wtorek, 26 lipca 2016

Rozdział 22

(z perspektywy Lucy)

Weszłam do przedpokoju i wyjżałam przez okno. Padał deszcz, znowu. Westchnęłam. Dlaczego zawsze mamy taką chujową pogodę? Sięgnęłam po parasol i już miałam wychodzić, jednak zatrzymał mnie Robert.

-Gdzie idziesz? - zapytał

-Do Rogera.

-Poczekaj, przejdę się z tobą, muszę wstąpić do sklepu.

Pokiwałam głową i oznajmiłam blondynowi, że zaczekam w ogrodzie. Wyszłam i stanęłam pod drzewem. Obok stajni Amy właśnie siodłała Micka. Może już jeździć? Raczej nie... Ale dyskusja z nią nie miała sensu, chyba nikt nie był w stanie przekonać dziewczyny do zmiany planów. No, może Brian, ale on pojechał odwiedzić swoich rodziców.
Zauważyłam, że Jimmy podchodzi do brunetki.

-Am, posłuchaj... - zaczął

-Spierdalaj. - warknęła. Chyba cały czas była na niego wściekła za te wszystkie akcje z samobójstwem, Jackie, Freddiem i Bonzo. Zrezygnowany Page poszedł przytulić się do Bartosza. Słyszałam jak mówi do niego coś o różowych sukienkach. Nie wnikam.

Zerknęłam w stronę domu. Robert właśnie zamykał drzwi, ale nie za bardzo sobie radził. Wywróciłam oczami i podeszłam do przyjaciela.

-Lucy, te drzwi są zepsute! Staffel na pewno zmienił zamki i wam wszystkim dał klucze, a mi nie! Dlaczego? Bo nie dałem mu wczoraj dokładki? Jimmy bardziej potrzebował tego jedzenia! Tim jest głupim egoistą! Nienawidzę go.

-Amy! - zwrócił się do dziewczyny podchodząc do niej - czemu on wogóle tutaj przychodzi? Nie powinnaś wpuszczać go do swojego domu, sama widzisz co się dzieje. Na za dużo sobie pozwala!

-Em... Robert... - zaczęłam, jednak nie było dane mi dokończyć

-Lucy, poczekaj, są ważniejsze sprawy. No i widzisz Amy, wydaje mi się... Amy? - chłopak dopiero teraz zorientował się, że nie ma jej obok. Rozejrzał się zdezorientowany.

-Staffel to idiota.

-Robert...

-Co?

-Może następnym razem użyj klucza, a nie breloczka który do niego przyczepiłeś w zeszłym tygodniu?

Nie odezwał się, tylko ruszył w kierunku furtki. Poszłam za nim. Przez kilka minut szliśmy w milczeniu. Postanowiłam przerwać tą niezręczną ciszę.

-A co właściwie zamierzasz kupować?

-Obrożę dla Bartosza. - odparł z dumą w głosie

-To krowy noszą obroże?

-Oh Lucy... - westchnął - jak ty mało wiesz o życiu... - powiedział i poklepał mnie po ramieniu
Po raz kolejny zaczęłam się zastanawiać, czy po prostu żyję wśród idiotów, czy to ze mną jest coś nie tak.

Po chwili na naszej drodze pojawił się Roger. Uśmiechnęłam się na jego widok

-Cześć kochanie! - zawołał i pocałował mnie na powitanie. Chwilę później przywitał się z Robertem (oczywiście w nieco inny sposób niż ze mną).

-To ja się będę zbierać - Plant chyba poczuł się zbędny i skierował się w stronę parku. Chyba miał iść do sklepu?

-Lucy, wiesz, że Briana nie ma w domu? - zamruczał mi do ucha



(z perspektywy Roberta)
Zostawiłem ich samych. Kurwa, wszędzie pełno szczęśliwych par... Poszedłem w stronę rzeki i usiadłem na brzegu. Zacząłem zastanawiać nad tym co działo się z Jimmym. Coś jest nie tak... Może martwi się alimentami? Chwila! Przecież muszę dać mu coś do jedzenia! Poderwałem się z ziemi i już miałem biec w stronę domu. Jednak moją uwagę przykuł tonący facet. Niewiele myśląc rzuciłem się na ratunek. Wskoczyłem do wody i już miałem płynąć w jego kierunku, kiedy uświadomiłem sobie z przerażeniem, że przecież nie potrafię pływać! Przerażony zacząłem machać rękami i nogami rozpaczliwie próbując utrzymać się na powierzchni, jednak jakaś siła ciągnęła mnie w dół. Nagle zauważyłem, że dziwny człowiek topi się coraz bliżej mnie. O co chodzi?

Otworzyłem oczy.

-Czy to już niebo?

Dziwny tonący człowiek popatrzył na mnie z politowaniem

-Oh, utopiłeś się... Przepraszam, że nie zdążyłem Cię uratować...

-Nikt się nie utopił - stwierdził, ściągając czepek - chociaż było blisko. Po co tu wskakiwałeś? Chciałeś się zabić?

-Chciałem Ci pomóc, przecież widziałem jak toniesz! - zawołałem oburzony

-Płynąłem.

-W tej rzece?

-Przygotowuję się do zawodów pływackich.

Kurwa, facet przygotowuje się do zawodów pływackich w rzece, a mówią, że to ze mną jest coś nie tak.

-Gdzie mieszkasz?

Podałem mu adres. Wsiedliśmy do auta.



