niedziela, 14 czerwca 2015

Rozdział 4

(z perspektywy Amy)

Powoli otworzyłam oczy. Podniosłam się z łóżka i spojrzałam na zegar wiszący na ścianie. Ósma. Od kiedy wstaję tak wcześnie? Nieważne. Wstałam w łóżka i zeszłam na dół w piżamie. Kiedy byłam w połowie schodów poczułam najcudowniejszy zapach na świecie... Naleśniki Roberta! Po kilku sekundach byłam już w kuchni.

Robert stał przy kuchence, miał na sobie tylko bokserki. Spojrzałam na niego. Gotujący facet wygląda naprawdę seksownie... W sumie to całkiem zabawne. Robert sprawia wrażenie kompletnej sieroty, która nie jest w stanie nic sensownego zrobić. A gotuje naprawdę dobrze.

Usłyszał kroki i odwrócił się w moją stronę. Kiedy mnie zauważył, uśmiechnął się. Podeszłam i przytuliłam się do jego nagiego torsu, po czym delikatnie pocałowałam go w usta. 
Jednak po chwili coś przykuło moją uwagę.

-Usmażyłeś tylko dwa naleśniki?

-Tak... Zjedzmy je teraz, zanim oni się obudzą.

-Robert. Sam zawsze zjadasz przynajmniej cztery. Co się do cholery dzieje? - zaczynałam się denerwować

-Wiesz, tylko na tyle starczyło mi produktów...

-Kurwa, Czy ty właśnie usiłujesz mi powiedzieć, że Tim znowu wciągnął całą naszą mąkę?!

-Amy, nie denerwuj się, proszę...

-Ja pierdolę, jak mam się nie denerwować? czemu w tym domu nigdy nie ma nic normalnego do jedzenia? Czemu nie mamy normalnych znajomych? Czy to, że tego debila nie stać na narkotyki, oznacza, że ma zużywać NASZĄ mąkę? 

Nie dałam mu możliwości, aby odpowiedział na te pytania. Byłam wściekła i po prostu wyszłam z kuchni. No... chciałam wyjść, bo w drzwiach zderzyłam się z Jimmym.

-Jestem głodny. - powiedział i spojrzał na nas wyczekująco. Popatrzyłam na Roberta. Zdążył już zjeść swoje dwa naleśniki.

-Nie mamy jedzenia. - odparłam. Jimmy popatrzył na mnie z przerażeniem. Kiedy on się na mnie gapił, do kuchni weszła Jackie.

-Coś się stało? - spytała nieco zaskoczona. No cóż, Jimmy wyglądał, jakby zaraz miał się rozpłakać.

-Jestem głodny, nie ma jedzenia, nie mamy co jeść! - zawył Jimmy. Jackie spojżała na niego z politowaniem. Chyba jeszcze nie zdążyła się przyzwyczaić... Dla mnie takie sytuacje stały się już codziennością. Jimmy i Robert byli trochę... inni. Ale do wszystkiego w końcu można przywyknąć.

-To może po prostu zamówimy pizzę? - zaproponowała. Jimmy wyglądał na zachwyconego. Rzucił się na Jackie i zaczął ją przytulać i opowiadać jaka to jest cudowna. Dziewczyna odsunęła się od niego zniesmaczona

-To może pójdziesz zadzwonić, zamiast mnie obściskiwać? - powiedziała

-Ok! Już biegnę! -zawołał szczęśliwy Jimmy i wybiegł z kuchni. Jednak po kilku sekundach był z powrotem. Okazało się, że telefon nie działa. Dlaczego mnie to nie dziwi...? 
Musieliśmy zdecydować, kto pójdzie kupić pizzę. Oczywiście nikomu się nie chciało.

-Zagrajmy w pchełki! Ten kto przegra, pójdzie po pizzę. - zaproponował Jimmy. Nie mieliśmy lepszego pomysłu, więc wysłaliśmy go, po jego ulubioną grę.

*10 minut później*

-To nie fair! Oszukiwałeś! - wrzasnął Robert

-Wcale nie!

-A właśnie, że tak!

-Robert. Przegrałeś, więc musisz iść. Tak się umówiliśmy... - powiedziałam spokojnie. Chłopak wyszedł wściekły z domu trzaskając drzwiami.

-Wiecie, tak naprawdę, to specjalnie ułożyłem jego pchełki na dywanie - wyszczerzył się Jimmy.



(z perspektywy Roberta)
Wyszedłem z domu. Byłem zły na Jimmiego. On zawsze wygrywa w pchełki. Bo oszukuje. To jest takie niesprawiedliwe, a Amy to zupełnie nie przeszkadza. Może to dlatego, że to nie ona musi zapieprzać po pizzę?

Spokojnie szedłem sobie ulicą i rozglądałem się. Była całkiem ładna pogoda. Może w końcu powinienem zabrać się za jazdę konną? Chciałbym w końcu jakoś zaimponować Amy... Zależy mi na niej, chciałbym jej pokazać, że potrafię robić coś bardziej męskiego niż gotowanie. 
Odrzuciłem moje przemyślenia na bok i wszedłem do pizzerii, w której pracował Jimmy. W zasadzie to chyba powinien tu być nawet teraz. Chciałem zamówić pizzę, jednak nagle usłyszałem rozmowę na zapleczu

-Virgin, on prawie wogóle nie chodzi do pracy. Tak nie może być. Jestem zmuszony go zwolni ć.

-Ale szefie, sprawa jest bardzo poważna. Jimmy tutaj nie przychodzi, bo bardzo niedawno dowiedział się... że ma raka. To dla niego bardzo trudne, zdaje sobie sprawę z tego, że ma już tylko trzy miesiące życia, ale nie może się z tym pogodzić. Kiedy wszystko sobie poukłada, na pewno... -nie słuchałem dalszej części. Byłem przerażony. Jimmy? Dlaczego on? Mój najlepszy przyjaciel... Dlaczego coś takiego mu się przytrafia? I dlaczego o niczym mi nie powiedział? 
Skierowałem się do sklepu monopolowego. Jeść pizzę w takich okolicznościach? Nie, tutaj potrzebny będzie alkohol. Dużo alkoholu.


(oczami Jackie)
Robert coś długo nie wracał. Byliśmy coraz bardziej głodni. Amy po raz kolejny udała się na przeszukanie wszystkich szafek w kuchni, a Jimmy siedział ze swoją Tele na kolanach i coś grał. Nie mam pojęcia gdzie się tego nauczył, ale szło mu naprawdę zajebiście. Oczywiście mu tego nie powiedziałam.

Amy skończyła obejście kuchni, a Jimmy odłożył gitarę i zaczął się trząść.

- Kurde. Mogliśmy dać mu wygrać. Przynajmniej mielibyśmy co jeść! – oświadczyła Amy, lądując na podłodze obok bruneta.

- Co z nim nie tak? – zapytałam, wskazując na kołysającego się do tyłu i do przodu Jimmy’ego.

- Jest głodny.  – stwierdziła Amy. – Jak ma ze sobą jakiś problem to płacze.
Czy wszyscy brytole to takie ułomy?

 Nagle usłyszeliśmy trzaśnięcie drzwiami i po kilku sekundach wpadł Robert. Bez pizzy. Za to miał kilka butelek alkoholu. Dla mnie nie robi różnicy. Wyciągnęłam rękę w kierunku Johnniego Walkera
.
- Robert, debilu!!! Miałeś kupić pizzę, a nie wódę!! Popijemy sobie później, ale zrozum, my jesteśmy głodni!! Naprawdę pojebało cię do reszty!!!

Z tymi słowami Amy rzuciła się na swojego współlokatora i zaczęła szarpać go za blond loki.

- AAAAAAAAAAAA!!! Amy!!! Przestań!!! Stało się coś złeeeego!! Nie mogłem zrobić niczego innego!!

- Więc jakie masz tłumaczenie tego że nie mamy nic do jedzenia?! Zapomniałeś? Zawsze trzeba zjeść!!

- Poczekaj chwilkę – powiedział Robert, podszedł do Jimmy’ego i oświadczył, że musi mu coś pokazać. Brunet wraz z wejściem Roberta przestał płakać, na prośbę Roba podszedł do dużej szafy stojącej w kącie. Blondyn otworzył szafę i popchnął  Jimmy’ego, który wpadł do środka. Robert zaryglował drzwi za pomocą miotły. Amy popatrzyła na niego jak na debila. Usłyszeliśmy wołanie Jimmy’ego o pomoc. Moja kuzynka usiłowała zareagować, ale Percy oparł się plecami o szafę i ze łzami w oczach powiedział:

- Dziewczyny, mam bardzo złe wiadomości. Byłem w pizzerii i usłyszałem jak Virgin mówi do szefa… że… że Jimmy ma raka i-i umrzeeeeee!!!!

- Niemożliwe. – stwierdziła Amy - Powiedziałby nam. Jesteśmy przyjaciółmi.

- Możeee on nie chciał nas martwić? To takie słodkie z jego strony. Dlatego go schowałem. Nie może wiedzieć, że my wiemy, że on umrze za trzy miesiące. To by go zdołowało. Dlatego kupiłem alkohol. Będziemy pić, żeby o tym nie myśleć.

Biedny Jimmy. Nie znałam go dobrze, ale był taki miły. To dzięki niemu się znalazłam. W dodatku to taki dobry gitarzysta. Szkoda, że taki człowiek się zmarnuje. Ile on ma właściwie lat? Wygląda na dwadzieścia kilka. Nie chciałabym być w jego sytuacji. Nie myśl tyle Rihdes! Otworzyłam butelkę Red Label i zaczęłam szybko pić whisky. Amy i Robert robili to samo. Kompletnie zapomnieliśmy o zamkniętym w szafie Jimmym.



