niedziela, 26 czerwca 2016

Rozdział 21

(z perspektywy Amy)
Po cichu wyszłam z mojej sypialni i skierowałam się do salonu. Musiałam jak najszybciej znaleźć Davida. Moje przypuszczenia były słuszne - spał na kanapie. Potrząsnęłam jego ramieniem, żeby się obudził. Podskoczył przerażony i zaczął się we mnie wpatrywać. Norma.
-David, jesteś mi potrzebny. Zawieziesz mnie do szpitala?
-Umierasz? - zapytał. Zauważyłam łzy zbierające się w jego oczach
-Nie. Muszą zdjąć mi gips. - odpowiedziałam spokojnie. David powoli pokiwał głową. Chyba zrozumiał. -No to jedziemy?
-Tak, chodź.
Nie uważałam jazdy samochodem z Davidem za zbyt dobry pomysł, jednak nie miałam wyjścia. Gdybym wzięła Roberta, Lucy, Briana, Jackie czy kogokolwiek innego, wiedzieliby, że nie mogę wsiadać na konia jeszcze przez jakiś czas. Byłam pewna, że właśnie to usłyszę od lekarza. David nawet nie zarejestruje tej informacji, żyje w swoim własnym świecie.
Wsiedliśmy do auta.
-Nie pojedziemy. Nie działa - stwierdził zmartwiony chłopak
-Włóż kluczyki do stacyjki - poradziłam - Ty masz wogóle prawo jazdy?
-Nie, ale nie martw się, potrafię jeździć.
Niepewnie pokiwałam głową. Amy, w co ty się wpakowałaś?
David wcisnął pedał gazu i samochód skoczył do przodu. Po kilku sekundach osiągnął prędkość 80 hm/h. Auto strasznie się trzęsło i harczało.
-Amy co się dzieje? - spytał mój prestraszony przyjaciel
-Masz zaciągnięty hamulec ręczny. I musisz zmienić bieg. - David włączył wsteczny. Rzuciło nas do tyłu i walnęliśmy w śmietnik.
-Wrzuć dwójkę. I jedź wolniej - starałam się, aby mój głos brzmiał spokojnie. Byłam przerażona. Czy on kiedykolwiek siedział za kółkiem? Teraz przynajmniej mogłam mieć pewność, że na pewno w jakiś sposób dostaniemy się do tego szpitala. Jednak miałam nadzieję, że to Davie nas tam dowiezie, a nie karetka.
Chłopak ruszył powoli jednak po chwili znowu rozwinął ogromną prędkość.
-Zwolnij - nie posłuchał, ciągle przyspieszał. Cudem wyrobił się na zakręcie, prawie walnęliśmy w drzewo. - Przynajmniej zmień bieg - jęknęłam błagalnie. - Davie, wciśnij sprzęgło - postanowiłam sama przerzucić bieg, jednak ten idiota wcisnął hamulec.
Auto gwałtownie się zatrzymało.
-Kurwa mać, chcesz nas zabić?! - wrzasnęłam na niego
-O co Ci chodzi? Jesteśmy na miejscu.
Taaak, co z tego, że stoimy na środku ulicy jakieś 500 metrów od szpitala?
Wyszliśmy z samochodu. Nigdy więcej jazdy autem z bratem Lucy. Poszliśmy w stronę budynku.
Wciąż nie mogłam uwierzyć w to, że przeżyłam jazdę z Davidem. Wiedziałam jednak, że trzeba będzie zorganizować jakiś normalny transport z powrotem. Stwierdziłam, że potem coś wymyślę.
David stwierdził, że wróci do domu i przyjedzie później. Miałam nadzieję, że o mnie zapomni. Wolałabym wrócić w jednym kawałku.


(z perspektywy Briana)
Postanowiłem odwiedzić Amy i przy okazji dowiedzieć się, jak tam Jimmy. Dosyć szybko pokonałem drogę z akademika na rowerze. Gdy byłem na miejscu, po prostu wszedłem przez wiecznie otwarte drzwi. Zastałem panikującego Roberta, zdenerwowanego Jimmiego siedzącego na kanapie i faceta z nieco nieobecnym spojrzeniem.
-Kurwa, David, dopiero teraz nam to mówisz? Musimy jechać!
-Co się stało? - zapytałem zdziwiony panującym tam zamieszaniem
-Brian, możesz prowadzić? Amy jest w szpitalu!
Przerażony pokiwałem głową i pobiegłem w stronę auta z kluczykami, które rzucił mi Robert. Szybko zająłem miejsce kierowcy, po chwili Robert i Jimmy wpakowali się na tylne siedzenie (właściwie to brunet został tam wniesiony przez blondyna). Kiedy drzwi się zamknęły ruszyłem z piskiem opon.
-Co jej się stało? - zapytałem przestraszony
-Nie wiem, ale kiedy pytałem Davida, gdzie jest, powiedział, że w szpitalu. To wszystko moja wina - jęknął
-Dlaczego? - nie zrozumiałem, o co mu chodziło. Wtedy Robert opowiedział mi o wydarzeniach zprzed miesiąca. Sam nie wiedziałem co mam o tym myśleć. Dojechaliśmy pod budynek szpitala. Wyskoczyłem z auta i wbiegłem do środka, za mną Robert z Jimmym na rękach.
-Jimmy, idź i dowiedz się co z Amy. - poleciłem
-Dlaczego ja?
-Jesteś jej bratem, to Ci powiedzą. No idź. - pospieszyłem go
-Em... Brian, oni nie są rodzeństwem - powiedział blondyn
-Ale.. jak to? Przecież... - byłem w szoku. Dlaczego Amy mnie okłamywała? O co tu chodzi? Zdenerwowany usiadłem na krześle na korytarzu. Z jednej strony bardzo się o nią martwiłem, a z drugiej byłem wściekły.
-Am! Am! Co się stało? - usłyszałem krzyki Jimmiego. Podniosłem wzrok i zauważyłem moją dziewczynę. Nie miała gipsu a w ręce trzymała jakąś kopertę.
-Nic? - popatrzyła na niego zaskoczona
-David mówił, że jesteś w szpitalu!
-No, jestem. Mieli mi dzisiaj ściągać gips, oczywiście nie pamiętasz...
-A co jest w tej kopercie? - zapytał Robert
-Akt zgonu. - odparła sarkastycznie - O, cześć Brian! - ucieszyła się na mój widok. Spojrzałem na nią smutnym wzrokiem, po czym wstałem i ruszyłem w kierunku wyjścia. Dziewczyna chyba chciała za mną pobiec, ale nie była w stanie nawet normalnie iść, więc od razu wylądowała na podłodze. Chciałem podejść i pomóc jej wstać, jednak zanim się zorientowałem, zrobił to Jimmy. Wściekły odwróciłem się i wyszedłem przed szpital. W czym on jest ode mnie lepszy?
Po chwili usłyszałem głos Amy
-Bri, o co chodzi? - popatrzyłem na nią. Wyglądała na zaskoczoną moim zachowaniem.
-O Jimmiego. - odparłem
-Co? - chyba wciąż nie rozumiała
-Okłamywałaś mnie. Wcale nie jesteście rodzeństwem. Mówiłaś, że to twój brat.
-James JEST moim bratem. - powiedziała dobitnie
-Am, wiem, jaka jest prawda. Robert mi powiedział. - dziewczyna popatrzyła na mnie z pogardą. Teraz to ja nie wiedziałam o co chodzi.
-Nie rozumiesz. Nie nosimy tego samego nazwiska i nie jesteśmy ze sobą spokrewnieni, ale znamy się od kiedy pamiętam. Uważam go za swojego brata, jest tak naprawdę moją jedyną rodziną. Mój ojciec ma mnie głęboko w dupie. Nic nie czuję do Jimmiego, jesli o to Ci chodzi. - uśmiechnęła się - n i zastanów się, czy zarywałby do Jackie, gdyby była jego kuzynką?
-Masz rację... Cholera, jestem idiotą. Przepraszam. Wybaczy... - nie zdążyłem dokończyć, bo dziewczyna wspięła się na palce i wpiła się w moje usta. Odwzajemniłem pocałunek, po czym wziąłem Am na ręce i zaniosłem ją do samochodu. Hmm... Robert i Jimmy będą musieli sobie jakoś poradzić.