(oczami Jimmiego)
Znów musiałem siedzieć na kanapie i jeść. Robert zostawił mnie do popilnowania Davidowi. A jak ktoś obieca Davidowi żarcie eeeh…nie warto nawet mówić. I jeszcze tak się nudziłem, bo David postanowił mi opowiedzieć o swoim czyraku, który na moje nieszczęście znajdował się na jego tyłku, a każda historia chorobowa Daviego zawiera prezentację. I niestety David myśli, że każdy chce dotknąć jego czyraka. Nagle po schodach zbiegła Jackie. Na początku myślałem, że mnie nienawidzi, ale chyba nie.. Zastanawiałem się, czy to jakiś skomplikowany plan zemsty, bo ona jasno wiedziała, czego od niej chce. Ale nie wiem. może mnie po prostu lubi. Bo kto by nie lubił?
- Chcesz zobaczyć mojego czyraka? – zapytał David. – Jimmiemu się podobał!
- Wcale nie! Nie zgadzaj się. Dla naszego dobra! – zaprotestowałem. Dziewczyna popatrzyła na mnie rozkojarzona i usiadła obok mnie w naszym zasyfionym salonie. Gdy nagle do domu wszedł ojciec Amy. Kurwa. Mamy problem. A właściwie to Amy ma. Teraz tylko trzeba tego zgreda zająć. Ponoć lubi Jackie, bo jest podobna do jego siostry. Więc może nie będzie jakoś trudno. Ale kto wie?
- Alfons! Chcesz zobaczyć mojego czyraka? – wydarł się David. O Boże nie.
- Co on tu do cholery robi? – zapytał ojciec Amy.
- Mieszkam.  Mój czyrak ma na imię Siemowit…
- Dav, jestem głodny! – wrzasnąłem. Kretyn poderwał się z ziemi i poszedł mi coś przynieść.
- Jacqueline, gdzie jest Amy? – zapytał.
- No więc wujku, nie ma jej, ale… - zaczęła dziewczyna.
- Po pierwsze. Mów w inny sposób. Twoja matka, powinna była nauczyć cię poprawnie mówić z prawdziwym RP. Ale nie. Mogłabyś spróbować mówić jak cywilizowany człowiek. Gdzie oni cię wychowali? W chlewie? – zapytał. Czyli jednak może jej nie lubi?
- Prawie. Nie poradzę. – mruknęła.
- A gdzie Amy?
- Eeeh…wyszła. Nie mam pojęcia kiedy wróci. Ale się ciągle uczy… - zacząłem.
- Ty to co zawsze. Zawsze musisz ją usprawiedliwiać? Jak ona coś nie robi, to zawsze bierzesz to na siebie. – powiedział. – gdybyś jej tak nie usprawiedliwiał to by jeszcze grała na skrzypcach…
Ten jego super wywód o tym, że Amy nic nie robi przerwało wejście kompletnie mokrego Roberta. I jakiegoś gościa.
- O Jezu! – wrzasnął Robert.
- Co? Wiem że nie lubisz ojca Amy, ale nie dramatyzuj. Teraz to on ci nic nie zrobi.
- Nie o to chodzi, James! Ty i ona! Znaczy, już nie musisz się martwić alimentami?  - wydawał się podniecony. Ale ojciec Amy ciągle tu był. Gorzej być chyba nie mogło.
- Jakie alimenty? Co się dzieje?
- Nic, kompletnie nic. – ucięła Jackie.
- Jasne, wymyślił sobie alimenty? Robert, tłumacz się.
- Eh…oni będą mieli ślicznego, małego dzieciaczka. – powiedział z uśmiechem. – i wszystko się zapowiadało że się pobiorą. Ale się pokłócili. A teraz wszystko wraca do normy…
- Jacqueline? James? – zapytał. Po nas. – Co wy najlepszego wyprawiacie? Cholera, dziewczyno ty masz siedemnaście lat! I jak wy sobie to teraz wyobrażacie? Niby z czego wy będziecie żyć? W życiu nie zgodzę się na wasz ślub…
- A dlaczego? – zapytała Jackie. Cholera, dziewczyno. Przecież i tak się nie pobieramy, więc po co się kłócić.
- Bo on nie ma pieniędzy. Planujecie całe życie cisnąć się w kawalerce i pracować całymi dniami? Powinnaś go zostawić. Nie potrzeba dwóch rodziców, żeby wychować dziecko. Jacqueline, powinnaś na razie wprowadzić się do mnie, a potem wziąć ślub z kimś kogo ci znajdę. Z kimś z pieniędzmi. Tak będzie najlepiej. – stwierdził. W pewnym sensie wiedziałem o co mu chodzi. Nie był w stanie kontrolować Amy, więc choć z Jackie mógł spróbować. Zastanawiałem się, czy chce sobie zrobić z amerykanki idealną córeczkę pokazywaną znajomym, którą Amy nigdy nie chciała być.
- Wujku, czy ty nie rozumiesz. Jeśli go kocham to nic tego nie zmieni. Żadne pieniądze. – cholera, czy Jackie nie może się zamknąć? To co teraz robi wcale nie ma sensu. W końcu nie jest w ciąży, ani nic.
- Gdzie macie telefon?
- Co? Dzwonisz do moich rodziców? Jestem pewna, że nie mają nic przeciwko nam.
- Tak, bo twoja matka wzięła ślub z miłości i co teraz robi? Zbiera kukurydzę?
- Chcę ci tylko przypomnieć, że moi rodzice wciąż są razem. A ty i ciocia nie.
- Nieważne, gdzie ten telefon? – Jackie wstała, a Antychryst poszedł za nią. Postanowiłem skupić się na przyjacielu Roberta, który wydawał się dziwnie znajomy. A w tym czasie blondi opowiedział mi o historii z pływaniem. I wtedy mnie olśniło. Ja i Jonesy razem ćwiczyliśmy, kiedy jeszcze chciało mi się stepować. Musieliśmy mieć dobrą formę. I razem graliśmy na gitarach. Było fajnie.  Po chwili wspominaliśmy stare, dobre czasy. Nagle weszła Amy. Chciałem jej powiedzieć o jej ojcu ale nie zdążyłem.
- A ty miałaś się uczyć. I do mnie zadzwonić, a nie uganiać się za facetami. – usłyszeliśmy jego głos. Był jeszcze bardziej wściekły.
- Ja się za nikim nie uganiam. Mam chłopaka.
- Tego wymoczka?
- Nie. Rozstaliśmy się. Mój nowy chłopak, Brian…
- A nie Robert?
- NIE. Brian. Studiuje astrofizykę i…
- A co on będzie niby robił po astrofizyce? Będzie nauczycielem?
- Pomaga mi.
- Chcesz, żeby nauczyciel cię utrzymywał? Z tego nie ma kasy. Już ten durny roznosiciel pizzy będzie mieć więcej kasy, nie marnuj się tak..
- A Robert? – zapytała. Cóż, to zawsze był drażliwy temat.
- Mój wymarzony zięć? – zapytał.
- Myślałem, że pan mnie nienawidzi. – wtrącił się.
- Ciebie? Chciałem żebyś odziedziczył mój biznes.
- Co? – zapytali Am i Rob jednocześnie.
- I chcesz mieć dzieci. Ja zawsze chciałem mieć wnuki. A z Brianem będziesz mieć dzieci?
- Tato! Nie! Jestem za młoda– Znów się wściekła.
- Widzisz? A Jacqueline może mieć dzieci. Ty powinnaś się nad tym zastanowić… - chwilka, pięć minut temu miał do nas pretensje o to dziecko. Ja już nie rozumiem tego intryganta.
- Jakie dzieci!? Znaczy Robert ci tak powiedział? – zapytała.
- Tak. A co w tym złego. Przecież on jest już jedną nogą w naszej rodzinie. – mam nadzieję, że Amy ogarnęła, że to ciągle chodzi o tego durnego Jamesa Juniora, któremu Robert zresztą zaczął już budować pokój.
- Tato, przestań. A z tobą Robert muszę pogadać. Co ty mu naopowiadałeś? I on nie jest jedną nogą w rodzinie.
- A szkoda. Bo już się przyzwyczaiłem. Pewnie będę mylił tego całego Briana z Robertem.
Naszą rozmowę przerwał dzwonek do drzwi. Po chwili salon przebiegł David.
- Bonzio!! Poznaj mojego czyraka! – wydarł się. Po chwili do salonu wszedł Bonzo z Davidem przyklejonym do nogi i proszącym o chrzest dla Siemowita.
- Dobrze, że już jesteś. Przemów do rozsądku tym bezbożnikom!  - czyli po to Antychryst dzwonił. I że akurat padło na Bonzo.
- Tu są jacyś bezbożnicy?
- No tak. Moja córka chce się rozwieść, a oni chcą się pobrać wbrew mojej woli.
- Jak ja mam się rozwieść!? Ja do cholery nie mam męża! A oni nie chcą się pobrać! W ogóle to się stąd wynoś! I przestań się wpychać!
- No dobrze, ale od dziś utrzymuje cię twój kujon. Może twój durny sprzedawca pizzy się dorzuci? – powiedział i wyszedł. Czyli mamy przesrane. 


(z pespektywy Amy)


-Czy was do reszty pojebało? Właśnie straciliśmy jedyne źródło pieniędzy! - wrzeszczałam na ludzi zgromadzonych w salonie – Z czego my teraz będziemy żyć? - byłam bliska rzucenia się na Davida.


-Uspokój się – powiedział Bonzo


-Jak mam się uspokoić? - popatrzyłam na niego jakby był upośledzony umysłowo – Co my teraz zrobimy? - zapytałam załamana siadając na kanapie obok Jimmiego i przytuliłam się do niego.


-Nie martw się, coś wymyślimy. - próbował jakoś podnieść mnie na duchu


-Założymy zespół! - zawołał Robert – Yardbirds już praktycznie nie istnieje, a Ty masz zobowiązania koncertowe. Z tego będzie hajs. - chyba pierwszy raz mówił z sensem


-Potrzebujemy basisty. I perkusisty. Jonesy, czy ty przypadkiem nie grasz na basie? - zapytał Page jakiegoś gościa, którego chyba skądś kojarzyłam.


Czułam się tam zbędna, więc wyszłam na zewnątrz. Niespecjalnie wierzyłam w sens zakładania tego zespołu, ale coś trzeba robić. Będę musiała iść do pracy? Może uda mi się załatwić coś po znajomości w tej pizzerii?


Postanowiłam zajrzeć do stajni. Mick zarżał na mój widok. Nagle uświadomiłam sobie coś strasznego. Nie będzie za co płacić rachunków za prąd i wodę, nie będzie za co jeść. Ale to nic w porównaniu z tym co właśnie zrozumiałam. Jeśli nie będziemy mieć pieniędzy, to wszyscy będą chcieli, żeby sprzedać mojego konia. W życiu na to nie pozwolę.


Załamana usiadłam pod jego boksem i ukryłam twarz w dłoniach. Co teraz będzie? Dlaczego nie mogłam wytrzymać i musiałam pokłócić się z ojcem? Wszystko się pieprzy. Nie mam hajsu na starty w zawodach, więc nie ma szans, żeby zacząć zarabiać w ten sposób. Jackie jest tu tylko na wakacje. Brian i Roger studiują, nie mają pracy. Robert nie ma pracy. Jimmy zarabia jakieś marne grosze w pizzerii. Lucy jeszcze chodzi do szkoły, tak samo jak i ja. David... szkoda gadać. Freddie? Nie wiem co on robi w życiu, ale nie sądzę, żeby mógł mi w jakikolwiek sposób pomóc.


Siedziałam na ziemi i wpatrywałam się w swoje oficerki. Doszłam do wniosku, że mam szczęście, że ojciec ich nie zauważył, bo miałabym jeszcze bardziej przesrane, gdyby się zorientował, że jeździłam. Usłyszałam kroki i odgarniając włosy z twarzy spojrzałam w kierunku wejścia. Jimmy.


-Amy, muszę Ci coś powiedzieć... - zaczął niepewnie. Z jego wyrazu twarzy bez problemu wyczytałam, że nie jest to dobra wiadomość. Kiwnęłam głową, na znak, że go słucham. I tak już nie mogło być gorzej.


-Wyrzucili mnie z pracy. - powiedział cicho wpatrując się w jakiś niezidentyfikowany punkt za moją głową. Czyli jednak mogło być gorzej.


-Nie martw się. I tak mamy przesrane. - stwierdziłam realistycznie.


-Am, posłuchaj. Zarobimy dużo hajsu na koncertach i wszystko będzie jak dawniej. Brakuje nam tylko perkusisty, ale mam znajomości, coś uda mi się załatwić. Zobaczysz.


-Skoro tak mówisz... - wciąż nie byłam przekonana do tego pomysłu, jednak nie miałam siły opowiadać przyjacielowi o moich wątpliwościach. - Idę się przejść.




Potrzebowałam na chwilę wyjść i ochłonąć. Wpadłam na pomysł, żeby iść do Briana, jednak zaraz uświadomiłam sobie, że jest teraz u swoich rodziców. Kiedy tak bardzo go potrzebowałam. Cicho westchnęłam i zaczęłam się zastanawiać, gdzie pójść. "Freddie!" - olśniło mnie. Postanowiłam więc udać sie do schroniska. Chłopak zwykle kręcił się gdzieś w okolicy. Nie szłam zbyt szybko, bo kontuzja wciąż dawała o sobie znać. Kiedy w końcu dotarłam na miejsce od razu zauważyłam przyjaciela.


