, żeby się o tym dowiedział. Zrujnowałoby to wam karierę. Jasne?
Adoratorzy Rogera szybko się wycofali. Jimmy sięgnął po butelkę Danielsa.
- Mogę, dziewczyny?
To sprawiło że Roger nie wytrzymał. Wstał i zaczął wrzeszczeć. Wystraszony Jimmy wypadł z klubu ze łzami w oczach. W końcu Roggie się ogarnął.
- Jackie, powiedz mi prawdę. Czy ja wyglądam jak kobieta?
- Nie. Oczywiście, że nie.
- Nie wierzę ci!! – krzyknął Roger i wybiegł z klubu.


(oczami Jimmy’ego)
Robert ciągnął mnie po mieście. Obiecał zakupy, ale od tego czasu nie weszliśmy jeszcze do żadnego sklepu, ani baru. Było już właściwie ciemno. Wlekliśmy się po ulicach, a Rob zagadywał wszystkie spotkane dziewczyny. Myślałem, że jest w związku z Amy, ale widocznie nie przeszkadza mu to. Na naszej drodze pojawiła się kolejna laska. Robert podbiegł do niej i wrzasnął:
- Jesteś tak piękna, że na trzeźwo też byś mi się chyba podobała!!
Dziewczyna zmierzyła go krytycznym spojrzeniem.
- Jimmy!!! Co o niej myślisz? – zapytał Rob. Wywróciłem oczami. Percy złapał mnie pod rękę i zostawiliśmy zszokowaną dziewczynę. Gdy odeszliśmy na bezpieczną odległość zapytałem:
- Robby, nie wiem co kombinujesz, ale się ogarnij! Podchodzisz do każdej laski, walisz debilny tekst, pytasz mnie o zdanie i uciekasz! To co robisz jest zruchane i nie ma sensu.
- Jimmy, ja tylko poznaje nowych ludzi…
Zobaczyliśmy grupkę dziewczyn. Na oko dwunastoletnich. Robert podbiegł do nich.
- Gdybyś była ziemniakiem …eeeh byłabyś dobrym ziemniakiem!
Dziewczyny popatrzyły na Roberta jak na ułoma.
- Czy twoje oczy są w kolorze bagna, że właśnie się w nich topię?
Popatrzyłem na nie przepraszającym spojrzniem.
- Co o nich sądzisz, Jimmeh?
- Daj. Sobie. Spokój.
Rob znów mnie objął i zaczął ciągnąć przed siebie.
Szliśmy akurat Wardour Street, więc gdy mijaliśmy Marquee Club po prostu wyrwałem się Robertowi i wszedłem do środka. Jakiś jazzowy zespół przygrywał coś na scenie. Siadłem przy barze i po chwili pojawił się Lewis.
- Hej, Jimmy! Co podać?
- Cześć Lewie, to co zwykle.
Chwilkę później przede mną stała szklanka z złotym Danielsem. Nagle usłyszeliśmy Roberta.
- Oj mała gdybyś była rzodkiewką już dawno bym Cię wyrwał!!! Jimmy!! Gdzie jesteś!! …przepraszam. Jesteś tak piękna, że poślubiłbym twojego kota byle tylko dostać się do twojej rodziny. James!!! A ta? Nieee… Nawet całkiem ładnie pachniesz! Przypomina mi to zapach karmy dla kota. JimJam!!! Ta jest fajna!! Powiedz, że ci się podoba!!!
- To jest twój przyjaciel? – zapytał rozbawiony Lewis.
- Tak. - Teksty Percy’ego były naprawdę żałosne. Jakim cudem wyrwał Amy?
Do baru podbiegł Robert. Obejmował dwie, mocno wstawione dziewczyny.
- Co o nich myślisz? Te kociaki mogą być twoje!!
Pokręciłem przecząco głową. Percy odepchnął laski, które zatoczyły się do tyłu.