(oczami Lucy)

Ciekawe, czy udało im się już znaleźć Jackie? Myślę, że powinnam pójść to sprawdzić. W zasadzie to nie zdziwiłabym się, gdyby po prostu o niej zapomnieli. W końcu to Amy i Robert. Są kochani, ale niezbyt ogarnięci. Dlatego zaraz po śniadaniu udałam się do willi mojej przyjaciółki. Droga nie zajęła mi zbyt wiele czasu - mieszkamy jakieś 10 minut od siebie.

Kiedy dotarłam na miejsce, po prostu weszłam do środka. Drzwi prawie zawsze były otwarte. Zostawiłam kurtkę w przedpokoju i zajżałam do salonu. Na podłodze leżał Robert, obok niego Amy, a pod ścianą jakaś dziewczyna. Najprawdopodobniej Jackie.

Zauważyłam na ziemi butelkę z niedopitym Danielsem. Marnotrawstwo! Sięgnęłam po nią i już miałam wychodzić, kiedy usłyszałam dziwne odgłosy dochodzące z szafy. Dopiero teraz zwróciłam uwagę na to, że jej drzwi zaryglowane były miotłą. Podeszłam do niej i postanowiłam uwolnić, kogoś (a może coś), kto tam siedział.

Po kilku sekundach moim oczom ukazał się Jimmy. Wyglądał na załamanego, był strasznie roztrzęsiony. Nie miałam pojęcia, co przed chwilą się wydarzyło. Jednak w jednej sekundzie minęła cała złość na przyjaciela, za akcję w barze.

-Lucy, możemy pogadać? - zapytał drżącym głosem

-Jimmy, co się stało?

-Może... Chodźmy do pokoju Amy, dobrze? - zaproponował. Zgodziłam się. Chłopak zachowywał się naprawdę dziwnie. Co takiego mogło się stać? Weszłam za nim po schodach na górę i do pokoju Amy. Jimmy zamknął drzwi na klucz, po czym usiadł na łóżku. Zrobiłam to samo.

-Lucy, dowiedziałem się czegoś strasznego. Musisz mi obiecać, że nikomu nie powiesz o tym, co tutaj usłyszałaś. - pokiwałam głową, coraz bardziej zaniepokojona - Okazało się... że mam raka. Zostały mi trzy miesiące życia. Wszyscy próbowali to przede mną ukryć. Starali się do tego stopnia, że Robert przed chwilą zamknął mnie w szafie - spojżałam na niego pytająco - Nawet nie pytaj. Ja zdaję sobie sprawę, że nie byłem dobry... Ale ja nie chcę umierać, jestem za młody. Lucy, ja nie chcę umierać!

Po policzkach Jimmiego spływały łzy. Szybko go przytuliłam i próbowałam go uspokoić, tłumacząc, że wszystko będzie dobrze. Ale wiedziałam, że nie będzie.

(15 minut później)
Jimmy się uspokoił. Natomiast ja byłam naprawdę przerażona. Przecież powinien mieć przed sobą całe życie. Miał szansę na karierę! Trzy miesiące życia?
Wyszłam z domu Amy i poszłam do siebie. Nie miałam pojęcia co ze sobą zrobić. Bałam się tego, co przyniesie przyszłość. Jimmy był moim przyjacielem. Mimo tego, że nieraz mnie irytował, nie wyobrażałam sobie życia bez niego.


(oczami Jimmy’ego)

Kurwa! Ile ja siedziałem w tej szafie. Jestem głodny. Rozejrzałem się po pokoju. Wyglądało na to, że moi przyjaciele wypili wszystko i nic dla mnie nie zostało. A ja myślałem, że się przyjaźnimy! Ostatnio pozwoliłem Robertowi być ważniejszą różową księżniczką, cały czas trzymać różowe berło, a on w nagrodę zamyka mnie w szafie! I jeszcze nie chce mi powiedzieć, o tym, że mam raka! Ta informacja dla mnie znaczy o wiele więcej, niż dla tej bandy zapijaczonych idiotów! To w końcu ja umrę, a oni dalej będą żyć! Ruszyłem wściekły przed siebie, i po chwili zahaczyłem o coś nogą. Po chwili leżałem na podłodze obok cholernej kuzynki Amy. Zaraz… Nie dopiła Jima Beama! Distillers Series!! Wyrwałem nieprzytomnej hippisce z ręki butelkę z pyszną whiskey. 

Wyszedłem z szpanerskiego domu Amy. Muszę znaleźć jakiś bar. Kompletnie nie wiedziałem gdzie iść, i chwilę później utknąłem w jakiejś ciemnej, ślepej uliczce. Oparłem się plecami o drzwi z zamiarem dopicia whiskey, ale nie przewidziałem tego, że drzwi będą otwarte i wpadnę do środka. Siedziałem na podłodze w miejscu, gdzie przechowują cały kurz świata. Usłyszałem kroki i po chwili przede mną zmaterializował się jakiś dziwny facet.

- Co sprowadza cię do posiadłości Colettich? – zapytał głosem twardym jak ziemniaki przygotowane przez Amy.

- Eeh…

- Ktoś ci umarł, i chcesz go sprzedać?

- Właściwie, to ja umrę

- Aha, czyli chodzi ci o naszą standardową ofertę dla żywych.

- Co?

- No… dwieście tysięcy funtów.

Chwilka. Powiedział dwieście tysięcy funtów?

- Za co? – zapytałem. Kurwa. Ja potrzebuję tych pieniędzy! Będę mógł pożegnać moich przyjaciół! Albo kupić drugie berło!

- Za twoje narządy wewnętrzne. Damy ci dziś te pieniądze, a za równy miesiąc przyjdziemy, wystawimy ci akt zgonu. W jaki sposób chcesz umrzeć? Proponuję wypadek, łatwo to zorganizować.

- Ok. – Robert mówił, że mam tylko trzy miesiące. Co mi szkodzi? Ale przynajmniej pierwszy raz w życiu będę miał dużo kasy. Podejrzany gościu wyciągnął w moim kierunku jakiś dokument. Podpisałem go, a on wręczył mi walizkę.

Szybko wyszedłem z tego dziwnego miejsca. Jestem bogaty! Obrzydliwie bogaty!
Nagle zobaczyłem kościół. Może przed śmiercią należałoby pogodzić się z Bogiem? Pchnąłem ciężkie drzwi i usiadłem sobie w ławce. Czas przemyśleć moje życie. Po chwili doszedłem do wniosku, że pomimo tego, że było krótkie, całkiem się udało. Byłem gwiazdą rocka. Właściwie ciągle jestem. Mam fanki! Prawie wszyscy słyszeli o Yardbirds. Co z tego że się prawie rozwaliło. Nie chcę umierać! Chcę być super sławny i chcę mieć dużo dziewczyn! Nagle usłyszałem głos.

- Stało się coś, że siedzisz taki smutny i sam?

Popatrzyłem na miłego faceta, mniej więcej w moim wieku.

- No… tak.

- To dobrze, że starasz się wszystkie zmartwienia zawierzyć Bogu. Modlitwa bardzo pomaga.

No mi już chyba nic nie pomoże.
- Cześć, jestem Jimmy. – powiedziałem. Nie ma sensu truć dupy wszystkim o tym, że zaraz umrę.

- Ja jestem John. Ale wszyscy mi mówią Bonzo.

- Co robisz w kościele?

- Będę księdzem. Jeszcze tylko kilka miesięcy przygotowań.

Wydawał się zachwycony tą wizją. Musieli mu zrobić pranie mózgu, że ma takie pomysły
.
- Naprawdę? Kto ci kazał?  - zapytałem.

- Nie! Jesteś naprawdę zabawny. To Bóg mi wskazał taką drogę życia. Zawsze czułem że z nim rozmawiam. Codziennie mówię Mu jak się czuję, codziennie proszę Go by mi pomógł. I wiesz co jest najlepsze? On naprawdę pomaga! Dlatego, widzę że coś cię trapi, więc radzę ci módl się!  - popatrzyłem na niego z przerażeniem. – Nie, nie mówię, że od razu masz zostać księdzem! Po prostu modlitwa uleczy twoją duszę z cierpienia i napełni cię z powrotem chęciami do życia!

- Acha…

- A może chciałbyś o tym porozmawiać? Rozmowa bardzo pomaga…
Co mam mu powiedzieć? Że właśnie sprzedałem moje narządy wewnętrzne jakimś psycholom i zabiją mnie za miesiąc? A może to, że mój najlepszy przyjaciel zrobił popijawę z dwiema ślicznymi laskami, a mnie uwięził w szafie, nie dając mi nawet małej buteleczki Danielsa, albo chociaż Marlborca do wypalenia? Albo to, że prawie zawsze jestem mniej ważną księżniczką?

- Eeeh… rybka mi zdechła – oświadczyłem. Do końca nie minąłem się z prawdą, bo kilka tygodni temu rzeczywiście straciłem rybkę przez tego idiotę Tima, który uznał za przezabawne utopić ją w Danielsie i zrobić zupę rybowo-Danielsową. Biedny Norman nie przeżył gotowania.

- To naprawdę smutne. Ale może teraz będzie jej lepiej?

- Tak, też tak myślę. Tylko… ona była dla mnie jak syn! Patrzyłem jak dorasta! – cholera. Page! Tylko się nie rozpłacz. Niedługo spotkasz Normana po drugiej stronie.

Nie wytrzymałem jednak tego napięcia i po chwili płakałem w ramionach Bonzo, który usiłował przekonać mnie, że Bóg ma mnie w swojej opiece, i że to jest realizacja jakiegoś wyższego planu. Przecież tu chodziło o śmierć Normana!