-Freddie! - zawołałam machając ręką. Odwrócił głowę i kiedy mnie zauważył, na jego twarzy pojawił się ogromny uśmiech. Również cieszyłam się, że go widzę, jednak w obecnej sytuacji nie byłam w stanie okazać entuzjazmu. Fred natychmiast zauważył, że coś jest nie tak.


-Amy, co się dzieje? - zapytał z troską. Wtuliłam się w jego koszulę i odpowiedziałam cichym pociągnięciem nosem. Chłopak zaczął uspokajająco gładzić mnie po plecach, wciąż nie wiedząc o co chodzi.


-Pójdziemy do mnie i wszystko mi opowiesz, ok? - zapytał wyraźnie zmartwiony moim stanem. Pokiwałam głową. Dojechaliśmy na miejsce autobusem.


Weszliśmy do domu Freddiego. Przy wejściu powitała nas jakaś dziewczyna, na oko mniej więcej w moim wieku.


-Kashmira, to moja przyjaciółka Amy. - przedstawił mnie – Am, to moja siostra. - Siostra Freddiego wyglądała bardzo sympatycznie. Żadnych pytań, żadnych podejżliwych spojrzeń. Od razu ją polubiłam.


Freddie zaprowadził mnie na górę, do swojego pokoju. Rozejrzałam się. Na ścianie wisiał ogromny plakat z Hendrixem, obok stała szafka z winylami. Nie zdążyłam się im przyjżeć, ponieważ usłyszałam głos przyjaciela.


-Am, czy teraz możesz mi powiedzieć o co chodzi? - zapytał spokojnym głosem, wskazując miejsce obok siebie na łóżku. Usiadłam koło niego


-Obiecujesz, że to, czego się teraz dowiesz, nic nie zmieni w sposobie, w jaki mnie postrzegasz? - chciałam się upewnić, że nie weźmie mnie za rozpuszczoną córeczkę milionera, po tym co usłyszy


-Ymmm, no, nie. Oczywiście, że nie. - odparł nieco zaskoczony moją prośbą.


-Więc zacznijmy od tego, że mój ojciec ma pieniądze. Dużo pieniędzy. A mnie ma w dupie. Może dlatego, że nie spełniałam jego oczekiwań? Chciał żebym była cudownym dzieckiem, którym będzie mógł chwalić się przed znajomymi. Nie udało się.
Próbował zmusić mnie do gry na skrzypcach, ale ja wolałam przesiadywać w stajni, co mu się nie podobało. Cały czas trułam mu dupę, żeby kupił mi konia. Zgodził się, kiedy miałam 14 lat. Pewnie uważał, że dam mu wtedy święty spokój.
Nie obchodziło go, co się ze mną dzieje, dlatego kiedy chciałam się wyprowadzić rok temu, kupił mi willę. Opłacało mu się, teraz mógł mieć mnie już całkiem z głowy. Ale ogromną przyjemność sprawia mu uprzykrzanie mi życia, kiedy tylko to możliwe.
Myślałam, że nie obchodzi go, co robię, więc olałam szkołę i cały czas trenowałam do zawodów. Chciałam znaleźć sponsora, zacząc zarabiać biorąc udział w tych wszystkich prestiżowych konkursach. Wtedy mogłabym być już całkiem niezależna.
Żadko bywałam w szkole, więc nie zdałam z fizyki. Kiedy się o tym dowiedział, postawił mi ultimatum – albo poprawię i przejdę do następnej klasy, albo koniec z pieniędzmi od niego. Nie miałam wyboru i zaczełam się uczyć, jednak cały czas jeździłam. Bardzo mi zależało, żeby w końcu zacząć zarabiać własne pieniądze i móc się od niego uwolnić.
I wtedy wszystko zaczęło się pieprzyć. Przez własną głupotę spadłam i wylądowałam w szpitalu, więc przepadły mi wszystkie zawody. Przez ten wypadek rozpadł się mój związek z Robertem. Potem Jimmy, który jest dla mnie jak brat, o mało co nie umarł. Podciął sobie żyły i do dzisiaj nie mam pojęcia dlaczego. A kilka godzin temu pokłóciłam się z moim ojcem o to, że rozstałam się z Robertem, mimo to, że nigdy go nie lubił. Wkurzył się i powiedział, że jeśli zamierzam być z Brianem, to nie mam co liczyć na pieniądze od niego. Więc teraz nie mam za co żyć i nie mam za co utrzymać mojego konia, a nie mogę go sprzedać. To dla mnie członek rodziny. I już zupełnie nie wiem co mam robić...


Załamana opadłam na poduszkę, robiąc wszystko, żeby powstrzymać się od płaczu. Po chwili poczułam jak przyjaciel mnie obejmuje.


-Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Musisz jutro iść i pogadać z twoim ojcem. Może uda się coś załatwić? Treba spróbować. Na pewno istnieje jakieś rozwiązanie. Dasz sobie radę.


Niepewnie pokiwałam głową i znów wtuliłam się w przyjaciela. Chyba miał rację. Jutro tam pojadę i postaram się wszystko załatwić. Niby dlaczego miałoby się to nie udać?


-Zawiozę Cię do domu, ok? - z zamyślenia wyrwał mnie głos Freddiego


-Dziękuję. Za wszystko. - powiedziałam. Cieszyłam się, że mogłam się komuś wygadać, a ten ktoś mnie nie oceniał.


Zeszliśmy na dół, pożegnałam się z Kashmirą i wsiedliśmy do auta. Po dwudziestu minutach byliśmy na miejscu. Wysiadłam, i pomachałam Freddiemu na pożegnanie.




niedziela, 26 czerwca 2016

Rozdział 21

(z perspektywy Amy)
Po cichu wyszłam z mojej sypialni i skierowałam się do salonu. Musiałam jak najszybciej znaleźć Davida. Moje przypuszczenia były słuszne - spał na kanapie. Potrząsnęłam jego ramieniem, żeby się obudził. Podskoczył przerażony i zaczął się we mnie wpatrywać. Norma.
-David, jesteś mi potrzebny. Zawieziesz mnie do szpitala?
-Umierasz? - zapytał. Zauważyłam łzy zbierające się w jego oczach
-Nie. Muszą zdjąć mi gips. - odpowiedziałam spokojnie. David powoli pokiwał głową. Chyba zrozumiał. -No to jedziemy?
-Tak, chodź.
Nie uważałam jazdy samochodem z Davidem za zbyt dobry pomysł, jednak nie miałam wyjścia. Gdybym wzięła Roberta, Lucy, Briana, Jackie czy kogokolwiek innego, wiedzieliby, że nie mogę wsiadać na konia jeszcze przez jakiś czas. Byłam pewna, że właśnie to usłyszę od lekarza. David nawet nie zarejestruje tej informacji, żyje w swoim własnym świecie.
Wsiedliśmy do auta.
-Nie pojedziemy. Nie działa - stwierdził zmartwiony chłopak
-Włóż kluczyki do stacyjki - poradziłam - Ty masz wogóle prawo jazdy?
-Nie, ale nie martw się, potrafię jeździć.
Niepewnie pokiwałam głową. Amy, w co ty się wpakowałaś?
David wcisnął pedał gazu i samochód skoczył do przodu. Po kilku sekundach osiągnął prędkość 80 hm/h. Auto strasznie się trzęsło i harczało.
-Amy co się dzieje? - spytał mój prestraszony przyjaciel
-Masz zaciągnięty hamulec ręczny. I musisz zmienić bieg. - David włączył wsteczny. Rzuciło nas do tyłu i walnęliśmy w śmietnik.
-Wrzuć dwójkę. I jedź wolniej - starałam się, aby mój głos brzmiał spokojnie. Byłam przerażona. Czy on kiedykolwiek siedział za kółkiem? Teraz przynajmniej mogłam mieć pewność, że na pewno w jakiś sposób dostaniemy się do tego szpitala. Jednak miałam nadzieję, że to Davie nas tam dowiezie, a nie karetka.
Chłopak ruszył powoli jednak po chwili znowu rozwinął ogromną prędkość.
-Zwolnij - nie posłuchał, ciągle przyspieszał. Cudem wyrobił się na zakręcie, prawie walnęliśmy w drzewo. - Przynajmniej zmień bieg - jęknęłam błagalnie. - Davie, wciśnij sprzęgło - postanowiłam sama przerzucić bieg, jednak ten idiota wcisnął hamulec.
Auto gwałtownie się zatrzymało.
-Kurwa mać, chcesz nas zabić?! - wrzasnęłam na niego
-O co Ci chodzi? Jesteśmy na miejscu.
Taaak, co z tego, że stoimy na środku ulicy jakieś 500 metrów od szpitala?
Wyszliśmy z samochodu. Nigdy więcej jazdy autem z bratem Lucy. Poszliśmy w stronę budynku.
Wciąż nie mogłam uwierzyć w to, że przeżyłam jazdę z Davidem. Wiedziałam jednak, że trzeba będzie zorganizować jakiś normalny transport z powrotem. Stwierdziłam, że potem coś wymyślę.
David stwierdził, że wróci do domu i przyjedzie później. Miałam nadzieję, że o mnie zapomni. Wolałabym wrócić w jednym kawałku.