(oczami Davida)
Wszedłem pod kanapę w poszukiwaniu rzeczy niezjedzonych przez Jimmiego. ale wszystkie ukryte talerze zniknęły.
- Staffell. – syknąłem przez zęby. To było oczywiste, kto zjadł wszystkie ukryte przez Jimmiego posiłki. A dzisiaj dostawał żeberka. To niesprawiedliwe. James mógł jeść żeberka co pół godziny, a ja nic nie dostanę. Dupa. A jeszcze Roberta nie było. A to tylko on mógł zrobić jedzenie. Ale nie. Akurat dziś Robert stwierdził, że Jimmy nie może leżeć w domu i trzeba wyprowadzić go na spacer. Ale Jimmy umiera, więc nie może sam iść. W dodatku zostałem wykorzystany. Musiałem przygotować taczki na Jimmiego, a w nagrodę nie dostałem jedzonka. To było podłe. A jeszcze podlejsze było, że cały ryż który Robert ugotował pojechał w taczce z Jimmym. Eeh… chyba tu umrę. I to wszystko ich wina. Potem pozwę ich za dużo pieniędzy.
Nagle coś odwróciło moją uwagę. Ktoś wszedł. Istnieje drobna szansa, że to ktoś gotujący. Więc pobiegłem jęczeć o jedzenie. Ale musiałem się zatrzymać, bo w drzwiach stał ojciec Amy. Chwilę się zastanawiałem, czy uciekać, ale głód był silniejszy. Ale właściwie, to ja jestem dorosły. Czyli powinienem mówić mu po imieniu. Ale za cholerę nie mogłem sobie przypomnieć jego imienia. Ale da się wykombinować. Jest bogaty. Czyli jest ze szlachty. Czyli noś szlacheckie imię. Takie jak…
- Alfons!! Kopę lat! – wrzasnąłem i poklepałem go po plecach. Podniósł wzrok. To znaczy, że ma na imię Alfons. David Holmes, detektyw do wynajęcia.
- Eeh…
- Mogę mówić na ciebie Alfi? Czy może Fonsiu odpowiada ci bardziej? – zapytałem.
- Czego ty do cholery chcesz?
Dobra Davie. Teraz albo nigdy.
- Jedzenia. – przyznałem.
- To sobie zrób. – odpowiedział. Czy on myśli, że gdybym umiał to bym prosił?
- Ty mi zrobisz. – nie wyglądał na przekonanego – a ja ci za to sprzedam informacje.
- Ja tylko przyszedłem sprawdzić co robi Amy…
- To źle przyszedłeś. Nie ma jej.
- Ale miała się uczyć. Co robi i gdzie jest?
- Sorry, bez jedzenia nie mam siły sobie przypomnieć.
Alfons dał za wygraną i poszedł do kuchni. zobaczyłem, że otworzył słoik z fasolką i wsadził to do garnka, po czym postawił na ogniu. Będzie jedzonko.
- No to teraz słucham. Co robi moja córka.
- Nie wiem.
- A gdzie jest?
- Nie wiem.
- Eh… a Robert jest w domu?
- Nie.
- A Amy się uczy?
- Nie. Opiekuje się Jimmym, bo on i tak zaraz umrze. No i Jackie, bo ona ma depresje i może od tego umrzeć. – szybko usiłowałem ją usprawiedliwić. Nie powiem, że romansuje z dziwnym kujonem. Nie będę jej wkopywać do reszty.
- Jak to mogą umrzeć? – skutecznie udało mi się odwrócić uwagę od tego nic nie robiącego leniwca.
- No na śmierć.
- Co ty kombinujesz?
- Jedzenie – powiedziałem. Fonsiu przełożył mi fasolkę do miski. Zacząłem jeść. Mój przyjaciel chyba już nie miał do mnie żadnych pytań. Właściwie to on już zaczął się zbierać do wychodzenia. Gdy wrócił Robert. Z pustką taczką. Wbiegł do domu praktycznie z płaczem. Alfons popatrzył na niego jak na debila.
- Zgubiłem Jimmiego!! – zawył.
- Jak zgubiłeś? Zawsze mówiłem że się do niczego nie nadajesz. Udało ci się zgubić dorosłego faceta. Tylko ty jesteś zdolny do takich rzeczy. – stwierdził Alfons.
- No on sobie grzecznie spał w tej taczce…i ja wszedłem do sklepu kupić mu coś do picia i trochę jedzenia…więc go zaparkowałem przy drzwiach. Nie było mnie dosłownie pięć minut. I wróciłem a jego nie ma. Zabrał pluszowego jednorożca i uciekł. Nie mam pojęcia gdzie on do cholery może być. Byłem we wszystkich miejscach, gdzie on bywa. Ale go tam nie było. Nie wrócił tu?
- Nie. – powiedziałem – pewnie umarł.
- O Boże, David! Ty chyba masz rację. – jęknął Robert.
- Jak to umarł? – zapytał Fonsek. Był chyba trochę przerażony sytuacją.
- No nie wiem. Myślę… myślę że to samobójstwo… - blondyn był bliski zemdlenia.
- Ej, ale za to idzie się do więzienia. – zauważyłem. Nie chcę, żeby ktoś był w więzieniu.
- Co?
- No przecież to morderstwo z premedytacją. - wyjaśniłem.
- No dobra, ale musimy się skupić. Bo ten nieudacznik nic nie wymyśli. Gdzie mógł pójść James? - zapytał Alfons. No ten jeden to ma jednak łeb na karku.