(z perspektywy Roberta)

Biedny Jimmy. Nie chcę, żeby umierał, to mój najlepszy przyjaciel! Ale nie mogę być takim egoistą. Muszę coś zrobić, żeby był szczęśliwy. Może... różowe przyjęcie! Pozwolę mu być ważniejszą różową księżniczką! Na pewno się ucieszy.
Pobiegłem do kuchni, bo to tam trzymałem moje różowe dekoracje. Szybko wyciągnąłem z szafki balony i zadowolony w podskokach wróciłem do mojego pokoju. Po drodze minąłem Jackie, która patrzyła na mnie jak na idiotę. Trudno, czego się nie robi dla Jimmiego?



(z perspektywy Jimmiego)

Kurde, ale późno. Poszliśmy z Bonzo do baru (pił tylko piwo bezalkoholowe – dziwak) i nam się troszkę zasiedziało.
Wróciłem do domu. Poszedłem schodami do góry, gdy wyskoczył na mnie Robert. Miał na sobie jedną z naszych sukienek.

- Wasza Wysokość JimJam! Księżniczka Percy nie mogła się doprawdy doczekać. Niech Jej Królewska Mość się przebiera.

Robert. Mój najlepszy przyjaciel. Zawsze wiedział w jaki sposób mnie pocieszyć. Od razu zapomniałem o raku, Colettich, mojej walizce i kleryku Bonzo. Pobiegłem do pokoju Roberta i zacząłem szukać sukienki. W końcu wybrałem pąsową z amarantowymi dodatkami. Robert przyniósł mi naszą najładniejszą parę karminowych szpilek. Popatrzyłem na różowe ciastka, różowe filiżanki z różową herbatą w środku, różowe balony. Percy naprawdę się postarał. Gdyby był kobietą to bym się z nim ożenił. On jest po prostu kochany. Robert pobiegł do łazienki i przyniósł mi całe naręcze kosmetyków. Nakładałem całą tonę eozynowego cienia na powieki, a Rob układał mi włosy. W końcu byłem gotowy i mogliśmy zacząć pić herbatkę. Rozsiedliśmy się na różowych poduszkach. Wtedy Robert podał mi berło. To znaczy, że ja jestem ważniejszą różową księżniczką! Nie wierzę w moje szczęście! Mógłbym już teraz umrzeć. Zawsze bijemy się o berło, no i Robert wygrywał, bo jest wyższy.
Księżniczka Percy rozłożył przed nami wszystkie nasze różowe pluszaki i poczęstował je różowymi krakersami.

- Więc księżniczko JimJam, co wasza wysokość sądzi o nowym tęczowym jednorożcu, który księżniczka Percy kupił…

W tym momencie usłyszeliśmy skrzypnięcie drzwiami. Leniwie odwróciłem wzrok i obdarzyłem Jackie spojrzeniem spod mocno potuszowanych rzęs.

- Ty też? – zapytała z przerażeniem w głosie – Jeszcze jeden gej-trans!? Jak Amy z wami wytrzymuje!?
Robert wyrwał mi berło i rzucił w Jacka. Dziewczyna usiłowała uchylić, ale tylko pogorszyła sytuację i różowe berło strzeliło ją centralnie w czoło.

- Wasza wysokość Percy, co wasza wysokość wyprawia?! – krzyknąłem. Wystarczy, że ja umrę.

- Ona nie ma prawa nazywać nas transami, rozumiesz?

- Ale Percy. My w pewnym sensie jesteśmy transami…

- JimJam! My jesteśmy księżniczkami. To coś zupełnie innego!

Amerykanka odmaszerowała szybkim krokiem. Powróciliśmy do herbaty. Jednak słowa Jackie nie dawały mi spokoju. Jestem transem! Czy to oznacza, że jesteśmy jakimiś psychicznymi zbokami?

- Wasza wysokość niech się nie martwi! Ona nie chciała waszej wysokości urazić! To amerykanka. Oni nie znają się na etykiecie i innych savoir-vivrach tak obecnych wśród szlachetnej Brytyjskiej arystokracji, której wasza wysokość jest przedstawicielką!

- Spać mi się chce. – powiedziałem.

- Jimmy, kochanie, wszystko jak sobie życzysz!

Kilkanaście minut później leżałem w łóżku w moim ukochanym szlafroczku w gwiazdki. Nagle do mojego pokoju wpadł Robert z kubkiem różowego kakao i książką.

- JimJam! Poczytam ci bajkę! Będzie ci się miło zasypiało! Mam twoją ulubioną! – mówiąc to wręczył mi kubek.

- bajka o dziewięciu księżniczkach? – zapytałem z nadzieją.

- Dokładnie! Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma morzami, w przepięknym pałacu mieszkał potężny, bogaty, a przede wszystkim mądry król Jan. Rządził swym królestwem rozsądnie, zapewniając sobie i swoim poddanym spokój i dostatek. Tak samo jak król Jan słynął w całym świecie ze swej mądrości i męstwa, tak królowa Katarzyna, jego żona, słynęła z niespotykanej urody i dobrego serca…


(z perspektywy Amy)
Nie miałam ochoty siedzieć z nimi przez całą noc. Chciałam na spokojnie pomyśleć. O wszystkim, co ostatnio się wydarzyło. Leżałam już w moim zajebiście wygodnym łóżku, było około drugiej w nocy. Do pokoju przywlókł się Robert. Spojrzał na mnie smutnymi oczami. W tej chwili rozumieliśmy się bez słów. Dla nas obojga sytuacja była bardzo trudna. Świadomość tego, że za chwilę nasz przyjaciel umrze, przytłaczała nas...

Jednak wiem, że to nie ja cierpiałam tutaj najbardziej. Spojrzałam na mojego chłopaka. Był załamany. Jimmy był dla niego bardzo ważny. Znali się od dawna i wszystko robili razem.
Po chwili poczułam coś mokrego. Odwróciłam się w stronę blondyna, który już zdążył się koło mnie położyć. Płakał. Ostatnio naprawdę mnie denerwował, ale teraz... Nie, Amy, nie możesz się rozklejać. Robert Cię potrzebuje. Przytuliłam się do niego

-Amy... Ja... Ja nie chcę, żeby on odszedł...

-Wszystko będzie dobrze - wyszeptałam. Nie wiem, kogo próbowałam oszukać. Nasz przyjaciel właśnie umiera na raka, a ja mówię, że będzie dobrze? Lecz się Amy.

-Ale Amy... Ja... Ja... Ja go potrzebuję! Bez niego nic już nie będzie miało sensu! - Plant zanosił się płaczem, a ja nie miałam pojęcia, co zrobić, żeby mu pomóc. Rozumiałam go. Tracił właśnie swoją najbliższą osobę... 

-Amy. Ja nie mogę myśleć teraz o sobie, to on umiera. Zrobię wszystko, żeby te trzy miesiące były najlepszym czasem w jego życiu. Obiecuję. - to co powiedział, było takie... urocze?

-Robert...

-Tak?

-Jesteś... kochany. - powiedziałam zawstydzona. No cóż, takie wyznania nie były do mnie podobne. Uśmiechnął się przez łzy i przykrył nas kołdrą. No i zasnęliśmy, oboje przytłoczeni tragedią Jimmiego.

piątek, 15 maja 2015

Rozdział 3

(nocą, z perspektywy Jackie)

-AAAAAAA!!!!

- Roger!! Chce spać! Złaź ze mnie!!

- Roger!? - głos na pewno nie należał do Rogera. Cholera. – To ty nie jesteś Rogerem? Kto jest w moim łóżku!!

- Jackie!! – wydarłam się.

- W tym wypadku, kto jest w łóżku Rogera??

- Roger!!

- Chyba mnie nie rozumiesz. TO jest łóżko Rogera. TY w nim leżysz. TY nie jesteś ROGEREM!!!

- Może po prostu zapal światło. – zaproponowałam.
Poczułam, że człowiek zszedł ze mnie i kilka sekund później oślepiło mnie światło. Zaczęłam mrugać. Po chwili zobaczyłam wysokiego, chudego bruneta patrzącego na mnie z przerażeniem.

- Spokojnie. – powiedziałam

- Co ty tu do cholery robisz?

- Miałam zapytać o to samo.

- Tak się składa, że tu mieszkam. Wróciłem do domu. Jak widzę, Taylor znowu leży w MOIM łóżku. Położyłem się do jego. A ty tam byłaś. – Popatrzył na mnie z wyrzutem w orzechowych oczach.

- To nie moja wina że tu jestem. Tylko jego – wycelowałam palcem w kokon z kołdry i Rogera.



Brunet podążył wzrokiem ze moim paluchem, po czym zrobił krok w kierunku Rogsa, złapał za książkę (Elementy Fizyki Kwantowej dla Zaawansowanych, kto to do chuja jednorożca czyta? ) i strzelił blondyna po głowie.




-AAAAAAA!!!




Roger podniósł, się z łóżka i zaczął się nam tępo przyglądać . W końcu wypalił.




- Bri, jak widzę poznałeś już Jackie. Wiesz, jestem zmęczony. Daj mi spać. Wszystko opowiem ci rano. Chyba, że znowu pójdziesz na zajęcia.

- Taylor… Leżysz w moim łóżku.

- I…

- Wyjdź z niego.

- Po co? - chciał wiedzieć Roggie.

- Bo ja też jestem zmęczony.

- To idź spać.

- Właśnie… Chciałbym!

- Nie wiem o co ci chodzi??

- Rogerze Meddows Taylor!! Ja chce iść spać, ale twoja osoba w moim łóżku uniemożliwia mi to!!!

- Przecież zmieścimy się razem. Nie wyrzucisz Jackie. To gość. – Tłumaczył się Roggie.

- Problem w tym, że Jackie to TWÓJ gość. Czemu to ja mam cierpieć. Zrób sobie gniazdo na podłodze. I oddaj mi moje łóżko.




Zrezygnowany Roger w końcu ustąpił Briemu. Położył się na podłodze, a dumny z siebie brunet wbił się w swoje łóżko.




***




Obudziły mnie wrzaski. Brian siedział na łóżku. Obok niego budził się Roger.