(z perspektywy Briana)
Postanowiłem odwiedzić Amy i przy okazji dowiedzieć się, jak tam Jimmy. Dosyć szybko pokonałem drogę z akademika na rowerze. Gdy byłem na miejscu, po prostu wszedłem przez wiecznie otwarte drzwi. Zastałem panikującego Roberta, zdenerwowanego Jimmiego siedzącego na kanapie i faceta z nieco nieobecnym spojrzeniem.
-Kurwa, David, dopiero teraz nam to mówisz? Musimy jechać!
-Co się stało? - zapytałem zdziwiony panującym tam zamieszaniem
-Brian, możesz prowadzić? Amy jest w szpitalu!
Przerażony pokiwałem głową i pobiegłem w stronę auta z kluczykami, które rzucił mi Robert. Szybko zająłem miejsce kierowcy, po chwili Robert i Jimmy wpakowali się na tylne siedzenie (właściwie to brunet został tam wniesiony przez blondyna). Kiedy drzwi się zamknęły ruszyłem z piskiem opon.
-Co jej się stało? - zapytałem przestraszony
-Nie wiem, ale kiedy pytałem Davida, gdzie jest, powiedział, że w szpitalu. To wszystko moja wina - jęknął
-Dlaczego? - nie zrozumiałem, o co mu chodziło. Wtedy Robert opowiedział mi o wydarzeniach zprzed miesiąca. Sam nie wiedziałem co mam o tym myśleć. Dojechaliśmy pod budynek szpitala. Wyskoczyłem z auta i wbiegłem do środka, za mną Robert z Jimmym na rękach.
-Jimmy, idź i dowiedz się co z Amy. - poleciłem
-Dlaczego ja?
-Jesteś jej bratem, to Ci powiedzą. No idź. - pospieszyłem go
-Em... Brian, oni nie są rodzeństwem - powiedział blondyn
-Ale.. jak to? Przecież... - byłem w szoku. Dlaczego Amy mnie okłamywała? O co tu chodzi? Zdenerwowany usiadłem na krześle na korytarzu. Z jednej strony bardzo się o nią martwiłem, a z drugiej byłem wściekły.
-Am! Am! Co się stało? - usłyszałem krzyki Jimmiego. Podniosłem wzrok i zauważyłem moją dziewczynę. Nie miała gipsu a w ręce trzymała jakąś kopertę.
-Nic? - popatrzyła na niego zaskoczona
-David mówił, że jesteś w szpitalu!
-No, jestem. Mieli mi dzisiaj ściągać gips, oczywiście nie pamiętasz...
-A co jest w tej kopercie? - zapytał Robert
-Akt zgonu. - odparła sarkastycznie - O, cześć Brian! - ucieszyła się na mój widok. Spojrzałem na nią smutnym wzrokiem, po czym wstałem i ruszyłem w kierunku wyjścia. Dziewczyna chyba chciała za mną pobiec, ale nie była w stanie nawet normalnie iść, więc od razu wylądowała na podłodze. Chciałem podejść i pomóc jej wstać, jednak zanim się zorientowałem, zrobił to Jimmy. Wściekły odwróciłem się i wyszedłem przed szpital. W czym on jest ode mnie lepszy?
Po chwili usłyszałem głos Amy
-Bri, o co chodzi? - popatrzyłem na nią. Wyglądała na zaskoczoną moim zachowaniem.
-O Jimmiego. - odparłem
-Co? - chyba wciąż nie rozumiała
-Okłamywałaś mnie. Wcale nie jesteście rodzeństwem. Mówiłaś, że to twój brat.
-James JEST moim bratem. - powiedziała dobitnie
-Am, wiem, jaka jest prawda. Robert mi powiedział. - dziewczyna popatrzyła na mnie z pogardą. Teraz to ja nie wiedziałam o co chodzi.
-Nie rozumiesz. Nie nosimy tego samego nazwiska i nie jesteśmy ze sobą spokrewnieni, ale znamy się od kiedy pamiętam. Uważam go za swojego brata, jest tak naprawdę moją jedyną rodziną. Mój ojciec ma mnie głęboko w dupie. Nic nie czuję do Jimmiego, jesli o to Ci chodzi. - uśmiechnęła się - n i zastanów się, czy zarywałby do Jackie, gdyby była jego kuzynką?
-Masz rację... Cholera, jestem idiotą. Przepraszam. Wybaczy... - nie zdążyłem dokończyć, bo dziewczyna wspięła się na palce i wpiła się w moje usta. Odwzajemniłem pocałunek, po czym wziąłem Am na ręce i zaniosłem ją do samochodu. Hmm... Robert i Jimmy będą musieli sobie jakoś poradzić.