- Wiem. Jest u Jackie! – krzyknąłem.
- Ona tu mieszka. Czyli byłby tutaj. - Alfons ciągle myślał za nas.
- Po prostu chodźcie, znajdziemy go. – stwierdziłem. Wyszliśmy z domu. I wpadliśmy na Jackie.
- Cześć? – mruknęła i postanowiła nas wyminąć. Oj nie. Potrzebujemy pomocy. Złapałem ją za włosy i zatrzymałem w miejscu. – Dav, zostaw mnie. Jestem zmęczona.
- Dziewczyno, Robert zgubił twojego narzeczonego. Musisz nam pomóc.
- Narzeczonego!? – Alfons nie wiedział chyba co się święci. Przecież Jackie to jego rodzina. Powinien mieć zaproszenie na ślub.
- Ja ci tam wszystko opowiem… - zacząłem. Ale nie dane było mi skończyć, bo Jack i Robert zaczęli panikować. Alfi poszedł do wypasionego samochodu. – Gdzie idziesz?
- Nie pomyślałeś? Może pojechał do swoich rodziców, do Epsom.
- Jak?
- Pociągiem.
- Ale on miał przy sobie tylko szlafrok, pluszowego jednorożca i słoik z ryżem!
- Warto spróbować. Acha. Amy ma do mnie zadzwonić jak tylko wróci. Jak nie zadzwoni to będę tu przyjeżdżać do upadłego.
- No to cześć. – powiedziałem. Odwróciłem się do moich ziemniaków. Nie wiedziałem co robić. Ale oni chyba nie wiedzieli bardziej. Cholera, nienawidzę być najbardziej ogarniętym człowiekiem w towarzystwie. Bo taki człowiek musi myśleć. Nienawidziłem myśleć. Głęboko odetchnąłem i zacząłem mówić cyferki żeby przygotować mój mózg do myślenia.
- 1, 2, 3…5…9… - właściwie…chyba tyle wystarczy. Poczułem, że może jestem w stanie jakoś przejąć kontrolę. Chciałem jakoś wymyślić. Ale to było za trudne. Wiedziałem tylko jedno. Że nie chcę iść sam. Miałem wybór. Robert lub Jackie. Bo ktoś chyba musi zostać. Chyba trzeba zabrać Jackie. Bo jest jeszcze malutka szansa, że na przykład spotkamy Jimmiego który będzie miał właśnie skoczyć z mostu. I właśnie tylko widok kobiety którą kocha może go odwieść od tego zamiaru. Podszedłem do tych upłakanych ludziów.
- Robert, ty zostajesz. Zrobisz jedzenie i będziesz czekał. Ty Jack mi pomożesz. – oświadczyłem. Dziewczyna odkleiła się od Roberta i przykleiła się do mnie.
- Gdzie idziemy? – zapytała.
- Może sprawdzimy wszystkie mosty w okolicy. Jakby jeszcze nie skoczył. – powiedziałem.
- David, to moja wina. – powiedziała, ocierając łzy. – zachowywałam się jak idiotka. Jeśli on się zabije to ja też się zabiję.
Zacząłem się zastanawiać, dlaczego wziąłem ją, a nie Roberta. No ale, już zdecydowałem, więc chyba nie będziemy wracać. Więc sobie słuchałem o tym jaka to ona nie jest głupia i jak to nie jest jej wina. Dotarliśmy na most, ale Jimmiego tam nie było. Czyli skoczył. No, albo wybrał inny most. Albo powiesił się w lesie. Ale chyba nie ma już dla niego nadziei. Poczułem łzy na policzkach. Jackie patrzyła na mnie, jakby nie do końca docierało do niej to co się stało. Może i lepiej. Zacznie histerię dopiero w domu. Ruszyłem przed siebie. Amerykanka poszła za mną. Również nie ukrywała swojego zdziwienia gdy zatrzymaliśmy się przed kościołem.
- Po co tu w ogóle przyszliśmy? Mieliśmy szukać Jimmiego, a nie odprawiać jakieś modły. To kwestia życia i śmierci.
- No właśnie. Może jeszcze uda się poprosić Boga, żeby go ocalił. Albo może uda się uratować jego duszę? – powiedziałem całkiem serio i otworzyłem jej drzwi. Dziewczyna weszła do środka i sztywno usiadła w ławce. Zobaczyłem, że w bocznej nawie siedzi Bonzo. Więc poszedłem powiedzieć cześć.
- Hej, fajnie że jesteś w kościele. – powiedział.
- No nie za fajnie. Tak naprawdę, to Jimmy umarł. – powiedziałem i znów poczułem, że płaczę.
- Umarł? – zapytał.
- No. I to wina Jackie bo była głupia i Roberta bo jest idiotą. – wyjaśniłem.
- Pokażę ci coś. – powiedział i wstał. Jack też wstała. Poszliśmy do jakiś drzwi i weszliśmy do jakiegoś pokoiku z wielkim krzyżem. Bonzo dźgnął mnie pod żeberka. Popatrzyłem tam gdzie on. Na jakimś wielkim stole siedział Jimmy przebrany w jakąś dziwną, długą, czarną kieckę. I wpieprzał jakieś białe kółeczka.
- Jimmy, prosiłem cię. Nie wolno jeść hostii. Są potrzebne do mszy. – mruknął Bonzo. Jimmy uśmiechnął się jak psychopata i zaczął głaskać różowego, pluszowego jednorożca którego trzymał na kolanach.