- Rogs, co ty tu robisz?

- Znów masz jakieś problemy. Grzecznie sobie śpie i tyle.

- Czy masz ze sobą jakiś problem?

- To ty masz większe problemy!

- Hej! Chłopcy! Spokój! – wrzasnęłam. Oboje popatrzyli się na mnie z zaskoczeniem, po czym Brian puścił dłonie, które zaciskał na szyi Rogera.

- Uhhmm… cześć Jackie?

- Roger, obiecałeś mi pomóc znaleźć Amy. Ubieram się i idziemy.



Dom wujka. Jak to się do cholery nazywało? Richmond upon Thames.



- Richmond upon Thames!! – wrzasnęłam. – Ona tam mieszka!

- To świetnie! Pojedź tam autobusem.

- Roger, nie mam pieniędzy i nie wiem jak.

- To mamy problem. Bo ja też nie wiem. Chwilaaaa…. Bribri! Gdzie to jest?




Brian rzucił na nas wściekłe spojrzenie z nad lektury. Czy on czyta te pierdy o kwantach? Podeszłam do łóżka Briana, zabrałam mu książkę i popatrzyłam na okładkę. Isaac Newton Philosophiae naturalis principia mathematica. Jeszcze lepiej.

- Oczywiście że wiem gdzie jest Richmond. W Richmond jest Hampton. Pochodzę z Hampton! – mówiąc to chłopak wyrwał mi książkę i wrócił do czytania. Ten człowiek może mnie zaprowadzić do Amy! Nie pozwolę mu tutaj siedzieć i czytać tego gówna z łacińskim tytułem, którego nawet nie umiem powiedzieć. Zabrałam mu tą cegłę i zwiałam na drugi koniec pokoju. Brian wyprostował się i wstał z łóżka. Dopiero teraz ogarnęłam, że wkurzyłam gościa, który ma nade mną jakieś dwadzieścia centymetrów przewagi. Położyłam się na ziemi i zaczęłam piszczeć.

-Nie bij, nie bij, nie bij…

Brian siadł obk mnie na podłodze.

- Ejj, chyba się mnie nie boisz. Jackie, uspokój się…

Podniosłam niebieskie oczy na sympatyczną buzię Briana. Chłopka zaczął nerwowo bawić się włosami.

- Wiesz, Jackie… ja bardzo chętnie pokażę ci gdzie jest Richmond, tylko wiesz… jest czwarta nad ranem…

Brian wyciągnął dłoń w moją stronę. Już miałam ją chwycić gdy rozległ się wrzask.

- Nic jej nie zrobisz, May!

Po chwili Brian był kompletnie mokry. Między nas wskoczył Roger z wiadrem, linijką i jeszcze jedną nudziarską książką Briana. Granice Nauki. Na Krishnę, on naprawdę czyta takie rzeczy!

Roger tłukł Briana po głowie linijką. Próbowałam go powstrzymać, ale on tylko wrzasnął „Jackie, nie lituj się nad nim! On chciał cię zabić, a ja na to nie pozwolę!!”

W końcu Roggie się uspokoił.

- To co? Jedziemy? – zapytał z miną podnieconego szczeniaka.

Brian złapał moją walizkę i udał się w kierunku drzwi. Poszłam za nim, a za nami poleciał Roger. Po chwili byliśmy na przystanku autobusowym. Brian rzucił okiem na rozkład jazdy.




- Ehh... Mamy problem. Autobusy ruszają za dwie godziny… - Przerwał zatrzymując wzrok na Rogerze. Ja też uważniej przyjrzałam się blondynowi. Miał na sobie błękitną piżamę i kapcie-króliczki.

- To co robimy? – spytałam.

- Jeśli koniecznie musisz być u swojego wujka już teraz, możemy pojechać rowerami.




Wróciliśmy pod blok i Brian otworzył jakąś budę. Ze środka wydobył dwa rowery. Jeden czarny i sportowy, a drugi był miętowo zieloną damką miejską. Acha. Czyli Roger nie jedzie, a Bri wykradł jakiejś sąsiadce rower dla mnie. Brunet zaczął montować moją walizkę na bagażniku damki, na co obruszył się Roger.




- Dlaczego ja mam wieźć walizkę, a ty Jackie? – zapytał. Chwilka, to zielone gówno to jego rower?

- Bo ty masz bagażnik, a ja nie – spokojnie powiedział Bri – w dodatku ja umiem jeździć. Jak rozwalisz walizkę będzie mniejsza strata, niż jak rozwalisz Jackie. I jestem pewien, że gdyby miała wybierać pojechałaby ze mną, prawda?




Nie chciałam być stronnicza, ale rzeczywiście czułabym się bezpieczniej z Brianem. Obrażony Roger wsiadł na swoją damkę, a Bri pomógł mi usiąść na ramie swojego roweru. Ruszyliśmy przodem, a za nami pedałował obrażony Roggie. Po kilku minutach zrozumiałam, dlaczego Brian nie pozwolił mi jechać ze swoim współlokatorem. Rogerowi udało się walnąć w hydrant, śmietnik, później na jego drodze stanęła skrzynka na listy, kot i starsza pani. Zaczęłam rozmowę z Brianem i po chwili wiedziałam, że studiuje jakieś astrofizyki. Chciałam być miła i zapytałam go o co w tym wszystkim chodzi. I to był błąd. Przez resztę drogi musiałam słuchać skąd się wzięła grawitacja i dokładnie na czym polega.




Brian zatrzymał swój rower nad rzeką, akurat gdy był w trakcie wygłaszania podstawowych zasad teorii superstrun. Po chwili w tył jego roweru wjechał Roger.

- Jesteśmy w Richmond – oznajmił. – Co dalej?

- Wujek mieszka w dużej willi z ogrodem. To jest całe osiedle dużych willi.

- Chyba wiem o czym mówisz – oświadczył Brian. Z powrotem posadził mnie na ramie i ruszyliśmy dalej. Brian zaczął niemożliwie długi monolog dotyczący algebry grassmanowskiej. Mrugałam oczami żeby nie zasnąć z nudów i nie spaść. Na szczęście osiedle willi nie było daleko. Mniej więcej kojarzyłam miejsca w których bawiłam się z Amy kiedy ostatni raz tu byłam. Zaczęłam całkiem pewnie pilotować Briana i po chwili dotarliśmy pod największy i najbardziej szpanerski dom. Zeskoczyłam z roweru i zobaczyłam jak Roger ładuje się w żywopłot przed domem. Bri gapił się na willę jak owca. Spokojnie podeszłam i zadzwoniłam do drzwi. Otworzyła mi jakaś służąca.

- Nazywam się Jacqueline Rihdes, przyszłam do wujka – powiedziałam. Kobieta skasowała mnie wzrokiem i ruszyła ogromnym hallem przed siebie. Stałam sama kilka minut, po czym wróciła.

- Pan zgadza się cię przyjąć. Jest w gabinecie.

Po wypowiedzeniu tych słów poszła przed siebie, a ja ruszyłam za nią. Otworzyła ciężkie, czarne drzwi, a ja przestąpiłam próg.

- Wujek!! – krzyknęłam.

- Jacqe – powiedział i przytulił mnie na powitanie – urosłaś! Co cię do mnie sprowadza. Widzę, że już nie wytrzymałaś z tym Robertem. Ja, szczerze mówiąc też go nie znoszę. Czemu moja córka związała się z takim pasożytem…

- Chwila, jaki Robert?

- Ten wysoki blondyn. Jej chłopak.

- Nie znam.

- Zerwała z nim! Boże jak się cieszę!

- Eeeh… głupia historia, ale nie mogę znaleźć Amy. Z tego co mówisz nie mieszka już u ciebie. Podasz mi jej adres?

- Nie znam jej adresu. Pojawia się co kilka tygodni, bierze kasę i wyjeżdża.

- Cholera. To ja chyba już pójdę. Na pewno uda mi się ją znaleźć.

- Jak następnym razem tu przyjdzie, to jej o tobie powiem.

- Dzięki za wszystko.

Wróciłam do chłopców. Brian był jakiś dziwnie zdenerwowany. Przecież to nie on jest bez pieniędzy w obcym kraju. Tylko ja.

- Co się dzieje, Bri? – zapytałam.

- J-ja po raz pierwszy w życiu spóźnię się n-na zajęcia. T-to niewybaczalne. Nienawidzę was. Miałem najlepszą frekwencję i… - w tym momencie Roger nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem. Brian popatrzył na niego z nienawiścią, po czym kopnął go w kolano. Roger zaczął zwijać się z bólu, a w tym czasie Brian wspiął się na śmietnik, usiadł, objął ramionami kolana i zanosząc się histerycznym płaczem zaczął kołysać się w przód i w tył. W tym czasie Roger miotał się po ziemi. Kurwa.

Podeszłam do śmietnika, i stuknęłam Briana w ramię. Chłopak podniósł na mnie zapłakane oczy.

- Bri, spokojnie… to to tylko zajęcia…

- Tylko zajęcia. Jacka, to są zajęcia z MATEMATYKI. Miało być tak pięknie. A tkwię tu z Taylorem, a on się ze mnie śmieje. Chcę zrobić doktorat z astrofizyki… Więc muszę iść na te zajęcia… Rozumiesz?

Biedny Bri. Podeszłam do Roggiego.

- Taylor, idę szukać Amy. Sama. Ty odprowadź Briana na zajęcia.

Roger wstał z ziemi. Wcisnął mi do ręki kilka monet. Popatrzył na mnie i rzucił mi się na szyję.

- Jackie, obiecaj mi że będziemy przyjaciółmi. Skontaktuj się ze mną. Obiecaj.

- Spokojnie Rogs. Przyjadę do ciebie gdy tylko zamieszkam u kuzynki.