(oczami Davida)
Wszedłem pod kanapę w poszukiwaniu rzeczy niezjedzonych przez Jimmiego. ale wszystkie ukryte talerze zniknęły.
- Staffell. – syknąłem przez zęby. To było oczywiste, kto zjadł wszystkie ukryte przez Jimmiego posiłki. A dzisiaj dostawał żeberka. To niesprawiedliwe. James mógł jeść żeberka co pół godziny, a ja nic nie dostanę. Dupa. A jeszcze Roberta nie było. A to tylko on mógł zrobić jedzenie. Ale nie. Akurat dziś Robert stwierdził, że Jimmy nie może leżeć w domu i trzeba wyprowadzić go na spacer. Ale Jimmy umiera, więc nie może sam iść. W dodatku zostałem wykorzystany. Musiałem przygotować taczki na Jimmiego, a w nagrodę nie dostałem jedzonka. To było podłe. A jeszcze podlejsze było, że cały ryż który Robert ugotował pojechał w taczce z Jimmym. Eeh… chyba tu umrę. I to wszystko ich wina. Potem pozwę ich za dużo pieniędzy.
Nagle coś odwróciło moją uwagę. Ktoś wszedł. Istnieje drobna szansa, że to ktoś gotujący. Więc pobiegłem jęczeć o jedzenie. Ale musiałem się zatrzymać, bo w drzwiach stał ojciec Amy. Chwilę się zastanawiałem, czy uciekać, ale głód był silniejszy. Ale właściwie, to ja jestem dorosły. Czyli powinienem mówić mu po imieniu. Ale za cholerę nie mogłem sobie przypomnieć jego imienia. Ale da się wykombinować. Jest bogaty. Czyli jest ze szlachty. Czyli noś szlacheckie imię. Takie jak…
- Alfons!! Kopę lat! – wrzasnąłem i poklepałem go po plecach. Podniósł wzrok. To znaczy, że ma na imię Alfons. David Holmes, detektyw do wynajęcia.
- Eeh…
- Mogę mówić na ciebie Alfi? Czy może Fonsiu odpowiada ci bardziej? – zapytałem.
- Czego ty do cholery chcesz?
Dobra Davie. Teraz albo nigdy.
- Jedzenia. – przyznałem.
- To sobie zrób. – odpowiedział. Czy on myśli, że gdybym umiał to bym prosił?
- Ty mi zrobisz. – nie wyglądał na przekonanego – a ja ci za to sprzedam informacje.
- Ja tylko przyszedłem sprawdzić co robi Amy…
- To źle przyszedłeś. Nie ma jej.
- Ale miała się uczyć. Co robi i gdzie jest?
- Sorry, bez jedzenia nie mam siły sobie przypomnieć.
Alfons dał za wygraną i poszedł do kuchni. zobaczyłem, że otworzył słoik z fasolką i wsadził to do garnka, po czym postawił na ogniu. Będzie jedzonko.
- No to teraz słucham. Co robi moja córka.
- Nie wiem.
- A gdzie jest?
- Nie wiem.
- Eh… a Robert jest w domu?
- Nie.
- A Amy się uczy?
- Nie. Opiekuje się Jimmym, bo on i tak zaraz umrze. No i Jackie, bo ona ma depresje i może od tego umrzeć. – szybko usiłowałem ją usprawiedliwić. Nie powiem, że romansuje z dziwnym kujonem. Nie będę jej wkopywać do reszty.
- Jak to mogą umrzeć? – skutecznie udało mi się odwrócić uwagę od tego nic nie robiącego leniwca.
- No na śmierć.
- Co ty kombinujesz?
- Jedzenie – powiedziałem. Fonsiu przełożył mi fasolkę do miski. Zacząłem jeść. Mój przyjaciel chyba już nie miał do mnie żadnych pytań. Właściwie to on już zaczął się zbierać do wychodzenia. Gdy wrócił Robert. Z pustką taczką. Wbiegł do domu praktycznie z płaczem. Alfons popatrzył na niego jak na debila.
- Zgubiłem Jimmiego!! – zawył.
- Jak zgubiłeś? Zawsze mówiłem że się do niczego nie nadajesz. Udało ci się zgubić dorosłego faceta. Tylko ty jesteś zdolny do takich rzeczy. – stwierdził Alfons.
- No on sobie grzecznie spał w tej taczce…i ja wszedłem do sklepu kupić mu coś do picia i trochę jedzenia…więc go zaparkowałem przy drzwiach. Nie było mnie dosłownie pięć minut. I wróciłem a jego nie ma. Zabrał pluszowego jednorożca i uciekł. Nie mam pojęcia gdzie on do cholery może być. Byłem we wszystkich miejscach, gdzie on bywa. Ale go tam nie było. Nie wrócił tu?
- Nie. – powiedziałem – pewnie umarł.
- O Boże, David! Ty chyba masz rację. – jęknął Robert.
- Jak to umarł? – zapytał Fonsek. Był chyba trochę przerażony sytuacją.
- No nie wiem. Myślę… myślę że to samobójstwo… - blondyn był bliski zemdlenia.
- Ej, ale za to idzie się do więzienia. – zauważyłem. Nie chcę, żeby ktoś był w więzieniu.
- Co?
- No przecież to morderstwo z premedytacją. - wyjaśniłem.
- No dobra, ale musimy się skupić. Bo ten nieudacznik nic nie wymyśli. Gdzie mógł pójść James? - zapytał Alfons. No ten jeden to ma jednak łeb na karku.
- Wiem. Jest u Jackie! – krzyknąłem.
- Ona tu mieszka. Czyli byłby tutaj. - Alfons ciągle myślał za nas.
- Po prostu chodźcie, znajdziemy go. – stwierdziłem. Wyszliśmy z domu. I wpadliśmy na Jackie.
- Cześć? – mruknęła i postanowiła nas wyminąć. Oj nie. Potrzebujemy pomocy. Złapałem ją za włosy i zatrzymałem w miejscu. – Dav, zostaw mnie. Jestem zmęczona.
- Dziewczyno, Robert zgubił twojego narzeczonego. Musisz nam pomóc.
- Narzeczonego!? – Alfons nie wiedział chyba co się święci. Przecież Jackie to jego rodzina. Powinien mieć zaproszenie na ślub.
- Ja ci tam wszystko opowiem… - zacząłem. Ale nie dane było mi skończyć, bo Jack i Robert zaczęli panikować. Alfi poszedł do wypasionego samochodu. – Gdzie idziesz?
- Nie pomyślałeś? Może pojechał do swoich rodziców, do Epsom.
- Jak?
- Pociągiem.
- Ale on miał przy sobie tylko szlafrok, pluszowego jednorożca i słoik z ryżem!
- Warto spróbować. Acha. Amy ma do mnie zadzwonić jak tylko wróci. Jak nie zadzwoni to będę tu przyjeżdżać do upadłego.
- No to cześć. – powiedziałem. Odwróciłem się do moich ziemniaków. Nie wiedziałem co robić. Ale oni chyba nie wiedzieli bardziej. Cholera, nienawidzę być najbardziej ogarniętym człowiekiem w towarzystwie. Bo taki człowiek musi myśleć. Nienawidziłem myśleć. Głęboko odetchnąłem i zacząłem mówić cyferki żeby przygotować mój mózg do myślenia.
- 1, 2, 3…5…9… - właściwie…chyba tyle wystarczy. Poczułem, że może jestem w stanie jakoś przejąć kontrolę. Chciałem jakoś wymyślić. Ale to było za trudne. Wiedziałem tylko jedno. Że nie chcę iść sam. Miałem wybór. Robert lub Jackie. Bo ktoś chyba musi zostać. Chyba trzeba zabrać Jackie. Bo jest jeszcze malutka szansa, że na przykład spotkamy Jimmiego który będzie miał właśnie skoczyć z mostu. I właśnie tylko widok kobiety którą kocha może go odwieść od tego zamiaru. Podszedłem do tych upłakanych ludziów.
- Robert, ty zostajesz. Zrobisz jedzenie i będziesz czekał. Ty Jack mi pomożesz. – oświadczyłem. Dziewczyna odkleiła się od Roberta i przykleiła się do mnie.
- Gdzie idziemy? – zapytała.
- Może sprawdzimy wszystkie mosty w okolicy. Jakby jeszcze nie skoczył. – powiedziałem.
- David, to moja wina. – powiedziała, ocierając łzy. – zachowywałam się jak idiotka. Jeśli on się zabije to ja też się zabiję.
Zacząłem się zastanawiać, dlaczego wziąłem ją, a nie Roberta. No ale, już zdecydowałem, więc chyba nie będziemy wracać. Więc sobie słuchałem o tym jaka to ona nie jest głupia i jak to nie jest jej wina. Dotarliśmy na most, ale Jimmiego tam nie było. Czyli skoczył. No, albo wybrał inny most. Albo powiesił się w lesie. Ale chyba nie ma już dla niego nadziei. Poczułem łzy na policzkach. Jackie patrzyła na mnie, jakby nie do końca docierało do niej to co się stało. Może i lepiej. Zacznie histerię dopiero w domu. Ruszyłem przed siebie. Amerykanka poszła za mną. Również nie ukrywała swojego zdziwienia gdy zatrzymaliśmy się przed kościołem.
- Po co tu w ogóle przyszliśmy? Mieliśmy szukać Jimmiego, a nie odprawiać jakieś modły. To kwestia życia i śmierci.
- No właśnie. Może jeszcze uda się poprosić Boga, żeby go ocalił. Albo może uda się uratować jego duszę? – powiedziałem całkiem serio i otworzyłem jej drzwi. Dziewczyna weszła do środka i sztywno usiadła w ławce. Zobaczyłem, że w bocznej nawie siedzi Bonzo. Więc poszedłem powiedzieć cześć.
- Hej, fajnie że jesteś w kościele. – powiedział.
- No nie za fajnie. Tak naprawdę, to Jimmy umarł. – powiedziałem i znów poczułem, że płaczę.
- Umarł? – zapytał.
- No. I to wina Jackie bo była głupia i Roberta bo jest idiotą. – wyjaśniłem.
- Pokażę ci coś. – powiedział i wstał. Jack też wstała. Poszliśmy do jakiś drzwi i weszliśmy do jakiegoś pokoiku z wielkim krzyżem. Bonzo dźgnął mnie pod żeberka. Popatrzyłem tam gdzie on. Na jakimś wielkim stole siedział Jimmy przebrany w jakąś dziwną, długą, czarną kieckę. I wpieprzał jakieś białe kółeczka.
- Jimmy, prosiłem cię. Nie wolno jeść hostii. Są potrzebne do mszy. – mruknął Bonzo. Jimmy uśmiechnął się jak psychopata i zaczął głaskać różowego, pluszowego jednorożca którego trzymał na kolanach.
- Co ty masz na sobie? – zapytała Jackie. No, Jimmy o wiele lepiej wyglądał w różu. Myślę, że ona też była tego zdania.
- No sutannę. – powiedział.
- Ale dlaczego?
- No wiesz Jackie, wszystko sobie przemyślałem. Zostanę mnichem. Ale Bonzio nie ma habitów. Więc pożyczyłem sutannę. – powiedział z uśmiechem. Oczy Jack zrobiły się większe od talerzy. Dziewczyna otworzyła usta jakby chciała coś powiedzieć, ale głos nie mógł jej przejść przez gardło. To było trochę dziwne, ale Jimmy to przyjaciel i trzeba go akceptować.
- To co? Wracamy? – zapytał. No właściwie po to tu przyszliśmy. No więc wróciliśmy. Po drodze strasznie dużo ludzi witało Jimmiego. A on zachowywał się jak jakiś papież. Fajnie byłoby gdyby awansował na papieża. Zamieszkalibyśmy z nim wszyscy i we Włoszech jest cieplutko i rosną palmy.
Weszliśmy do domu. Amy, Bri, Lucy i Rog wrócili i siedzieli w kuchni. i Robert też. Jedli jakieś jedzenie. No więc podszedłem i wziąłem Amy z talerza jakąś kluskę.
- Mamy Jimmiego. – oświadczyłem.
- Właściwie, powinniśmy byli zostawić go w tym pieprzonym kościele. Ten debil postanowił zostać mnichem. Ja się w to nie mieszam. – powiedziała Jackie i sobie poszła. Wszyscy wyglądali na zdziwionych. Ja bym się tam na ich miejscu cieszył. Podobno, gdy ma się księdza w rodzinie to się idzie do nieba. A my jesteśmy taką wielką rodziną. Więc nie powinni tego schrzanić bo to taka wielka dla nas szansa na łatwe zbawienie.
- Cholera, zabiję go! Co mu ostatnio odwaliło? – warknęła Amy i poszła w stronę hallu w którym stał sobie Jimmy w tej śmiesznej kiecce. A ja zabrałem talerz i poszedłem patrzeć. Amy stała naprzeciwko Jimmiego i kasowała go wzrokiem. Myślę, że ona też bardziej lubiła go w różu. Bo taka czysta czerń to raczej nie jest jego kolor. Miałem jej powiedzieć o tych palmach, żeby się na niego nie denerwowała, ale mnie uprzedziła.
- James, teraz już przegiąłeś. Najpierw stwierdzasz, że kochasz moją kuzynkę, później usiłujesz się zabić, potem jakaś dziwna gejowska akcja, a teraz oświadczasz, że zostaniesz mnichem? Naprawdę, myślałam, że się znamy. Traktowałam cię jak brata, a ty nie chcesz mi nic powiedzieć i odwalasz jakieś dzikie akcje. Wytłumacz mi to wszystko, do cholery!
Jimmy nic jej nie odpowiedział tylko poszedł sobie do swojego pokoju. Amy lekko się skrzywiła i wróciła do kuchni. Ja tam też wróciłem, ale jedzonka już nie było. Dupa. Więc sobie siadłem i patrzyłem na stół. Aż w końcu usłyszałem dzwonek do drzwi. Nudziłem się więc pobiegłem otworzyć. Nie sam. Amy i Robert też poszli. Za drzwiami stał Bonziu. W ręku trzymał błękitny szlafroczek w gwiazdki i księżyce. Szlafroczek Jimmiego.
- Cześć. Jimmy zostawił to w zakrystii.
- To ty zrobiłeś z Jimmiego mnicha? – zapytała Am.
- Mnicha? – wydawał się zdziwiony – Jimmy mnichem? Nie żartujcie.
Nagle przylazł Jimmy. Robert od razu zaczął panikować że Jimmiego to zabije. Więc go wziął na ręce. A ja zorientowałem się, że Jimmy zmienił ubranko. A w rączce miał tą czarną kiecę.
- Dzięki Bonziaczku. Przydała mi się. – powiedział i oddał Bonzo to coś.
- O co tu chodzi? – chciała wiedzieć Am.
- No nie wiem. – wyjaśnił kleryk. – Kilka godzin temu Jimmy przywlókł się do kościoła w szlafroczku. Był strasznie roztrzęsiony i zmarznięty. No więc pożyczyłem mu sutannę, bo tylko to tam miałem. Nic więcej nie wiem.
- No a ja powiedziałem, że jestem mnichem Jackie i Daviemu bo to było całkiem śmieszne, i mieli takie śmieszne miny. I wam też tak powiedziałem, Amy, żałuj, że nie widziałaś swojej miny…Robbie, puścisz mnie?
Robert postawił Jimmiego na ziemi.
- Teraz to odkręć, debilu. – powiedziała Amy z uśmiechem.
- Wiecie co było najlepszą częścią? Staffell był u mnie chwilę temu. I wiesz co zrobił? Wyspowiadał się! I kto tu jest debilem? – zapytał Jimmy.
Ale ja już się zgubiłem. Narzeczony Jackie, gej, samobójca i mnich? Jimmy chyba jest chory na rozczworzenie jaźni. I teraz jeszcze jest chory na samobójstwo. Zastanawiałem się, czy on znowu nie umrze. Stwierdziłem, że bym tęsknił. Więc się przytuliłem.