- Co ty masz na sobie? – zapytała Jackie. No, Jimmy o wiele lepiej wyglądał w różu. Myślę, że ona też była tego zdania.
- No sutannę. – powiedział.
- Ale dlaczego?
- No wiesz Jackie, wszystko sobie przemyślałem. Zostanę mnichem. Ale Bonzio nie ma habitów. Więc pożyczyłem sutannę. – powiedział z uśmiechem. Oczy Jack zrobiły się większe od talerzy. Dziewczyna otworzyła usta jakby chciała coś powiedzieć, ale głos nie mógł jej przejść przez gardło. To było trochę dziwne, ale Jimmy to przyjaciel i trzeba go akceptować.
- To co? Wracamy? – zapytał. No właściwie po to tu przyszliśmy. No więc wróciliśmy. Po drodze strasznie dużo ludzi witało Jimmiego. A on zachowywał się jak jakiś papież. Fajnie byłoby gdyby awansował na papieża. Zamieszkalibyśmy z nim wszyscy i we Włoszech jest cieplutko i rosną palmy.
Weszliśmy do domu. Amy, Bri, Lucy i Rog wrócili i siedzieli w kuchni. i Robert też. Jedli jakieś jedzenie. No więc podszedłem i wziąłem Amy z talerza jakąś kluskę.
- Mamy Jimmiego. – oświadczyłem.
- Właściwie, powinniśmy byli zostawić go w tym pieprzonym kościele. Ten debil postanowił zostać mnichem. Ja się w to nie mieszam. – powiedziała Jackie i sobie poszła. Wszyscy wyglądali na zdziwionych. Ja bym się tam na ich miejscu cieszył. Podobno, gdy ma się księdza w rodzinie to się idzie do nieba. A my jesteśmy taką wielką rodziną. Więc nie powinni tego schrzanić bo to taka wielka dla nas szansa na łatwe zbawienie.
- Cholera, zabiję go! Co mu ostatnio odwaliło? – warknęła Amy i poszła w stronę hallu w którym stał sobie Jimmy w tej śmiesznej kiecce. A ja zabrałem talerz i poszedłem patrzeć. Amy stała naprzeciwko Jimmiego i kasowała go wzrokiem. Myślę, że ona też bardziej lubiła go w różu. Bo taka czysta czerń to raczej nie jest jego kolor. Miałem jej powiedzieć o tych palmach, żeby się na niego nie denerwowała, ale mnie uprzedziła.
- James, teraz już przegiąłeś. Najpierw stwierdzasz, że kochasz moją kuzynkę, później usiłujesz się zabić, potem jakaś dziwna gejowska akcja, a teraz oświadczasz, że zostaniesz mnichem? Naprawdę, myślałam, że się znamy. Traktowałam cię jak brata, a ty nie chcesz mi nic powiedzieć i odwalasz jakieś dzikie akcje. Wytłumacz mi to wszystko, do cholery!
Jimmy nic jej nie odpowiedział tylko poszedł sobie do swojego pokoju. Amy lekko się skrzywiła i wróciła do kuchni. Ja tam też wróciłem, ale jedzonka już nie było. Dupa. Więc sobie siadłem i patrzyłem na stół. Aż w końcu usłyszałem dzwonek do drzwi. Nudziłem się więc pobiegłem otworzyć. Nie sam. Amy i Robert też poszli. Za drzwiami stał Bonziu. W ręku trzymał błękitny szlafroczek w gwiazdki i księżyce. Szlafroczek Jimmiego.
- Cześć. Jimmy zostawił to w zakrystii.
- To ty zrobiłeś z Jimmiego mnicha? – zapytała Am.
- Mnicha? – wydawał się zdziwiony – Jimmy mnichem? Nie żartujcie.
Nagle przylazł Jimmy. Robert od razu zaczął panikować że Jimmiego to zabije. Więc go wziął na ręce. A ja zorientowałem się, że Jimmy zmienił ubranko. A w rączce miał tą czarną kiecę.
- Dzięki Bonziaczku. Przydała mi się. – powiedział i oddał Bonzo to coś.
- O co tu chodzi? – chciała wiedzieć Am.
- No nie wiem. – wyjaśnił kleryk. – Kilka godzin temu Jimmy przywlókł się do kościoła w szlafroczku. Był strasznie roztrzęsiony i zmarznięty. No więc pożyczyłem mu sutannę, bo tylko to tam miałem. Nic więcej nie wiem.
- No a ja powiedziałem, że jestem mnichem Jackie i Daviemu bo to było całkiem śmieszne, i mieli takie śmieszne miny. I wam też tak powiedziałem, Amy, żałuj, że nie widziałaś swojej miny…Robbie, puścisz mnie?
Robert postawił Jimmiego na ziemi.
- Teraz to odkręć, debilu. – powiedziała Amy z uśmiechem.
- Wiecie co było najlepszą częścią? Staffell był u mnie chwilę temu. I wiesz co zrobił? Wyspowiadał się! I kto tu jest debilem? – zapytał Jimmy.
Ale ja już się zgubiłem. Narzeczony Jackie, gej, samobójca i mnich? Jimmy chyba jest chory na rozczworzenie jaźni. I teraz jeszcze jest chory na samobójstwo. Zastanawiałem się, czy on znowu nie umrze. Stwierdziłem, że bym tęsknił. Więc się przytuliłem.