***

Popatrzyłam znudzonym wzrokiem w niebo. Mam dość poszukiwań Roberta i Amy. Odwiedziłam już chyba wszystkie modne puby w centrum. Wszyscy znali Roberta, ale nikt nie wiedział gdzie on mieszka. Siadłam zrezygnowana na walizce. Nie wiedziałam co robić. Rozejrzałam się i mój wzrok zatrzymał się na małej pizzerii. Właściwie mam w kieszeni pieniądze od Rogera. Wstałam, podniosłam walizkę i pewnym krokiem ruszyłam do lokalu.

Dzwonek przy drzwiach zadzwonił.

W knajpce siedziała garstka seniorów nad pizzą i dyskutowali o czymś z wielkim zaangażowaniem. Nagle usłyszałam strzęp rozmowy z za zaplecza.


- Jimmy, przestań się obijać! Powinieneś być tu od dawna, robić ze mną nocą pizze.

- Virgin, zrozum. Impreza była udana.

- Tak Jim, ale musisz zrozumieć. Ciągle się spóźniasz, ja cię kryję, jak już się zjawisz to nic nie robisz. Zrozum. Yardbirds się rozpada. Już nie jesteś wielką gwiazdą. Musisz przyzwyczaić się do nowych reali. Teraz pracujesz jako sprzedawca pizzy. Będziesz robił pizzę do końca twojego zasranego życia. Więc zacznij od teraz!

- Vi, skarbie. Znamy się od dawna. Jak masz taki problem z tym, że ja nic nie robię, to weź sobie połowę mojej pensji… Robert robi świetne imprezki…

Chwilka. Czy on powiedział Robert? Wiem, w Londynie nie mieszka tylko jeden Rob, ale jest mała szansa, że to właśnie ten Robert. Pełna nadziei siadłam przy barku. Nie musiałam za dużo czekać, bo po chwili wyszedł z za zaplecza szczupły brunet. Popatrzyłam na niego zrezygnowanym wzrokiem, na co on uśmiechnął się, odsłaniając rząd równych, białych zębów.

- Co podać? – zapytał. „To Jimmy” pomyślałam. Wyciągnęłam z kieszeni kurtki wszystkie monety i położyłam na ladzie przed chłopakiem i pokazałam palcem na butelkę Danielsa . Brunet obdarzył mnie jeszcze szerszym uśmiechem. Odwrócił się na pięcie i chwycił za butelkę i dwie szklanki. Nalał mi do obu szklanek i usiadł za ladą naprzeciwko mnie. Wsadził palec do złotego płynu i zamieszał. Chwyciłam za moją szklankę i opróżniłam ją za jednym zamachem. Mój towarzysz popatrzył na mnie z aprobatą w zielonych oczach. Sięgnął po butelkę.

- Jimmy!!! – usłyszeliśmy z za ściany. Jimmy wypuścił z ręki butelkę z Danielsem i zanurkował pod ladą by ją złapać. Wskoczyłam na blat, jednak udało mi się stracić równowagę i wylądować na chłopaku, który właśnie wstał i odłożył butelkę na ladę. Zamknęłam oczy gotowa na upadek , jednak nic takiego nie nastąpiło. Otworzyłam niepewnie jedno oko i popatrzyłam na Jimmy’ego. Chłopak posadził mnie na blacie

- Eeeh… cześć? – wypaliłam. Jackie mistrzyni pierwszego dobrego wrażenia.

- Hej. Jestem Jimmy. A ty?

- Jackie. – Powiedziałam. Chłopak odgarnął z czoła czarne włosy.

- Miło cię poznać. Napijesz się jeszcze?

- Może zaraz.


Poszłam do małego stolika w kącie, usiadłam i wyciągnęłam z kieszeni zdjęcie Amy. Gapiłam się na nie gdy nagle koło mnie zmaterializował się Jimmy. Uśmiechał się jeszcze bardziej.

- A teraz się napijesz?

Wyciągnęłam portfel i pokazałam mu dolary.

- To nie jest żaden problem. Chcesz Danielsa?

- Zjadłabym coś.


Po kilku minutach brunet wrócił niosąc cudownie pachnącą, wielką pizzę. Postawił ja przede mną. Był na niej jakiś dziwny symbol… Zaraz pentagram? Z papryczek? Jimmy usiadł naprzeciwko mnie i wyciągnął sobie jeden kawałek.

- O, Amy. – stwierdził patrząc na zdjęcie leżące na blacie stołu.

- Znasz Roberta i Amy?

- Mhm.

- Jestem kuzynką Amy. Przyjechałam z Venice Beach do niej. Pewne hmmm…. Okoliczności sprawiły, że nie mogę się z nią skontaktować. Proszę…

- To ty jesteś tą zaginioną kuzynką na której powitalnej imprezie byłem dziś w nocy. Muszę ci powiedzieć, że było naprawdę ostro.

- Chwilka… wiesz gdzie oni mieszkają?

- Tak…

Podniosłam się z krzesła i chwyciłam walizkę. Byłam gotowa do wyjście. Jimmy obdarzył mnie leniwym spojrzeniem zielonych oczu, po czym chwycił kolejny kawałek pizzy i zaczął ją jeść.

- Jimmy… Proszę. Zostaw ta pizzę. Zaprowadź mnie do Roba i Amy.

- Dziewczyno, poczekaj. Ja się tam nie wybieram. To jest za daleko.

Debil. Opadłam na krzesło naprzeciwko jego i posyłałam mu nienawistne spojrzenia, jednak brunet zdawał się w ogóle mnie nie widzieć. Spokojnie kończył swoją zasraną pizzę w pentagramy. W końcu chłopak skupił na mnie uwagę. Gdyby spojrzenie mogło zabijać to już by nie żył. Ale nie, on ciągle miał ostro wywalone na to co robię z moją twarzą. Lekko się uśmiechnął.

- Eeeh… Jackie? Co robisz w życiu? – zapytał

- Nic.

- Taak? A ja jestem gwiazdą rocka! – oświadczył z szerokim uśmiechem.

- Ty? – popatrzyłam na niego. Luźna koszula, jeansy? – Nie. Nie wyglądasz.

- Jak to?

- Masz za miłą twarz. – oświadczyłam – Jesteś za milusi na to.

- Ale dlaczego – głos mu się załamał. Nie no! Trzeci zaryczany facet to nie to o co mi chodzi. Jimmy zacisnął palce na pizzy i sos pomidorowy zaczął spływać mu między palcami – A zresztą, ty nic nie wiesz! Jesteś dziewczyną. One się nie znają.

Pomyślałam o Morrisonie. On był gwiazdą rocka. I nie miał takiej sympatycznej buzi. Pomyślałam o Hendrixie, którego widziałam w Monetrey. Albo The Who. To były gwiazdy. Mieszkałam w Kalifornii. Miałam większy kontakt ze światem rock’n’rolla niż Jimmy tutaj.

Chłopak wstał i wyszedł z pizzerii. Był moim ostatnim punktem zaczepienia. Znał Roberta. Niewiele myśląc wstałam i ruszyłam za nim.

Jimmy ignorował mnie całą drogę. W końcu dotarł do zniszczonej kamienicy. Wszedł do środka, wiec poszłam za nim. Dostał się do mieszkania i szybko trzasnął drzwiami. Cholera. Zaczęłam tłuc pięściami w jego drzwi. Kompletnie nie reagował. W końcu się poddałam. Siadłam pod ścianą i ukryłam twarz w dłoniach. Cholera. Jeśli on stamtąd nie wyjdzie to chyba tu umrę.


***

Mocnej przykryłam się cieplutkim kocykiem. Zaraz… skąd ja mam kocyk?

Otworzyłam oczy. Byłam w jakimś małym, zagraconym pomieszczeniu. Nieee… ostatnie co pamiętam, to to, że leżałam na mojej walizce, przed mieszkaniem Jimmy’ego.

Zostałam uprowadzona! Próbowałam się podnieść, ale nogi zaplątały mi się w kocyk i wylądowałam na podłodze z głuchym uderzeniem. Niech żyje zgrabność! Nagle zza sterty ubrań, książek i winylów wyłoniła się głowa Jimmy’ego. Uśmiechnął się do mnie. Chyba już nie był zły. Usiłował dostać się do mnie najkrótszą drogą, bo wskoczył na kupę ubrań. Udało mu się potknąć na adapterze do płyt i chwilę później leżał na podłodze obok mnie.

- Co ja tu robię! – zapytałam.

- Noooo… zasnęłaś na podłodze pod drzwiami, więc się nad tobą zlitowałem.

Rozejrzałam się po mieszkaniu. Mój wzrok zatrzymał się na śmiesznej gitarze. Musiałam się wpatrywać w nią naprawdę intensywnie, ponieważ Jimmy również na nią popatrzył.

- To jest moja Dragon Tele. – oświadczył dumnie. Trochę jakby przedstawiał mi swoją dziewczynę.

- Dragon?! – popatrzyłam na śmieszne plamy na gitarze. Wygląda jakby ktoś coś na nią wylał. – To nie jest smok.

- Jak to nie jest smok?

- Smoki tak nie wyglądają!

Jimmy zmarszczył brwi.

- Nie znasz się.

- To jest twój argument na wszystko! Weź wymyśl coś nowego!

Chłopak popatrzył na mnie z nienawiścią. Leżeliśmy jakieś dwadzieścia centymetrów od siebie na podłodze, ale Jimmy był na tyle leniwy, że nie chciało mu się podnieść i strzelić focha jak należy. Odwrócił się i teraz leżał do mnie plecami. Serio, Jimmy?

Podniosłam się i złapałam za walizkę, a mój towarzysz siadł na podłodze i popatrzył na mnie zaćpanymi oczami.

Udałam się w stronę drzwi, po kilku sekundach wypadłam z kibla i przy akompaniamencie śmiechu Jimmy’ego poszłam w stronę właściwych drzwi wyjściowych.