środa, 25 maja 2016

Rozdział 20

(oczami Jimmiego)
Wyciągnąłem się na kanapie. I tak musiałem tu leżeć, bo Robert był wszędzie. Co jakieś pół godziny właził do pokoju wnosząc więcej i więcej jedzenia. Miałem dosyć i czułem się grubo. A jak odmawiałem, to wysyłał Jackie. A do niej nie docierało, że ja wcale nie muszę tyle jeść i myślała, że robi dobrze wpychając we mnie więcej jedzenia, i  że w ten sposób sprawi że będę żył. A ja po prostu nie umiałem odmówić Jackie zupełnie niczego. Jeśli chciała, żebym jadł to jadłem. Pewnie gdyby poprosiła, żebym ogolił sobie brwi to bym się zgodził. Robert był podstępną żmiją i wiedział jak zmuszać mnie do jedzenia. Ale go rozumiałem. Po prostu się troszczył. Nagle usłyszałem dzwonek do drzwi. Chwilę później Jackie otworzyła drzwi i szybko została przesunięta na bok przez Freddiego.
- Jimmy, kochanie…co ci się stało? Boooże! Dlaczego nie dałeś mi znać wcześniej? Przecież się kochamy... – wrzasnął Fred.
- O czym ty do cholery mówisz? – zapytałem.
- Nie próbuj się oszukiwać… - szepnął i pochylił się nade mną. Chwilę później nasze usta złączyły się w długim, namiętnym pocałunku. Chłopak zagłębił dłonie w moich włosach. Mocno trzymał moją głowę i nie mogłem się nawet ruszyć…eh. Może jakoś przeżyłbym językową przygodę z Fredem, gdyby nie fakt, gdyby że w pokoju znajdowała się Jackie. I oczywiście widziała wszystko. No to dupa.
- Jimmy, możesz mi to wytłumaczyć? – zapytała. Znów miała zraniony głos.
- No właściwie nie. – przyznałem zgodnie z prawdą. Bo jak miałem to niby wytłumaczyć? Że jakiś dziwny gej się we mnie zakochał i uroił sobie, że jesteśmy w związku?
- To po co odwalałeś ten cały cyrk? Powinnam była się domyślić wcześniej. Miałam być tylko przykrywką, pokazywaną rodzinie i przyjaciołom, a tak naprawdę jesteś w gejowskim związku. Tylko po co mnie oszukiwałeś? – w jej oczach pojawiły się łzy.
- Jackie, to nie tak…ja cię kocham! – krzyknąłem. Dziewczyna nie wyglądała na przekonaną.
- Jimmy, możesz mi to wytłumaczyć? – tym razem padło to z ust Fredka.
- No nie. Wszystko słyszałeś… - Co ja mam tłumaczyć? Kocham ją i tyle.
Freddie wstał i przysunął się do Jackie.
- Dziewczyno, nie widzisz co jest między mną i Jamesem. Nie wpychaj się między nas. To znaczy wiesz…raz czy dwa możemy w trójkę poeksperymentować w łóżku…ale to nie będzie nic szczególnego. My planujemy wspólną przyszłość! – powiedział.
- To ty chyba nie wiesz co jest między mną, a Jimmym. Po prostu się wynoś. I nie możemy w trójkę poeksperymentować w łóżku. Jeśli ktoś będzie z kimś eksperymentować, to ja i James. Sami. To ty się nie wpychaj pomiędzy nas. – warknęła dziewczyna.
- Nigdy mi nawet o tobie nie wspomniał…A to oznacza, że się dla niego nie liczysz. Jego nie interesują żadne kobiety, jeśli chcesz wiedzieć. Dlatego, bo jest gejem. – powiedział Freddie, chyba święcie przekonany co do tego, że jestem gejem.
- Jasne…jest gejem i wyznaje mi miłość!?
- Może wyglądasz jak facet?
- Jasne, już prędzej wziął cię za kobietę!
- Tak, tak…właściwie to ja wziąłem go za kobietę…
- Jasne…przecież jesteś gejem.
- W ogóle popatrz na siebie…jak ty wyglądasz? Czy naprawdę wydaje ci się, że takie ciacho zainteresuję się dziewczyną z taką prostacką urodą? Może lepiej zainwestuj w siebie…jakiś fryzjer czy kosmetyczka dobrze by ci zrobili…i kup sobie nowe ciuchy…może damy ci pieniądze? Bo nie wyglądasz na taką która może sobie na to pozwolić…
- A ty niby jesteś lepszy? Wyglądasz jak jakiś arab!
- Hindus, dokładniej.
- Czy to ważne…głupi islamista.
- Zaratusztrianin, dokładniej.
- Wracaj na wielbłąda i zostaw Jamesa w spokoju.
- Na Zanzibarze? Wróć do szkoły, idiotko.
Rozłożyłem się wygodniej na łóżku. Jackie była taka słodka gdy była zazdrosna. Dziewczyna miała wyraźnie dosyć. Po jej policzkach spływały łzy. Cholera, powinienem był powstrzymać Freddiego wcześniej. Biedna Jackie chyba uwierzyła w każde jego słowo…
- Właściwie…weź sobie tego pieprzonego Jamesa. Właśnie dotarło do mnie, że oszukiwał mnie i ciebie. Też to przemyśl. Być może on nie zasługuje na żadne z nas. – krzyknęła i wyszła z pokoju. No i dupa. Freddie wyglądał na zadowolonego z siebie. Ale ja się wpieprzyłem.
- Fred, musiałeś? – zapytałem.
- Po prostu ona jest jakaś dzika.
- Weź daj jej spokój…postaraj się postawić w jej sytuacji. Co byś zrobił, gdybym lizał się z nią, a ty byś wszedł? – chciałem bez wrzeszczenia załatwić całą sprawę.
- No, byłoby mi smutno...
- I jej też jest.
Nagle do salonu wpadł Rob.
- James, co ty wyprawiasz? Nakrzyczałbym na ciebie, ale jesteś chory. Liżesz się z jakimś dziwnym gejem na oczach twojej narzeczonej...
- Narzeczonej? – Freddie był w szoku.
- No tak. Jimmy oświadczył się Jackie kilka tygodni temu. Wiesz, bo jak urodzi się ich dziecko…
- Nie mówiłeś, że będziesz miał dziecko. Zaręczył się z nią tylko ze względu na ciążę. Ale ja z Jamesem możemy wychowywać jego dziecko. Spokojnie, możesz zerwać zaręczyny…ślub ze względu na dziecko, to nie wypali. – Fred był tak pewny siebie, że aż się przeraziłem. On myśli o nas poważnie.
- Po pierwsze nie ma żadnej narzeczonej, po drugie nie ma żadnego dziecka, po trzecie nie ma żadnego nas. – wyjaśniłem.
- Jak to?
- Czy ja ci kurwa powiedziałem, że jesteśmy razem? – zapytałem.
- No nie, ale to tak trzeba powiedzieć? Nie wystarczą same uczucia?
- Co ty pieprzysz? Jakie uczucia? – miałem go coraz bardziej dosyć.
- No te między nami…ale wiesz co? Mi się wydaje, że jeszcze do siebie nie doszedłeś…może ja przyjdę odwiedzić cię w przyszłym tygodniu? Jak będziesz czuł się lepiej. – powiedział, pocałował mnie w policzek i wyszedł.
- James…masz mi cos do powiedzenia? – głos Roberta był zimny jak obiad podgrzany przez Amy.
- No ja sam tego nie ogarniam. Pytaj tego małpiszona Freda.  – warknąłem.
- Wiesz, że przez ciebie Jackie wybiegła z domu i powiedziała że cię nienawidzi? – zapytał.
- Dupa. – stwierdziłem.