środa, 25 maja 2016

Rozdział 20

(oczami Jimmiego)
Wyciągnąłem się na kanapie. I tak musiałem tu leżeć, bo Robert był wszędzie. Co jakieś pół godziny właził do pokoju wnosząc więcej i więcej jedzenia. Miałem dosyć i czułem się grubo. A jak odmawiałem, to wysyłał Jackie. A do niej nie docierało, że ja wcale nie muszę tyle jeść i myślała, że robi dobrze wpychając we mnie więcej jedzenia, i  że w ten sposób sprawi że będę żył. A ja po prostu nie umiałem odmówić Jackie zupełnie niczego. Jeśli chciała, żebym jadł to jadłem. Pewnie gdyby poprosiła, żebym ogolił sobie brwi to bym się zgodził. Robert był podstępną żmiją i wiedział jak zmuszać mnie do jedzenia. Ale go rozumiałem. Po prostu się troszczył. Nagle usłyszałem dzwonek do drzwi. Chwilę później Jackie otworzyła drzwi i szybko została przesunięta na bok przez Freddiego.
- Jimmy, kochanie…co ci się stało? Boooże! Dlaczego nie dałeś mi znać wcześniej? Przecież się kochamy... – wrzasnął Fred.
- O czym ty do cholery mówisz? – zapytałem.
- Nie próbuj się oszukiwać… - szepnął i pochylił się nade mną. Chwilę później nasze usta złączyły się w długim, namiętnym pocałunku. Chłopak zagłębił dłonie w moich włosach. Mocno trzymał moją głowę i nie mogłem się nawet ruszyć…eh. Może jakoś przeżyłbym językową przygodę z Fredem, gdyby nie fakt, gdyby że w pokoju znajdowała się Jackie. I oczywiście widziała wszystko. No to dupa.
- Jimmy, możesz mi to wytłumaczyć? – zapytała. Znów miała zraniony głos.
- No właściwie nie. – przyznałem zgodnie z prawdą. Bo jak miałem to niby wytłumaczyć? Że jakiś dziwny gej się we mnie zakochał i uroił sobie, że jesteśmy w związku?
- To po co odwalałeś ten cały cyrk? Powinnam była się domyślić wcześniej. Miałam być tylko przykrywką, pokazywaną rodzinie i przyjaciołom, a tak naprawdę jesteś w gejowskim związku. Tylko po co mnie oszukiwałeś? – w jej oczach pojawiły się łzy.
- Jackie, to nie tak…ja cię kocham! – krzyknąłem. Dziewczyna nie wyglądała na przekonaną.
- Jimmy, możesz mi to wytłumaczyć? – tym razem padło to z ust Fredka.
- No nie. Wszystko słyszałeś… - Co ja mam tłumaczyć? Kocham ją i tyle.
Freddie wstał i przysunął się do Jackie.
- Dziewczyno, nie widzisz co jest między mną i Jamesem. Nie wpychaj się między nas. To znaczy wiesz…raz czy dwa możemy w trójkę poeksperymentować w łóżku…ale to nie będzie nic szczególnego. My planujemy wspólną przyszłość! – powiedział.
- To ty chyba nie wiesz co jest między mną, a Jimmym. Po prostu się wynoś. I nie możemy w trójkę poeksperymentować w łóżku. Jeśli ktoś będzie z kimś eksperymentować, to ja i James. Sami. To ty się nie wpychaj pomiędzy nas. – warknęła dziewczyna.
- Nigdy mi nawet o tobie nie wspomniał…A to oznacza, że się dla niego nie liczysz. Jego nie interesują żadne kobiety, jeśli chcesz wiedzieć. Dlatego, bo jest gejem. – powiedział Freddie, chyba święcie przekonany co do tego, że jestem gejem.
- Jasne…jest gejem i wyznaje mi miłość!?
- Może wyglądasz jak facet?
- Jasne, już prędzej wziął cię za kobietę!
- Tak, tak…właściwie to ja wziąłem go za kobietę…
- Jasne…przecież jesteś gejem.
- W ogóle popatrz na siebie…jak ty wyglądasz? Czy naprawdę wydaje ci się, że takie ciacho zainteresuję się dziewczyną z taką prostacką urodą? Może lepiej zainwestuj w siebie…jakiś fryzjer czy kosmetyczka dobrze by ci zrobili…i kup sobie nowe ciuchy…może damy ci pieniądze? Bo nie wyglądasz na taką która może sobie na to pozwolić…
- A ty niby jesteś lepszy? Wyglądasz jak jakiś arab!
- Hindus, dokładniej.
- Czy to ważne…głupi islamista.
- Zaratusztrianin, dokładniej.
- Wracaj na wielbłąda i zostaw Jamesa w spokoju.
- Na Zanzibarze? Wróć do szkoły, idiotko.
Rozłożyłem się wygodniej na łóżku. Jackie była taka słodka gdy była zazdrosna. Dziewczyna miała wyraźnie dosyć. Po jej policzkach spływały łzy. Cholera, powinienem był powstrzymać Freddiego wcześniej. Biedna Jackie chyba uwierzyła w każde jego słowo…
- Właściwie…weź sobie tego pieprzonego Jamesa. Właśnie dotarło do mnie, że oszukiwał mnie i ciebie. Też to przemyśl. Być może on nie zasługuje na żadne z nas. – krzyknęła i wyszła z pokoju. No i dupa. Freddie wyglądał na zadowolonego z siebie. Ale ja się wpieprzyłem.
- Fred, musiałeś? – zapytałem.
- Po prostu ona jest jakaś dzika.
- Weź daj jej spokój…postaraj się postawić w jej sytuacji. Co byś zrobił, gdybym lizał się z nią, a ty byś wszedł? – chciałem bez wrzeszczenia załatwić całą sprawę.
- No, byłoby mi smutno...
- I jej też jest.
Nagle do salonu wpadł Rob.
- James, co ty wyprawiasz? Nakrzyczałbym na ciebie, ale jesteś chory. Liżesz się z jakimś dziwnym gejem na oczach twojej narzeczonej...
- Narzeczonej? – Freddie był w szoku.
- No tak. Jimmy oświadczył się Jackie kilka tygodni temu. Wiesz, bo jak urodzi się ich dziecko…
- Nie mówiłeś, że będziesz miał dziecko. Zaręczył się z nią tylko ze względu na ciążę. Ale ja z Jamesem możemy wychowywać jego dziecko. Spokojnie, możesz zerwać zaręczyny…ślub ze względu na dziecko, to nie wypali. – Fred był tak pewny siebie, że aż się przeraziłem. On myśli o nas poważnie.
- Po pierwsze nie ma żadnej narzeczonej, po drugie nie ma żadnego dziecka, po trzecie nie ma żadnego nas. – wyjaśniłem.
- Jak to?
- Czy ja ci kurwa powiedziałem, że jesteśmy razem? – zapytałem.
- No nie, ale to tak trzeba powiedzieć? Nie wystarczą same uczucia?
- Co ty pieprzysz? Jakie uczucia? – miałem go coraz bardziej dosyć.
- No te między nami…ale wiesz co? Mi się wydaje, że jeszcze do siebie nie doszedłeś…może ja przyjdę odwiedzić cię w przyszłym tygodniu? Jak będziesz czuł się lepiej. – powiedział, pocałował mnie w policzek i wyszedł.
- James…masz mi cos do powiedzenia? – głos Roberta był zimny jak obiad podgrzany przez Amy.
- No ja sam tego nie ogarniam. Pytaj tego małpiszona Freda.  – warknąłem.
- Wiesz, że przez ciebie Jackie wybiegła z domu i powiedziała że cię nienawidzi? – zapytał.
- Dupa. – stwierdziłem.