Stanęłam na chodniku. Co teraz? Nagle z okna wysunęła się twarz tej sieroty.

- Jack, zaprowadzę cię do twojej kuzynki.

Jimmy opuścił swój dom przy pomocy okna. W ręku trzymał swoją nieszczęsną Tele. Poszedł przed siebie, a ja biegłam za nim. Po kilkdziesięciu minutach nie miałam siły. Siadłam na krawężniku.

- Heeej co z tobą?

- Nie mam siły. Czy ty musisz tak szybko chodzić?

Jimmy wzruszył ramionami.

- To blisko. Dasz radę.

Zrobiłam najsmutniejszą minę jaką umiałam. Chłopak popatrzył na mnie z litością. Zabrał moją walizkę i wziął mnie na ramiona.

Jechałam sobie na Jimmym, który zaczął opowiadać mi historię swojego niebywale nudnego życia. Musieliśmy wyglądać naprawdę śmiesznie, bo chłopak w jednej ręce miał walizkę, w drugiej gitarę, a na ramionach siedziałam mu ja. Nagle naszym oczom ukazał się wielki dom. To chyba tutaj. Nagle usłyszeliśmy dziki wrzask.

- Księżniczka Jimmy!! Księżniczka Percy do prawdy nie mogła się doczekać! Zamawiam tęczowego jednorożca i herbatkę dla jej wysokości JimJam!

Przed nami nagle ukazał się wysoki blondyn w koronie z berłem w ręku. Wbiegł w Jimmy’ego, który stracił równowagę i poleciał do tyłu. Wylądowałam na ziemi, na mnie leżał brunet, na którym uwalił się yyh… księżniczka Percy?

- Robert, ogarnij dupę! – usłyszeliśmy głos dziewczyny. – Mamy szukać Jackie, a nie bawić się w księżniczki! Złaź z Jimmy’ego!

- Eeeh… właściwie ja już znalazłem Jackie – jęknął Jimmy.

- Gdzie ona jest? – zapytała dziewczyna.

- Pod nami.

- Nagle zrobiło się o wiele lżej. Potem Jimmy wstał i podniósł mnie z ziemi.

- Jackie! - usłyszałam i po kilku sekundach moja kuzynka objęła mnie ramionami.

piątek, 8 maja 2015

Rozdział 2

(z perspektywy Jackie)

Obudziłam się z silnym bólem głowy.
Zaraz! Co ja do cholery robię w lesie! Dlaczego leżę w dole w ziemi?!

- Kurwa – wyrwało mi się.

Usłyszałam głośny wrzask. Zaraz. Co tu się do cholery jasnej wyprawia? Nagle usłyszałam rozmowę. Jakieś dwa metry nade mną. Na ziemi.

- Cholera, Deaky! To zombie! Obudziliśmy potwora! Ona nas zabije! Słyszałem… ona mówi!!!

- Spokojnie Roggie. Prawdopodobnie jest tak jak mówiłem. Po prostu jej nie zabiłeś. Tylko straciła przytomność. Ma szczęście, że się obudziła, bo mogłeś ją pochować żywcem!

- Jesteś pewien? To co my teraz zrobimy?

- Ty Roggie zrobisz. Ja się stąd zabieram.

- Nie zostawisz mnie samego z upiorną hippiską! Słyszysz John! John! Johnnie! Czekaj! Nie możesz sobie po prostu pojechać… - Głosy się oddalały.
Nagle usłyszałam silnik. Cholera. Czyli już pojechali. Podniosłam się w moim eehh… grobie? Trzeba przyznać, że wkopali mnie dość głęboko. Kurde! Sama się stąd nie wyciągnę. Wyciągnęłam rękę najwyżej jak tylko mogłam i końcami palców udało mi się dotknąć trawy. Nagle poczułam uścisk dłoni.

- Cholera, pomóż mi! – wrzasnęłam do tajemniczego nieznajomego.

- Naprawdę, czy ty musisz tyle ważyć – usłyszałam głos. Zaraz… to głos Roggiego. Tego gościa, który myśli że jestem zombiakiem. Wyobraziłam sobie psychola z kijem do basebolla, gotowego by przywalić mi w ryj i z powrotem wrócić mnie na drugą stronę.
Wyciągnęłam drugą dłoń do góry, a chłopak złapał mnie i nagle mocno szarpnął. Wylądowałam brzuchem na granicy dołu. Nagle spanikowałam, że znowu spadnę. Zaczęłam machać nogami w panice. Roggie złapał mnie za ramiona i jeszcze raz szarpnął. Byłam ocalona. Wtedy dopiero podniosłam wzrok na mojego mordercę-wybawcę. Wcale nie był wielkim łysolem w skórzanej kurtce. Przede mną siedział wystraszony, długowłosy blondyn o cudownych niebieskich oczach. Ubrany był w zwykły t-shirt, jeansy i skarpetki w różowe serduszka. Zaraz… po chuja mu te skarpetki. Gdzie on ma buty?? Rozejrzałam się i zobaczyłam moją kochaną walizkę. Obok niej leżały wrotki.

- Powiesz mi co tu robię? – zapytałam blondysia.

- Eeeh… głupio wyszło. Jeździłem sobie na wrotkach i nagle władowałaś mi się pod kółka. Próbowałem się pozbyć dowodów morderstwa, bo… bo… - Chłopak nie wytrzymał i wybuchnął płaczem. Przysunęłam się do niego.

- Nie płacz

- A-ale ja nie chce iść do więzienia. Chce żyć na wolności!

- Roggie…

- Zaraz… skąd znasz moje imię!?

- Słyszałam, jak ten drugi… eeh… Deaky? Tak do ciebie mówił.

- A ty jak się nazywasz? – Zapytał Roger ocierając łzy.

- Jackie.

- Właściwie, powinienem odprowadzić cię do domu…

- I tu mamy problem…

- Jesteś bezdomna?

- N-nie. Mam dom. W Venice Beach. W Kalifornii. Przyjechałam do kuzynki. – rozejrzałam się. Gdzie są Drzwi Percepcji? Trzymałam je w ręce, gdy Rogs na mnie wpadł. W środku był list. W liście numer telefonu. – Kurwa.

- Co się stało?

- Nie mam do niej numeru. Nie mam jej adresu… - Teraz to ja byłam bliska płaczu. Roggie objął mnie ramieniem.

- Znajdziemy twoją kuzynkę. Ja mieszkam w akademiku. Prześpisz się tam… Jest późno. Jutro się będziemy martwić…


Roggie podniósł się z ziemi. Podał mi dłoń i pomógł wstać. Podniósł z ziemi moją walizkę i ruszył pewnie przed siebie. Zbyt pewnie. Władował się do grobu, w którym ja tkwiłam jakieś pięć minut wcześniej. Cholera. Czemu zawsze na mojej drodze stają takie ofiary??


- Kurwa! Uratuj mnie!! – usłyszałam z dołu. Wyciągnęłam dłoń w kierunku Rogera. Nie miałam pojęcia jak go wyciągnę. Plusem było to, że blondyś był jakieś dziesięć centymetrów wyższy. Co w praktyce wcale nie ułatwiało mi zadania.


Rozejrzałam się w poszukiwaniu czegoś, co ułatwiłoby mi wyciągnięcie blondyna na powierzchnię. Nie wiem. Jakiejś drabiny, albo czegoś takiego. Jackie, ty idiotko! Jesteś w środku lasu! Tu nie ma drabin. Nagle pomyślałam o mojej walizce. Była w dole razem z Rogerem.


- Daj mi walizkę! – krzyknęłam.

- Zapomnij!

- Dlaczego?

- Bo sobie ją weźmiesz i sobie pójdziesz, a ja tu umrę!

- Nie! Potrzebuje jej, żeby cię wyciągnąć!


Klika sekund później z grobu wyleciała rozpędzona walizka i uderzyła mnie w bok. Pogrzebałam w niej chwilę. Nie ma liny. Ale za to są spodnie. Związałam ze sobą kilka par jeansów i przywiązałam do drzewa. Drugi koniec rzuciłam Rogerowi.
Po kilku próbach spanikowany Roger znalazł się na powierzchni. Piszcząc jak mordowana dziewica rzucił się do ucieczki. Kiedy znalazł się w bezpiecznej odległości od zagrażającego mu dołu (czytaj pięć metrów za krzakiem) uspokoił się i ruszył przed siebie. Jak schowałam moje spodnie do walizki i ruszyliśmy przed siebie.
Chłopak szedł lekko podskakując, a ja wlokłam się za nim. Zostawiliśmy w tyle grób, i po jakiejś minucie znaleźliśmy się na chodniku obok przystanku autobusowego.
Rozpoczęliśmy dyskusję i szybko dowiedziałam się, że mój towarzysz studiuje biologię, gra na perkusji. Całkiem ciekawie. Podjechał autobus. Roger zapłacił za mój bilet, po czym całą drogę nawijał o pierdołach.


(z perspektywy Amy)
Lucy poszła sprawdzić czy nasz dom przypadkiem nie spłonął, bo okazało się, że Robert zostawił w piekarniku swoje różowe ciasto. W tym samym czasie my zastanawialiśmy się gdzie może być Jackie. Poszukiwania postanowiliśmy rozpocząć na lotnisku.
Odwiedziliśmy już większość terminali, jednak nigdzie nie było ani śladu mojej kuzynki. Rozglądałam się dookoła, zaczynałam się coraz bardziej martwić. Robert chyba był na mnie zły. Trudno... No ale w zasadzie to mu się nie dziwię. Nawet on nie zapomniałby o czymś takim. Miałam straszne wyrzuty sumienia. Moment... Amy, Ty masz sumienie?
Nagle zauważyłam leżącą na ziemi książkę. Podeszłam do niej i spojżałam na okładkę "Drzwi percepcji". Już chciałam ją podnieść i wyciągnęłam po nią rękę, jednak ktoś mnie uprzedził. Spojżałam do góry. Stał przede mną długowłosy szatyn.