(z perspektywy Amy)
Siedziałam sobie spokojnie w kuchni i jadłam obiad przygotowany przez Roberta. Brian poszedł do domu, po jakieś podręczniki czy coś. Wszyscy widzieli w nim tylko dziwnego kujona, którym wcale nie był...
Z salonu co jakiś czas dochodziły wrzaski, ktoś wbiegał i wybiegał. Nie zwracałam na to specjalnej uwagi, takie sytuacje były u nas na porządku dziennym.
Odsunęłam pusty talerz na bok i właśnie miałam zabierać się za malowanie paznokci. Jednak Robert przeszkodził mi w realizacji tego planu.
-Amy!!! - wpadł do kuchni z krzykiem. Posłałam mu pytające spojrzenie.
-Czy Ty wiesz, co tam się dzieje?
-Nie. - odparłam, chcąc poznać powód jego zdenerwowania
-Jimmy jest gejem.
-Co? - zapytałam patrząc na niego z przerażeniem - Przecież... On... Jackie... i wogóle... Nie rozumiem. - jęknęłam
-Lizał się przed chwilą z jakimś... Fredkiem?
-Jimmy. Umrze. Zaraz. - wysyczałam przez zęby i podniosłam się z krzesła.
-Amy! On jest chory, potem z nim porozmawiasz.
-Nie! Zabiję go. - warknęłam, chwyciłam kule i chciałam iść do salonu. Robert do mnie podbiegł i zatrzymał, łapiąc w pasie.
-Puść mnie idioto! - krzyknęłam i z trudem wyrwałam się z jego objęć. Był silny. Wykonałam kilka skoków, bo blondyn podczas szarpaniny zabrał mi kule i po chwili znalazłam się w salonie. Był tam tylko Jimmy. Odwróciłam się i zamknęłam drzwi na klucz, nie zwarzając na wrzaski Roberta.
Popatrzyłam z wściekłością na Jimmiego. Powiedziałam mu, że jeżeli zrani Jackie, to powieszę go za flaki na suficie. Nie sądziłam, że jest zdolny zrobić jej coś takiego.
-Jimmy. Musimy porozmawiać. - spiorunowałam go wzrokiem
-Amy, nie mam siły...
-Kurwa, a lizać się z Freddie'm miałeś siłę? - zapytałam złośliwie - Tłumacz się.
Chłopak popatrzył na mnie bezradnie.
-Am, ja sam nie rozumiem tej całej popieprzonej sytuacji...
-To lepiej żebyś zrozumiał. Wiesz, że Jackie jakiś czas temu wybiegła stąd z płaczem? Przez Ciebie. Pamiętasz naszą ostatnią rozmowę?
-Tak... ale... to nie tak jak myślisz... - próbował się tłumaczyć, jednak mu przerwałam
-Kurwa, a pomyślałeś o tym jak czuje się Freddie?! Czy ty wogóle myślisz czasem o kimś innym niż o sobie? Inni ludzie też mają uczucia, a ty bez przerwy wszystkich ranisz! Wiesz, jak oni się czuli, jak podciąłeś sobie żyły? Nie wiem co ci strzeliło do tego pustego łba, ale naprawdę przeginasz.
-Amy... To nie moja wina - wyszeptał przez łzy. Nie przejmowałam się tym, że płacze. Byłam wkurwiona do granic możliwości i cudem powstrzymywałam się od zrobienia mu krzywdy.
-No to do cholery ciężkiej, czyja?
-Ja... Freddie nigdy mi się nie podobał. Am, przecież wiesz, że nie jestem gejem.
-Mhm, gdybyś nic do niego nie czuł, nie lizałbyś się z nim na powitanie.
-To on mnie pocałował!
-Nie protestowałeś - warknęłam
-Amy, błagam Cię, kilka godzin temu wyszedłem ze szpitala. Wiecie, że straciłem dużo krwi, praktycznie nie mam siły, żeby się ruszać, a co dopiero odpychać jakiegoś napalonego pedała.
-Nie mów tak o nim - zerknął na mnie pytająco - Freddie jest w porządku, lubię go. Nie sądziłam, że jesteś takim homofobem - popatrzyłam na niego z niedowierzaniem
-Amy, litości, jak byś się czuła, gdyby Virgin nagle się na Ciebie rzuciła i próbowała Cię zgwałcić?
-Nie chciał Cię zgwałcić, tylko Cię pocałował. I nie zrobiłby tego, gdyby wiedział, że nie ma u Ciebie szans. Co ty mu wogóle nagadałeś?
-Nic... Am... nie było Cię wtedy w schronisku. Mówił tyle dziwnych rzeczy... ja się bałem. A potem był taki miły. I nie chciałem, żeby było mu smutno więc kiedy zapytał czy się umówimy powiedziałem mu że może kiedyś. Myślałem, że się odczepi, ale jest tylko gorzej...
-Ja pierdolę... Pogadam z nimi. Lepiej się zastanów co powiesz Jackie. I mam nadzieję, że wkrótce mi wyjaśnisz tą całą akcję z podcinaniem żył. Teraz idę poszukać Jack. Albo Freda. Jeszcze jedna taka akcja i nie wiem co Ci zrobię.
-Przepraszam. - popatrzyłam na zapłakanego Jimmiego i zrobiło mi się go żal. Usiadłam na kanapie i przytuliłam się do niego. Brunet już całkiem się rozkleił i po chwili miałam całą koszulkę mokrą od jego łez. Cicho westchnęłam.
-Jestem idiotą... - wyszeptał
-Przestań się nad sobą użalać i spróbuj to jakoś odkręcić. Na pewno się uda - uśmiechnęłam się, próbując go pocieszyć. Mimo wszystko był moim przyjacielem.
Wstałam i wykonałam kilka skoków w kierunku drzwi. Kiedy je otworzyłam, do środka wpadł Robert i potrącając mnie podbiegł do Jimmiego.
-Amy, co ty mu zrobiłaś? - zapytał widząc płaczącego Page'a
-Nic - wywróciłam oczami i wyszłam.
Zaczęłam się zastanawiać, jak znajdę Jackie i Freda. Nie byłam w stanie dojść zbyt daleko, bo poruszając się o kulach musiałam zatrzymywać się co kilka metrów, aby odpocząć. Weszłam do kuchni, w której zastałam Rogera. Lucy chyba poszła jeździć.
-Rog, mógłbyś mnie gdzieś podwieźć?
-Zabrali mi prawo jazdy... - odpowiedział zażenowany
-Racja, zapomniałam... - zrobiło mi się trochę głupio, że poruszyłam ten kłopotliwy dla blondyna temat. Zaczęłam się zastanawiać, kto mógłby mi pomóc, kiedy do kuchni wszedł Staffel.
-Tim, masz czas?
-Tak, a o co chodzi? - zapytał podejrzliwie
-Muszę znaleźć Freddiego, Jack pewnie wróci do domu. Tylko tak jakby nie mogę prowadzić... Pomożesz?
-Jasne. - powiedział i poszedł do samochodu. No, nawet on się czasem przydaje.




Siedziałam w samochodzie obok Staffela. Nie byłam zachwycona tym, że muszę jechać z nim, ale nie miałam wyboru. Martwiłam się o Freddie'go. Naprawdę go polubiłam. A teraz chłopak musiał cierpieć przez brak asertywności Jimmiego.
Poprosiłam Tima, żebyśmy pojeździli dookoła schroniska. Miałam nadzieję, że szybko uda nam się go znaleźć. Nie myliłam się - Siedział ze spuszczoną głową na jakimś murku. Zrobiło mi się przykro patrząc na jego bezradność. Podziękowałam Staffelowi za pomoc i wysiadłam z auta. Szybko chwyciłam kule i pokuśtykałam w stronę Freda. Wysilił się na delikatny uśmiech, jednak widziałam że jest załamany. Przytuliłam go na powitanie.
-Może... pójdziemy się napić? - zaproponowałam.
-Ok. - powiedział cicho. Ruszyliśmy w kierunku najbliższego baru. Był na drugim końcu ulicy, więc nie musiałam się martwić, czy dojdę. Kiedy byliśmy na miejscu Freddie zamówił Danielsa, ja wzięłam jakieś słabe piwo. Obiecałam Robertowi, że jeszcze przez jakiś czas będę się ograniczać.
-Fred, mógłbyś mi powiedzieć o co chodzi z Jimmym? Od samego początku. - poprosiłam chłopaka. Zerknął na mnie z niepewnością - Jak się wygadasz, będzie Ci lepiej - uśmiechnęłam się. Cicho westchnął i zaczął mówić
-Wiesz, czuję się teraz jak kompletny debil. Ja... nie jestem gejem, tylko bi. Na początku myślałem, że Jimmy to Ty. Wydawało mi się, że wyglądasz inaczej niż zwykle... I zacząłem zarywać do niego, będąc przekonanym, że zarywam do Ciebie. Potem okazało się, że jest facetem, ale mi to nie przeszkadzało. Po chwili uświadomiłem sobie, że może... jestem trochę zbyt nachalny. Więc powiedziałem mu, że może sobie to wszystko przemyśleć, że mamy czas. Wcześniej powiedział, że może gdzieś razem wyskoczymy. A ja chyba źle to odebrałem... Kurwa, tak mi głupio, zachowałem się jak debil...
-Nie martw się, wszyscy niedługo zapomną o tej akcji. Wszycy robimy czasem głupie rzeczy. - starałam się go pocieszy - na pewno kiedyś znajdziesz sobie chłopaka. Albo dziewczynę - dodałam, przypominając sobie, co powiedział chwilę temu. Popatrzył na mnie smutnymi oczami
-Wyszedłem przed twoimi przyjaciółmi na jakiegoś psychicznego zboczeńca.
-Freddie, daj spokój, na pewno niedługo o tym zapomną. A jak Cię bliżej poznają, na pewno Cię polubią. Jesteś jedną z najbardziej miłych osób, jakie poznałam. - powiedziałam całkowicie szczerze. Podczas pracy w schronisku zdążyłam się przekonać, że chłopak ma w sobie mnóstwo pozytywnej energii i jest bardzo sympatyczny.
-Naprawdę tak myślisz? - zapytał z nadzieją w głosie
-Gdyby tak nie było, nie mówiłabym tego.
-Amy, dzięki za wszystko. Nikt oprócz Ciebie nie akceptuje mojej... orientacji. Jeszcze nikomu nie mogłem się tak wygadać. Jesteś prawdziwą przyjaciółką - powiedział, po czym podszedł i mnie przytulił.
Uśmiechnęłam się, zadowolona z siebie. Teraz musiałam jeszcze znaleźć kuzynkę.