(z perspektywy Amy)
Siedziałam sobie spokojnie w kuchni i jadłam obiad przygotowany przez Roberta. Brian poszedł do domu, po jakieś podręczniki czy coś. Wszyscy widzieli w nim tylko dziwnego kujona, którym wcale nie był...
Z salonu co jakiś czas dochodziły wrzaski, ktoś wbiegał i wybiegał. Nie zwracałam na to specjalnej uwagi, takie sytuacje były u nas na porządku dziennym.
Odsunęłam pusty talerz na bok i właśnie miałam zabierać się za malowanie paznokci. Jednak Robert przeszkodził mi w realizacji tego planu.
-Amy!!! - wpadł do kuchni z krzykiem. Posłałam mu pytające spojrzenie.
-Czy Ty wiesz, co tam się dzieje?
-Nie. - odparłam, chcąc poznać powód jego zdenerwowania
-Jimmy jest gejem.
-Co? - zapytałam patrząc na niego z przerażeniem - Przecież... On... Jackie... i wogóle... Nie rozumiem. - jęknęłam
-Lizał się przed chwilą z jakimś... Fredkiem?
-Jimmy. Umrze. Zaraz. - wysyczałam przez zęby i podniosłam się z krzesła.
-Amy! On jest chory, potem z nim porozmawiasz.
-Nie! Zabiję go. - warknęłam, chwyciłam kule i chciałam iść do salonu. Robert do mnie podbiegł i zatrzymał, łapiąc w pasie.
-Puść mnie idioto! - krzyknęłam i z trudem wyrwałam się z jego objęć. Był silny. Wykonałam kilka skoków, bo blondyn podczas szarpaniny zabrał mi kule i po chwili znalazłam się w salonie. Był tam tylko Jimmy. Odwróciłam się i zamknęłam drzwi na klucz, nie zwarzając na wrzaski Roberta.
Popatrzyłam z wściekłością na Jimmiego. Powiedziałam mu, że jeżeli zrani Jackie, to powieszę go za flaki na suficie. Nie sądziłam, że jest zdolny zrobić jej coś takiego.
-Jimmy. Musimy porozmawiać. - spiorunowałam go wzrokiem
-Amy, nie mam siły...
-Kurwa, a lizać się z Freddie'm miałeś siłę? - zapytałam złośliwie - Tłumacz się.
Chłopak popatrzył na mnie bezradnie.
-Am, ja sam nie rozumiem tej całej popieprzonej sytuacji...
-To lepiej żebyś zrozumiał. Wiesz, że Jackie jakiś czas temu wybiegła stąd z płaczem? Przez Ciebie. Pamiętasz naszą ostatnią rozmowę?
-Tak... ale... to nie tak jak myślisz... - próbował się tłumaczyć, jednak mu przerwałam
-Kurwa, a pomyślałeś o tym jak czuje się Freddie?! Czy ty wogóle myślisz czasem o kimś innym niż o sobie? Inni ludzie też mają uczucia, a ty bez przerwy wszystkich ranisz! Wiesz, jak oni się czuli, jak podciąłeś sobie żyły? Nie wiem co ci strzeliło do tego pustego łba, ale naprawdę przeginasz.
-Amy... To nie moja wina - wyszeptał przez łzy. Nie przejmowałam się tym, że płacze. Byłam wkurwiona do granic możliwości i cudem powstrzymywałam się od zrobienia mu krzywdy.
-No to do cholery ciężkiej, czyja?
-Ja... Freddie nigdy mi się nie podobał. Am, przecież wiesz, że nie jestem gejem.
-Mhm, gdybyś nic do niego nie czuł, nie lizałbyś się z nim na powitanie.
-To on mnie pocałował!
-Nie protestowałeś - warknęłam
-Amy, błagam Cię, kilka godzin temu wyszedłem ze szpitala. Wiecie, że straciłem dużo krwi, praktycznie nie mam siły, żeby się ruszać, a co dopiero odpychać jakiegoś napalonego pedała.
-Nie mów tak o nim - zerknął na mnie pytająco - Freddie jest w porządku, lubię go. Nie sądziłam, że jesteś takim homofobem - popatrzyłam na niego z niedowierzaniem
-Amy, litości, jak byś się czuła, gdyby Virgin nagle się na Ciebie rzuciła i próbowała Cię zgwałcić?
-Nie chciał Cię zgwałcić, tylko Cię pocałował. I nie zrobiłby tego, gdyby wiedział, że nie ma u Ciebie szans. Co ty mu wogóle nagadałeś?
-Nic... Am... nie było Cię wtedy w schronisku. Mówił tyle dziwnych rzeczy... ja się bałem. A potem był taki miły. I nie chciałem, żeby było mu smutno więc kiedy zapytał czy się umówimy powiedziałem mu że może kiedyś. Myślałem, że się odczepi, ale jest tylko gorzej...
-Ja pierdolę... Pogadam z nimi. Lepiej się zastanów co powiesz Jackie. I mam nadzieję, że wkrótce mi wyjaśnisz tą całą akcję z podcinaniem żył. Teraz idę poszukać Jack. Albo Freda. Jeszcze jedna taka akcja i nie wiem co Ci zrobię.
-Przepraszam. - popatrzyłam na zapłakanego Jimmiego i zrobiło mi się go żal. Usiadłam na kanapie i przytuliłam się do niego. Brunet już całkiem się rozkleił i po chwili miałam całą koszulkę mokrą od jego łez. Cicho westchnęłam.
-Jestem idiotą... - wyszeptał
-Przestań się nad sobą użalać i spróbuj to jakoś odkręcić. Na pewno się uda - uśmiechnęłam się, próbując go pocieszyć. Mimo wszystko był moim przyjacielem.
Wstałam i wykonałam kilka skoków w kierunku drzwi. Kiedy je otworzyłam, do środka wpadł Robert i potrącając mnie podbiegł do Jimmiego.
-Amy, co ty mu zrobiłaś? - zapytał widząc płaczącego Page'a
-Nic - wywróciłam oczami i wyszłam.
Zaczęłam się zastanawiać, jak znajdę Jackie i Freda. Nie byłam w stanie dojść zbyt daleko, bo poruszając się o kulach musiałam zatrzymywać się co kilka metrów, aby odpocząć. Weszłam do kuchni, w której zastałam Rogera. Lucy chyba poszła jeździć.
-Rog, mógłbyś mnie gdzieś podwieźć?
-Zabrali mi prawo jazdy... - odpowiedział zażenowany
-Racja, zapomniałam... - zrobiło mi się trochę głupio, że poruszyłam ten kłopotliwy dla blondyna temat. Zaczęłam się zastanawiać, kto mógłby mi pomóc, kiedy do kuchni wszedł Staffel.
-Tim, masz czas?
-Tak, a o co chodzi? - zapytał podejrzliwie
-Muszę znaleźć Freddiego, Jack pewnie wróci do domu. Tylko tak jakby nie mogę prowadzić... Pomożesz?
-Jasne. - powiedział i poszedł do samochodu. No, nawet on się czasem przydaje.