-Hej, jestem John. To Twoja książka? - zapytał

-Nie... Ale szukam tutaj mojej kuzynki, no i może to jest jakaś... em... wskazówka? - John podał mi książkę. Po chwili wypadł z niej list. List ode mnie! Cholera...

-Czekaj, czekaj... Widziałem dzisiaj taką jedną dziewczynę - spojżałam na Johna oczami pełnymi nadziei

-Tak? Tu? Kiedy? Gdzie teraz jest? Co się z nią stało? - miałam nadzieję, że to Jackie

-Mój przyjaciel przejechał ją na rolkach... I myślał, że nie żyje. Chciał ją pochować w lesie, wykopał nawet grób, ale zanim go zasypał ona się obudziła. Ale Roger to kompletny idiota, więc bardzo prawdopodobne, że ją tam zostawił.

-ROOOOBEEEERT! Jedziemy do lasu!


(z perspektywy Jackie)


Dotarliśmy do obskurnego bloku. Gorszy niż hotel w Nowym Meksyku w którym kiedyś zatrzymaliśmy się z Jimem. Pojechaliśmy windą na górę. Roger otworzył drzwi do mieszkania. Dwa łóżka. Szafa. Coś co przypomina kuchnię. Rozglądając się po mieszkaniu wpadłam w gitarę.


- Cholera. Roggie! Chyba zabiłam twoją gitarę!

- Nieeeee!!! Bri mnie zabije! Właściwie już mogę skoczyć z okna!! Nikt mnie nie kocha!!


Tyle wrzasku o jedną gitarkę. Przyjrzałam się lepiej mojej czerwonej ofierze. Nigdy takiej nie widziałam . Nie miała też nazwy firmy. Co to jest?? Z zamyślenia wyrwał mnie trzask. Roger leżał na podłodze, w ręku trzymając metalowy przedmiot. Powiodłam oczami do góry. Okno. Czyli to co Rogs trzymał w dłoni to była klamka. Zaraz… ten debil naprawdę chciał skoczyć z okna bo weszłam w jego gitarę? Chwila, jeśli dobrze pamiętam do mieszkania szliśmy schodami w dół. To znaczy, że Roger jest tak głupi, że usiłował rzucić się z okna sutereny?
Roger ostrożnie chwycił gitarę do ręki i obejrzał straty. Na nasze szczęście chyba nic jej nie było. Ja podeszłam do tego zaścielonego i czystego łóżka i położyłam na nim walizkę. Jednak mojemu blond przyjacielowi znowu coś się nie spodobało, bo szybko ściągnął ją i rzucił w kierunku drugiego.

- Ty śpisz tutaj – warknął na mnie. 
Ok. Jestem zmęczona, nie planuje się z nim kłócić. Nie teraz. Wskoczyłam w śmierdzącą pościel. Dotknęłam stopą czegoś zimnego i obleśnego. Zmusiło mnie to do wyskoczenia z łóżka z głośnym wrzaskiem. Spojrzałam na moją nogę i zamarłam ze strachu. Była cała w krwi i… pieczarkach?? Polizałam czerwonej mazi. To smakowało jak pomidorki. Popatrzyłam na Rogera. Wyciągnął z mojego łóżka kilka, starych spleśniałych kawałków pizzy i rzucił nimi w ścianę za sobą. Popatrzył na mnie z rozbawieniem w oczach, po czym zaczął przeszukiwać pościel i wyjmować z niej więcej prowiantu, który cały poszedł w ślady pizzy.
Po zakończonej operacji Roger zgasił światło, a ja wróciłam do mojego spleśniałego gniazdka. Nie potrzebowałam zbyt dużo czasu, by zasnąć.


(z perspektywy Amy)


Dochodziła ósma. Właśnie weszliśmy do lasu. Byłam mocno zaniepokojona, nie wiedziałam co tam zastaniemy. Jeżeli Jackie leży teraz pod ziemią, to wolę nie wiedzieć, jak bardzo mam przesrane.
John był dosyć ogarniętą osobą, nie to co ja i Robert, więc bez problemu odnalazł miejsce rzekomego pochówku mojej kuzynki. 

Tak sobie teraz myślę, że Robert powinien mieć takiego przyjaciela jak John. Inteligentny, sensowny, może trochę nieśmiały, ale to w niczym nie przeszkadza. Może Robert trochę by przy nim zmądrzał? Nie, raczej nie... Ja przyjaźnię się z Lucy, ale chyba wciąż jestem tak bardzo nieogarnięta jak wcześniej. No tak, ale Lucy pamięta o tych wszystkich ważnych rzeczach, o których ja zawsze zapominam... Robert zdecydowania potrzebuje kogoś takiego.

Moje przemyślenia zostały przerwane.

-To tu! - krzyknął po chwili John

Spożałam w miejsce, które wskazywał. Była to dość głęboka dziura w ziemi, jednak nikogo w niej nie było. Z jednej strony, cieszyłam się, że Jackie żyje, ale z drugiej strony... gdzie ona do cholery może być? Moje przemyślenia przerwał Robert

-Nie martw się Amy... Na pewno nic jej nie jest. Pójdziemy teraz do domu, na pewno zadzwoni, albo po prostu przyjedzie... Wszystko będzie dobrze. - powiedział, po czym po prostu mnie przytulił
Takiego go właśnie kochałam.


*godzinę później*


Mimo wszystko, bardzo się przejmowałam całą tą sytuacją. Chciałam spokojnie iść spać, jednak kiedy otworzyłam drzwi od naszego domu okazało się, że właśnie zaczyna się w nim całkiem niezła impreza. Zerknęłam pytająco na Roberta

-No, chciałem to zrobić na cześć Jackie... Ale skoro jej nie ma, chyba powinienem to wszystko odwołać...

-Co ty, Robert! Jak już to wszystko zorganizwałeś to... korzytajmy! -zawołałam i pobiegłam do środka, całkowicie zapominając o Jackie

wtorek, 28 kwietnia 2015

Rozdział 1

(oczami Jackie)

Stałam na lotnisku w Los Angeles czekając na mój samolot. Kto przy zdrowych zmysłach opuszcza Kalifornię i udaje się na całe lato do deszczowego Londynu? Chyba tylko ja. To nie jest moja pierwsza podróż. Urodziłam się i wychowałam w Indianie. Mój ojciec ma tam farmę. Ja jednak potrzebowałam czegoś więcej niż uprawianie kukurydzy i zaganianie bydła. Miałam 15 lat gdy na dobre opuściłam farmę. Ostatnie dwa lata spędziłam głównie w Venice Beach i Sacramento. Ten hippisowski klimat stanowi kwintesencje mojego życia. Dlatego tym bardziej nie rozumiałam samej siebie gdy przyszło do mnie zaproszenie od mojej Londyńskiej kuzynki Amy, a ja się zgodziłam. Popatrzyłam na zdjęcie, które przyszło do mnie wraz z zaproszeniem. Spoglądała z niego pewnym wzrokiem latynoska piękność. Trudno było mi sobie wyobrazić, że łączy mnie z nią cokolwiek. Ja z moją jasną karnacją, niebieskimi oczami i brązowymi włosami nie przypominałam ciemnej Amy. Jeśli dobrze się orientuje jej matka jest hiszpanką.

Z rozmyślań wyrwał mnie głęboki głos.

-Jackie, ty tutaj?! – odwróciłam się i zatonęłam w objęciach tego szalonego rebelianta Jima. Teraz, gdy Jim jest gwiazdą nie widujemy się za często, ale dawne eksperymenty z kwasem wystarczająco zbliżyły nas do siebie. – Jackass, gdzie ty się wybierasz?

- Londyn.

- Chwila… Ile tam zostajesz? Wiesz, Doorsi mają trasę, i za jakieś kilka tygodni tam będziemy.

- Zostaję na całe lato…

- To zajebiście! – Jim nie dał mi skończyć – będziemy brać herę i wspominać dawne czasy.

Po tym wyznaniu Jimbo wykonał szybki zwrot i kilka sekund później zniknął mi z oczu. Podniosłam z ziemi wytartą skórzaną walizkę, towarzyszącą mi już kilka lat. Drugą ręką poprawiłam opaskę na czole i stukając kowbojkami poszłam w kierunku bramek.

Samolot.
Wyciągnęłam z torby Drzwi Percepcji, Aldousa Huxleya. Miejsce, w którym skończyłam czytać założyłam listem od Amy. Po raz kolejny powiodłam wzrokiem po równych, okrągłych literach:


Jackie!

Tu Amy. Twoja kuzynka. Dawno się nie widziałyśmy. Z pięć lat na pewno. Byłaś u nas w Londynie. Było naprawdę fajnie. Chcę cię zaprosić do Londynu na całe wakacje. Pójdziemy na koncert Stonesów, może uda nam dostać się też na Beatlesów. Poznasz super ludzi i pokarzę ci naprawdę zajebiste kluby.

Zadzwoń,

Amy



Pomyślałam, o tym, że za jakieś 10 godzin ją zobaczę.




(z perspektywy Amy)

Usłyszałam niesamowicie głośny hałas i otworzyłam oczy. Czy nawet w sobotę nie mogę się wyspać? Jęknęłam i podniosłam się z łóżka po czym spojżałam na zegar wiszący na ścianie. Wskazywał godzinę szóstą. Po raz kolejny doszłam do wniosku, że Robert jest upośledzony. Słychać było, jak biega po całym domu i co chwilę o coś się potyka. Wolałam nie sprawdzać, co właściwie robił... Przykryłam głowę poduszką i miałam nadzieję, że uda mi się jeszcze zasnąć. Jednak dźwięki wydawane przez mojego cudownego współlokatora skutecznie mi to uniemożliwiały. Właściwie to nie jestem pewna, czy ja i Robert jesteśmy razem. Nasza relacja jest dosyć... skomplikowana. Westchnęłam, usiadłam, po czym zeskoczyłam na podłogę. Cóż, Robert był naprawdę cudowny i troszczył się o mnie, jednak czasami... Uhm, każdy ma jakieś wady.