Do naszych uszu dobiegł trzask tłuczonego szkła. Znad stolika w kącie, obstawionego przez rockersów zaczęła rozlegać się pijacka piosenka. Na stół wspiął się facet około trzydziestki i młoda, pijana dziewczyna. Po chwili rozpoznałem w niej Jackie. Wykonywali razem szalony taniec. Lewis poszedł ich rozgonić. Odprowadzanie kompletnie zalanej kuzynki Amy do domu, to wystarczające alibi żeby urwać się Robertowi, prawda? Dopiłem Danielsa i wyszedłem za grupką pijaków. Rockersi usiłowali z powrotem dostać się do klubu, a Jackie poszła przed siebie. Dogoniłem amerykankę. Była zbyt pijana, żeby iść sama dalej na miasto.
- Choć Jackie. Wracamy do domu. – oświadczyłem.
Dziewczyna odwróciła się w moją stronę. To znaczy, próbowała się odwrócić, bo straciła równowagę w swoich koturnach i poleciała na mnie. A ja poleciałem na ziemię. Musieliśmy wyglądać trochę dwuznacznie, bo leżałem na bruku, a Jackie siedziała mi na brzuchu i bełkotliwym głosem, który w połączeniu z mocnym amerykańskim akcentem czynił ją prawie niezrozumiałą opowiadała mi coś o swoich odkryciach i teoriach.
Może to zabrzmieć trochę dziwnie, ale leżenie na chodniku obok śmietnika i klubu z amerykańską hippiską było całkiem przyjemne. Położyłem głowę na ziemi i zamknąłem oczy. W tym momencie poczułem, że Jackie chyba już kompletnie odleciała, bo zarzuciło ją, i po chwili leżała na mnie.
Usłyszałem wściekły głos należący do starszej kobiety.
- Degeneraci! Wyrzutki społeczeństwa!! W biały dzień!! Na ulicy!! Jak wam nie wstyd!! Za moich czasów nie robiło się takich rzeczy!!
O co jej do jasnej kurwy chodziło!! My tylko leżymy. Popatrzyłem na kobietę. Podniosłem się na łokciach i chciałem jej wszystko wytłumaczyć, ale jej pieprzona rozpędzona torebka wylądowała mi na twarzy. Pewnie Jackie też oberwała dlatego na mnie spadła. Po chwili naszych uszu dobiegł głos Roberta.
- Mogę cię polizać?
Chwilka, czy mój debilny przyjaciel właśnie zapytał, czy może polizać siedemdziesięcioletnią dewotkę?
- A ta, Jimmy? – rzucił po raz tysięczny tego dnia.
Jack popatrzyła na nas zaćpanymi oczami.
- Chwilunia, Robbie czy ty właśnie próbujesz poderwać tą starą torbę? No chyba wyruchało cię stado kapibar!
Dewotka spojrzała na podejrzanie szczęśliwego Roberta, po czym zaczęła go okładać torbą. W tym czasie my zdążyliśmy się ewakuować na drugą stronę ulicy. Po chwili dołączył do nas potargany Robert.
- Do stu tysięcy chujów jednorożców! Co to miało być?! – zapytałem.
- Nooo… szukam przyjaciół!
- Percy, ty ją podrywasz! Ok, jestem w stanie zrozumieć wszystko, ale ‘Czy mogę cię polizać?’, serio?
- Teksty mi się skończyły – Robert zrobił smutną twarz.
Szliśmy w stronę domu. Robert był na nas zły, o to, że nie pozwoliliśmy mu kontynuować ‘poznawania nowych ludzi’. Ale sam jakoś nie chciał iść. Ale i tak nie zwracałem na niego uwagi, bo byłem zbyt zajęty pilnowaniem Jackie, która w ciągu ostatnich dwudziestu minut zdążyła nam kilka razy uciec, wspiąć się na latarnię uliczną i wyrwać lizaka jakiemuś biednemu dziecku.