Siedziałam w samochodzie obok Staffela. Nie byłam zachwycona tym, że muszę jechać z nim, ale nie miałam wyboru. Martwiłam się o Freddie'go. Naprawdę go polubiłam. A teraz chłopak musiał cierpieć przez brak asertywności Jimmiego.
Poprosiłam Tima, żebyśmy pojeździli dookoła schroniska. Miałam nadzieję, że szybko uda nam się go znaleźć. Nie myliłam się - Siedział ze spuszczoną głową na jakimś murku. Zrobiło mi się przykro patrząc na jego bezradność. Podziękowałam Staffelowi za pomoc i wysiadłam z auta. Szybko chwyciłam kule i pokuśtykałam w stronę Freda. Wysilił się na delikatny uśmiech, jednak widziałam że jest załamany. Przytuliłam go na powitanie.
-Może... pójdziemy się napić? - zaproponowałam.
-Ok. - powiedział cicho. Ruszyliśmy w kierunku najbliższego baru. Był na drugim końcu ulicy, więc nie musiałam się martwić, czy dojdę. Kiedy byliśmy na miejscu Freddie zamówił Danielsa, ja wzięłam jakieś słabe piwo. Obiecałam Robertowi, że jeszcze przez jakiś czas będę się ograniczać.
-Fred, mógłbyś mi powiedzieć o co chodzi z Jimmym? Od samego początku. - poprosiłam chłopaka. Zerknął na mnie z niepewnością - Jak się wygadasz, będzie Ci lepiej - uśmiechnęłam się. Cicho westchnął i zaczął mówić
-Wiesz, czuję się teraz jak kompletny debil. Ja... nie jestem gejem, tylko bi. Na początku myślałem, że Jimmy to Ty. Wydawało mi się, że wyglądasz inaczej niż zwykle... I zacząłem zarywać do niego, będąc przekonanym, że zarywam do Ciebie. Potem okazało się, że jest facetem, ale mi to nie przeszkadzało. Po chwili uświadomiłem sobie, że może... jestem trochę zbyt nachalny. Więc powiedziałem mu, że może sobie to wszystko przemyśleć, że mamy czas. Wcześniej powiedział, że może gdzieś razem wyskoczymy. A ja chyba źle to odebrałem... Kurwa, tak mi głupio, zachowałem się jak debil...
-Nie martw się, wszyscy niedługo zapomną o tej akcji. Wszycy robimy czasem głupie rzeczy. - starałam się go pocieszy - na pewno kiedyś znajdziesz sobie chłopaka. Albo dziewczynę - dodałam, przypominając sobie, co powiedział chwilę temu. Popatrzył na mnie smutnymi oczami
-Wyszedłem przed twoimi przyjaciółmi na jakiegoś psychicznego zboczeńca.
-Freddie, daj spokój, na pewno niedługo o tym zapomną. A jak Cię bliżej poznają, na pewno Cię polubią. Jesteś jedną z najbardziej miłych osób, jakie poznałam. - powiedziałam całkowicie szczerze. Podczas pracy w schronisku zdążyłam się przekonać, że chłopak ma w sobie mnóstwo pozytywnej energii i jest bardzo sympatyczny.
-Naprawdę tak myślisz? - zapytał z nadzieją w głosie
-Gdyby tak nie było, nie mówiłabym tego.
-Amy, dzięki za wszystko. Nikt oprócz Ciebie nie akceptuje mojej... orientacji. Jeszcze nikomu nie mogłem się tak wygadać. Jesteś prawdziwą przyjaciółką - powiedział, po czym podszedł i mnie przytulił.
Uśmiechnęłam się, zadowolona z siebie. Teraz musiałam jeszcze znaleźć kuzynkę.




(oczami Jackie)

Byłam wściekła. Mogłam wybaczyć Jimmiemu Freddiego. Jeśli się w nim zakochał to ok. Ale nie powinien był okłamywać ani mnie, ani tego chłopca. Powinien był powiedzieć, a nie ciągle jęczeć „Jackie, jesteś dla mnie najważniejsza, naprawdę cię kocham, ale nie możemy być razem…jeszcze nie. Jesteś tą dziewczyną, którą szukałem całe życie…nie wiem jak mogłem tak wszystko zepsuć. Tak bardzo cię kocham”. Jasne. Oczywiście. Miałam jedną zasadę – szczerość. Jeśli Jimmy nie umie się do tego zastosować, to chyba już koniec. Choć właściwie nawet nie było początku.  Jak ja mam mu dalej ufać, jak on nie chce mi nawet powiedzieć o swoim związku. Wiem, że nie powinnam była krzyczeć na tego biednego zaratusztrianina, tylko raczej na Jimmiego. Właściwie ten chłopak wydawał się być w o wiele bliższej relacji z Jamesem. To chyba ja byłam (właściwie to miałam być) skokiem w bok. Postanowiłam się nie załamywać, ale nie mogłam. Cholera. Naprawdę się w nim zakochałam. Poszłam przed siebie z mocnym postanowieniem nie rozmawiania z Jimmym. Już nigdy. Więcej. Szłam tak sobie gdy nagle dotarłam do pizzerii w której poznałam Jimmiego. Super. Weszłam do środka i siadłam przy barze. I znów usłyszałam kłótnię zza zaplecza.

 - Szefie, Jimmy naprawdę jest chory. Dopiero wczoraj zwolnili go ze szpitala...stracił naprawdę dużo krwi. Trzeba go nosić, bo jest za słaby, żeby sam chodził…

- Jasne, jasne. Ja już go znam. Ciągle mam ochotę go wyrzucić, ale moja Costanza…ehh te dziewczyny. Gdybyś miała mieć córki to nigdy nie zatrudniaj młodych facetów. Ten debil nic nie robi, ale moja córka, nie pozwala mi go wyrzucić… płacę mu za to, że czasem raczy się tu pojawić, zwykle pijany albo na kacu i wyjdzie po kilku godzinach…

Virgin wyszła zza zaplecza.

- O, Jackie! Jak się ma James?

- Szczerze to gówno mnie to obchodzi... – powiedziałam zgodnie z prawdą. Nagle wyszedł jeszcze jakiś facet. Jakiś obleśny, spasiony Włoch po czterdziestce.

- Kim jest twoja mała przyjaciółka?

- Narzeczona Jimmiego. – powiedziała.

- Była narzeczona. Zostawiłam go. – właściwie…jeśli Jimmy tak mnie kocha…uśmiechnęłam się z lekko flirtującym spojrzeniem. – Straszny idiota, niedojrzały. Teraz szukam prawdziwego faceta…a zapomniałam się przedstawić. Jacqueline.

- Fiorenzo Guido Donato Orazio Venceslao di Santangelo. Miło mi. – powiedział całując moją dłoń. Oparłam się na ladzie i postanowiłam rozpocząć grę kokietowania szefa mojego ex. Co z resztą nie było jakieś trudne. Chwilę później siedzieliśmy przy stole, a Virgin robiła za kelnerkę. Wydawała się zła. Fiorenzo był strasznie namolny, ale wszystko, żeby wzbudzić zazdrość i wyrzuty sumienia Jimmiego. Gościu śmierdział rybą, ale jakoś musiałam to wytrzymać… po pół godzinie Fiorenzo był mój.  Miał mój adres i numer telefonu. Teraz wystarczy skonfrontować go z Jimmym. Czyli po prostu go zaprosić. Jestem genialna.

- No to będziemy w kontakcie, misiu. – mruknęłam.

- Oczywiście, bellezza!

 Postanowiłam wrócić do willi kuzynki. Weszłam do domu. Postanowiłam przejść przez salon, żeby zobaczyć co porabia mój przyszły-niedoszły.

- Jackie! Wróciłaś! Jak ja się cieszę…przepraszam. Wszystko źle zrozumiałaś…

- Źle zrozumiałam? Jak miałam niby zrozumieć wejście gościa podającego się za twojego chłopaka, z którym liżesz się na powitanie? – zapytałam. Właściwie już nie byłam na niego zła. Było mi tylko przykro, że nie umiał być szczery.