Ubrałam się i postanowiłam, że na razie nie będę wchodzić mu w drogę. Opuściłam nasz dom przez okno, no bo właściwie to dlaczego by nie?

Nie za bardzo wiedziałam co mogę zrobić ze sobą kilka minut po szóstej... Postanowiłam się przejść. Spacerując o poranku ulicami Londynu można dostrzec wiele ciekawych... osobowości? Po raz kolejny uświadomiłam sobie, jak bardzo ludzie się różnią. Zatrzymałam się pod sklepem muzycznym. Wprawdzie był jeszcze zamknięty, ale wystawę zawsze można pooglądać. Muszę zacząć zastanawiać się nad prezentem urodzinowym dla Roberta...

Minęło mnie kilka osób. Jakaś kobieta, elegancko ubrana sprawiała wrażenie, że właśnie spóźnia się do pracy. Spojżała na mnie z pogardą. Miała jakiś problem? Chwilę później usłyszałam... hmmm, myślę, że wycie, to najdelikatniejsze określenie dźwięku docierającego wtedy do moich uszu. Czyżby nasi znajomi wracali z imprezy? Odwróciłam się i zauważyłam podtrzymujących się Jimmiego i Tima, a obok nich szła moja względnie trzeźwa przyjaciółka, Lucy. Nie zauważyli mnie od razu, więc przez chwilę przyglądałam się ich próbom pokonania drogi z baru do mieszkania któregoś z nich. Lucy wyglądała na wściekłą i bynajmniej nie zamierzała im pomóc. Kiedy po raz kolejny Tim upadł na Jimmiego, nie mogłam się powstrzymać i wybuchnęłam śmiechem. Lucy szybko mnie zauważyła, podbiegła i zaczęła relacjonować wydarzenia ostatniej nocy.

-Kurwa, Amy, oni są chorzy! Poznałam całkiem niezłego gościa, chcieliśmy wyjść i gdzieś się przejść, a tu przed nami wyrastają oni! I twierdzą, że nigdzie mnie nie puszczą. Facet przyjrzał się im ze zdziwieniem, i spróbowaliśmy ich wyminąć, jednak oni stanęli w drzwiach i zaczęli się lizać po czym powiedzieli, że jestem ich córką i żeby spierdalał. Co z nimi jest nie tak? - bardzo starałam się opanować śmiech, jednak wyobraziłam sobie moich przyjaciół w tej dość dwuznacznej sytuacji. Po chwili tarzałam się po ziemi, nie mogąc się opanować. Przechodnie patrzyli na mnie ze zdziwieniem, natomiast Lucy wyglądała jakby chciała mnie zabić. Po 15 minutach się trochę uspokoiłam, wstałam z chodnika i otrzepałam swoje dżinsy. 

Spojrzałam na przyjaciółkę.
Tim od zawsze zarywał do Lucy, mimo to, że ona nigdy nie wykazywała nim zainteresowania. Obrał sobie nową taktykę - skoro dziewczyna nie zamierza umówić się z nim to nie umówi się z nikim. Więc uznałam, że w najlepszym tonie będzie zabrać moją przyjaciółkę z tego towarzystwa i iść się napić.



(z perspektywy Roberta)

Biegałem po całym domu, starając się nie obudzić Amy. Dzisiaj ma przyjechać Jackie, ta jej kuzynka, więc postanowiłem przygotować imprezę powitalną. Najpierw chciałem ogarnąć ten cały syf. Znalazłem jakiś worek na śmieci i wrzuciłem do niego... większość rzeczy z podłogi. No cóż, trochę się tego nazbierało, nie mam pojęcia kiedy ostatnio sprzątaliśmy. Amy twierdzi, że ma to w dupie. Tak, łatwo jej mówić, jak praktycznie cały dzień nie ma jej w domu. Albo wychodzi gdzieś z Lucy, albo siedzi w tej stajni. Kiedyś próbowała mnie namówić, żebym wsiadł na konia... Ale nie ma szans, za cholerę mnie do tego nie zmusi. Mam nadzieję, że nie myśli teraz, że jestem jakiś taki mało męski, bo boję się koni... Mam nadzieję, że o tym nie wie. Kurwa, a jak wie? Może powinienem spróbować? Nie, ośmieszę się. A może Lucy by mi pomogła? Ona też jeździ całkiem nieźle... Muszę jakoś zaimponować Amy, mam wrażenie, jakby ona wogóle nie wiedziała, że jestem facetem. Co jest ze mną nie tak?

Odrzuciłem moje rozmyślania gdzieś na bok i wróciłem do sprzątania. Po dwóch godzinach nasz dom wyglądał w miarę normalnie. Byłem z siebie zadowolony. Postanowiłem wszystko udekorować, wcześniej poczyniłem już odpowiednie zakupy. Miałem mnóstwo różowych serpentyn, balonów i wogóle wszystkiego. Różowy to taki piękny kolor. Amy nigdy tego nie zrozumie, a szkoda... Moją prawdziwą bratnią duszą jest Jimmy. Tak samo jak ja, uwielbia wszelkie odcienie różu. Czasami nawet urządzamy sobie razem różowe przyjęcia... Tak się cieszę, że go mam.

Eh. Za dużo myślę. Jest już tak późno, a ja jeszcze nie zabrałem się za robienie ciasta... Muszę się pośpieszyć, jeżeli chcę z wszystkim zdążyć!

Otworzyłem kuchenną szafkę i zacząłem wyciągać z niej wszystkie składniki potrzebne do mojego różowego tortu. Dwie szklanki proszku do pieczenia wystarczą, prawda?



(z perspektywy Jackie)

Heathrow.

Lekko się podniosłam i strzepałam kurz z krótkiej, biało-czerwonej sukienki i poprawiłam kilka naszyjników. Chwyciłam za walizkę i ruszyłam w stronę wyjścia. Boże, jak zimno. Odruchowo przejechałam dłońmi po kusej, jeansowej kurteczce i poczłapałam w stronę terminala. Wodziłam wzrokiem po zgromadzonych, czekających na swoich ludzi. Nigdzie jednak nie widziałam Amy. Kurwa. Może jednak gdzieś tu stoi i czeka. Podeszłam do ściany i się oparłam. Jednak kolejne minuty utwierdzały mnie w przekonaniu, że kuzynka jednak nie przyjdzie. Cholera. Podeszłam do budki telefonicznej i wyciągnęłam dolara. Jackie! To nie USA! Potrzebowałam funtów. Nigdzie nie zadzwonię. No lepiej być nie mogło. Zawsze, gdy podróżowałam po Ameryce miałam przynajmniej czym zapłacić.


Musiałam się skoncentrować.

Najpierw muszę znaleźć kogoś kto wymieni pieniądze.

Później skontaktuje się z Amy. Jak nie odbierze pójdę do domu wujka. Myślę, że ciągle tam mieszka. A jak nie, to jej ojciec na pewno zna adres. Mój zawsze wiedział mniej więcej gdzie mieszkam. Dlatego mógł mi przekazać list od Amy. Schowałam zdjęcie kuzynki do kieszeni.

Zdecydowanym ruchem lewej podniosłam walizkę, w prawą wzięłam Huxley’a i ruszyłam w stronę wyjścia.

Stanęłam na ulicy i rozejrzałam się, by zorientować się w którym kierunku mam iść.

Uderzenie.





(z perspektywy Amy)

Po kilku godzinach spędzonych na rozmowie przy Danielsie doszłyśmy do wniosku, że pasowałoby coś zjeść.

-Może pójdziemy do Ciebie? - zapytała Lucy 

-No, całkiem możliwe, że Robert coś przygotował - zastanowiłam się. To on zazwyczaj zajmował się gotowaniem w tym domu. Ja potrafiłam jedynie zagotować wodę na herbatę... -A może do Ciebie? David jest w domu?

-Nie, znowu pewnie gdzieś się włóczy. Pozatym nie ryzykowałabym własnego życia jedząc obiad autorstwa mojego głupiego brata.

-Wiesz co? Chodźmy na pizzę - zaproponowałam

-Ok, ciekawe, czy Jimmy wyleczył już kaca - uśmiechnęła się złośliwie. Cóż, nie dziwię się, też bym na jej miejscu była wściekła.

Po kwadransie byłyśmy już w pizzerii w której pracował nasz przyjaciel. Usiadłyśmy przy stoliku, czekając na obsługę. Jednak ku naszemu rozczarowaniu - zamiast skacowanego Jimmiego pojawiła się Virgin. Nie jestem do końca pewna kim ona jest - kuzynką, dziewczyną, siostrą czy dziwką Jimmiego. Nie grzeszyła urodą ani inteligencją, ale w zasadzie nic do niej nie miałyśmy.

-Co podać? - zapytała z uśmiechem

-A co macie w promocji? - zapytałam zaglądając do portfela. Hmmm... chyba trzeba będzie za jakiś czas odwiedzić tatusia...



*Dwie godziny później*

Po obiedzie (na koszt firmy...) postanowiłyśmy iść do Lucy. Wciąż byłam zła na Roberta za tą niemiłą pobudkę. Nic o tym nie wiedział, no ale co z tego?

Byłyśmy już prawie na miejscu, kiedy nagle usłyszałam jak ktoś woła moje imię

-Amyyyyy!!!

Odwróciłam się zdziwiona i zobaczyłam Roba biegnącego w moją stronę. Wyglądał na naprawdę przejętego. Miał we włosach... różowy lukier?!

-Co? - zapytałam oszołomiona

-Gdzie jest Jackie? Miałaś ją dzisiaj odebrać z lotniska!

-Kurwa...