(oczami Jackie)

Byłam wściekła. Mogłam wybaczyć Jimmiemu Freddiego. Jeśli się w nim zakochał to ok. Ale nie powinien był okłamywać ani mnie, ani tego chłopca. Powinien był powiedzieć, a nie ciągle jęczeć „Jackie, jesteś dla mnie najważniejsza, naprawdę cię kocham, ale nie możemy być razem…jeszcze nie. Jesteś tą dziewczyną, którą szukałem całe życie…nie wiem jak mogłem tak wszystko zepsuć. Tak bardzo cię kocham”. Jasne. Oczywiście. Miałam jedną zasadę – szczerość. Jeśli Jimmy nie umie się do tego zastosować, to chyba już koniec. Choć właściwie nawet nie było początku.  Jak ja mam mu dalej ufać, jak on nie chce mi nawet powiedzieć o swoim związku. Wiem, że nie powinnam była krzyczeć na tego biednego zaratusztrianina, tylko raczej na Jimmiego. Właściwie ten chłopak wydawał się być w o wiele bliższej relacji z Jamesem. To chyba ja byłam (właściwie to miałam być) skokiem w bok. Postanowiłam się nie załamywać, ale nie mogłam. Cholera. Naprawdę się w nim zakochałam. Poszłam przed siebie z mocnym postanowieniem nie rozmawiania z Jimmym. Już nigdy. Więcej. Szłam tak sobie gdy nagle dotarłam do pizzerii w której poznałam Jimmiego. Super. Weszłam do środka i siadłam przy barze. I znów usłyszałam kłótnię zza zaplecza.

 - Szefie, Jimmy naprawdę jest chory. Dopiero wczoraj zwolnili go ze szpitala...stracił naprawdę dużo krwi. Trzeba go nosić, bo jest za słaby, żeby sam chodził…

- Jasne, jasne. Ja już go znam. Ciągle mam ochotę go wyrzucić, ale moja Costanza…ehh te dziewczyny. Gdybyś miała mieć córki to nigdy nie zatrudniaj młodych facetów. Ten debil nic nie robi, ale moja córka, nie pozwala mi go wyrzucić… płacę mu za to, że czasem raczy się tu pojawić, zwykle pijany albo na kacu i wyjdzie po kilku godzinach…

Virgin wyszła zza zaplecza.

- O, Jackie! Jak się ma James?

- Szczerze to gówno mnie to obchodzi... – powiedziałam zgodnie z prawdą. Nagle wyszedł jeszcze jakiś facet. Jakiś obleśny, spasiony Włoch po czterdziestce.

- Kim jest twoja mała przyjaciółka?

- Narzeczona Jimmiego. – powiedziała.

- Była narzeczona. Zostawiłam go. – właściwie…jeśli Jimmy tak mnie kocha…uśmiechnęłam się z lekko flirtującym spojrzeniem. – Straszny idiota, niedojrzały. Teraz szukam prawdziwego faceta…a zapomniałam się przedstawić. Jacqueline.

- Fiorenzo Guido Donato Orazio Venceslao di Santangelo. Miło mi. – powiedział całując moją dłoń. Oparłam się na ladzie i postanowiłam rozpocząć grę kokietowania szefa mojego ex. Co z resztą nie było jakieś trudne. Chwilę później siedzieliśmy przy stole, a Virgin robiła za kelnerkę. Wydawała się zła. Fiorenzo był strasznie namolny, ale wszystko, żeby wzbudzić zazdrość i wyrzuty sumienia Jimmiego. Gościu śmierdział rybą, ale jakoś musiałam to wytrzymać… po pół godzinie Fiorenzo był mój.  Miał mój adres i numer telefonu. Teraz wystarczy skonfrontować go z Jimmym. Czyli po prostu go zaprosić. Jestem genialna.

- No to będziemy w kontakcie, misiu. – mruknęłam.

- Oczywiście, bellezza!

 Postanowiłam wrócić do willi kuzynki. Weszłam do domu. Postanowiłam przejść przez salon, żeby zobaczyć co porabia mój przyszły-niedoszły.

- Jackie! Wróciłaś! Jak ja się cieszę…przepraszam. Wszystko źle zrozumiałaś…

- Źle zrozumiałam? Jak miałam niby zrozumieć wejście gościa podającego się za twojego chłopaka, z którym liżesz się na powitanie? – zapytałam. Właściwie już nie byłam na niego zła. Było mi tylko przykro, że nie umiał być szczery.

- Nie umiem tego wytłumaczyć…sam tego nie rozumiem. Błagam, zrozum. Musisz mi uwierzyć. – Chłopak podniósł się z sofy i podszedł do mnie. Złapał mnie za ręce i popatrzył mi głęboko w oczy. Musiałam odwrócić głowę, żeby nie ulec mocom voodoo, którymi jakieś bóstwo obdarzyło tego przesłodkiego bruneta. Właściwie to nie było sprawiedliwe. Jimmy był zbyt idealny, żeby dać mu teraz kosza. No ale musiałam. W końcu umówiłam się z jego szefem. Strząsnęłam ramiona chłopaka i się odwróciłam.

- Nie, James…to już nie ma sensu. Widziałam, co widziałam. Widać, że ten chłopiec myśli o tobie poważnie. A ty…ty w końcu dałeś mu się pocałować, i jakoś nie protestowałeś…fakty mówią same za siebie. – nie było mi z tym łatwo. Jimmy wyglądał na zszokowanego. Chyba nie był zbyt przyzwyczajony do dostawania kosza. Miał strasznie smutną minę, więc musiałam go jeszcze podręczyć. – W ogóle kogoś poznałam, więc nie komplikuj. Między nami i tak nigdy nic nie było.

Nigdy nie widziałam Jimmiego tak zranionego. Musiałam stamtąd wyjść żeby nie odwołać wszystkiego. Miałam nadzieję, że chłopak nie odpuści sobie teraz i będzie robił wszystko, żeby mnie odzyskać.




(z perspektywy Amy)
-Amy, pogadaj z Jimmym, bo... - zaczął Robert

-Nie mam czasu - odpowiedziałam wymijając go. Raczej po prostu mi się nie chciało. Miałam już dość rozwiązywania problemów innych. Kurwa, czy oni nigdy nie mogą poradzić sobie sami?
Podeszłam do telefonu i wybrałam numer Briana. Nie miałam ochoty siedzieć teraz w domu i wysłuchiwać płaczącego Jimmiego i panikującego Roberta, który myśli, że coś zrobiłam James'owi... Normalnie poszłabym pojeździć. Albo do Lucy i Davida. 
Kurwa. Ogarnij się, Amy, masz Briana.

Wykręciłam numer patrząc na małą wymiętą karteczkę, na której był zapisany. Brian dał mi go, kiedy byliśmy na kawie, a ja cały czas nosiłam go w kieszeni. W sumie to miałam szczęście, bo zazwyczaj gubię takie rzeczy, a ta była mi w tym momencie bardzo potrzebna.
Po chwili usłyszałam w słuchawce cudowny głos Briana

-Halo?

-Hej Bri, tu Amy. Jesteś zajęty? - zapytałam szybko

-Nie, właściwie nie... Chcesz do mnie wpaść?

-Będę do godziny - odpowiedziałam szczerząc się do słuchawki. Obok mnie przeszedł Robert dziwnie się na mnie patrząc. Popatrzyłam na niego i wzruszając ramionami zakończyłam rozmowę.

-Wychodzisz? - zapytał, widząc że zbieram się do wyjścia

-Tak. - odparłam - Do Briana. - dodałam uprzedzając kolejne pytanie. Robert  pokiwał głową i poszedł do kuchni. Pewnie znowu gotuje coś dla biednego Jimmiego. Zajrzałam jeszcze do salonu, żeby poinformować Jimmiego, że idę do Briana, po czym wyszłam. Powlokłam się w kierunku przystanku, bo raczej nie mogłam na nikogo liczyć w kwestii transportu.