- Nie umiem tego wytłumaczyć…sam tego nie rozumiem. Błagam, zrozum. Musisz mi uwierzyć. – Chłopak podniósł się z sofy i podszedł do mnie. Złapał mnie za ręce i popatrzył mi głęboko w oczy. Musiałam odwrócić głowę, żeby nie ulec mocom voodoo, którymi jakieś bóstwo obdarzyło tego przesłodkiego bruneta. Właściwie to nie było sprawiedliwe. Jimmy był zbyt idealny, żeby dać mu teraz kosza. No ale musiałam. W końcu umówiłam się z jego szefem. Strząsnęłam ramiona chłopaka i się odwróciłam.

- Nie, James…to już nie ma sensu. Widziałam, co widziałam. Widać, że ten chłopiec myśli o tobie poważnie. A ty…ty w końcu dałeś mu się pocałować, i jakoś nie protestowałeś…fakty mówią same za siebie. – nie było mi z tym łatwo. Jimmy wyglądał na zszokowanego. Chyba nie był zbyt przyzwyczajony do dostawania kosza. Miał strasznie smutną minę, więc musiałam go jeszcze podręczyć. – W ogóle kogoś poznałam, więc nie komplikuj. Między nami i tak nigdy nic nie było.

Nigdy nie widziałam Jimmiego tak zranionego. Musiałam stamtąd wyjść żeby nie odwołać wszystkiego. Miałam nadzieję, że chłopak nie odpuści sobie teraz i będzie robił wszystko, żeby mnie odzyskać.




(z perspektywy Amy)
-Amy, pogadaj z Jimmym, bo... - zaczął Robert

-Nie mam czasu - odpowiedziałam wymijając go. Raczej po prostu mi się nie chciało. Miałam już dość rozwiązywania problemów innych. Kurwa, czy oni nigdy nie mogą poradzić sobie sami?
Podeszłam do telefonu i wybrałam numer Briana. Nie miałam ochoty siedzieć teraz w domu i wysłuchiwać płaczącego Jimmiego i panikującego Roberta, który myśli, że coś zrobiłam James'owi... Normalnie poszłabym pojeździć. Albo do Lucy i Davida. 
Kurwa. Ogarnij się, Amy, masz Briana.

Wykręciłam numer patrząc na małą wymiętą karteczkę, na której był zapisany. Brian dał mi go, kiedy byliśmy na kawie, a ja cały czas nosiłam go w kieszeni. W sumie to miałam szczęście, bo zazwyczaj gubię takie rzeczy, a ta była mi w tym momencie bardzo potrzebna.
Po chwili usłyszałam w słuchawce cudowny głos Briana

-Halo?

-Hej Bri, tu Amy. Jesteś zajęty? - zapytałam szybko

-Nie, właściwie nie... Chcesz do mnie wpaść?

-Będę do godziny - odpowiedziałam szczerząc się do słuchawki. Obok mnie przeszedł Robert dziwnie się na mnie patrząc. Popatrzyłam na niego i wzruszając ramionami zakończyłam rozmowę.

-Wychodzisz? - zapytał, widząc że zbieram się do wyjścia

-Tak. - odparłam - Do Briana. - dodałam uprzedzając kolejne pytanie. Robert  pokiwał głową i poszedł do kuchni. Pewnie znowu gotuje coś dla biednego Jimmiego. Zajrzałam jeszcze do salonu, żeby poinformować Jimmiego, że idę do Briana, po czym wyszłam. Powlokłam się w kierunku przystanku, bo raczej nie mogłam na nikogo liczyć w kwestii transportu.


piątek, 29 kwietnia 2016

Rozdział 19

(oczami Jimmiego)

Otworzyłem oczy. Wszystko z początku było dziwnie rozmazane, ale szybko odzyskiwałem ostrość widzenia. Gdzie ja do cholery jestem? To chyba szpital. Czyli przeżyłem. Kurwa. Nie chcę powtarzać tego jeszcze raz. Ale chyba nie mam wyjścia. Ale tym razem wymyślę coś bardziej skutecznego. Nie chciałem znowu rozcinać mojej własnej ręki. Dotyk metalu na skórze i ciepło spływającej krwi. Popatrzyłem na zabandażowane nadgarstki. Nic nie ma sensu. Wbiłem twarz w poduszkę. I teraz jeszcze moi wszyscy przyjaciele mnie nienawidzą. Sam się o to prosiłem. Właściwie i tak ci Coletti mnie zabiją. Nie wiem, czy zdążę z kolejnym samobójstwem. Moje życie nie ma sensu. Usłyszałem skrzypnięcie otwieranych drzwi. Nie obchodziło mnie kto to.

- Jimmy! – usłyszałem ryk Roberta. –obudziłeś się! Będziesz żył!

Nie mogłem mu patrzyć w oczy. Nie po tym wszystkim co zrobiłem.

- Jimmy? – zapytał niepewnie.

- Idź sobie – mruknąłem w poduszkę.

- Nie chcesz mnie tutaj? To wszystko moja wina, tak? Przepraszam, nie wiedziałem, że tak cię zranię. Gdybym wiedział. – jego głos się załamał. Koniec z ranieniem ludzi.

- Nie jesteś winny. Nikt z was. – ciągle nie byłem w stanie się do niego odwrócić. Poczułem jego dłoń na ramieniu.

- Tu chodzi o tą mafię?

- Skąd wiesz?

- Byli tutaj. Ale teraz się tym nie denerwuj. Załatwię wszystko. Tylko już nic sobie nie rób. Błagam.

Pokiwałem głową.

- Pójdę, zadzwonię do domu.

Robert wyszedł. Kilka minut później znów usłyszałem drzwi.

- Nikt nie odbiera. – powiedział – czyli albo się spili, albo już jadą.

Robert zaczął być cicho. Ale wytrzymał tylko chwilę.

- Dlaczego nie chcesz się do mnie odwrócić? Aż tak mnie nienawidzisz?

- Nie.

- Przestań się fochać. Jesteś moim przyjacielem. Najlepszym. Przoszę.

Przemogłem się i odwróciłem się.

- Znowu płakałeś. – stwierdził. – Serduszko mnie boli jak tak robisz.

- Przepraszam… - powiedziałem.

- Za co? To nie twoja wina, że masz tyle problemów…

- Nie, ja cię przepraszam za to co powiedziałem zanim…no wiesz.

- Nie myśl, że ci uwierzyliśmy. Znamy cię Jimmy.

Nagle drzwi się otwarły i do mojej sali wpadli Roger i Lucy.

- Jimmy! Żyjesz! – pisnęła dziewczyna i podbiegła do mnie. Chwilę później wylądowałem w jej objęciach. Cieszyłem się, że przyjechali, ale szkoda, że nie było z nimi Amy i Jackie.

- Tak. – powiedziałem.

- Szkoda, że nie zadzwoniliście. Przyjechałoby nas więcej.

- Dopiero się obudził… - powiedział Rob.

Ale miałem jasność. Tylko na Lucy i Roberta można liczyć. A Amy z Jackie mają na mnie wywalone i przyjechałyby tylko po to, żeby pokazać jak to im nie zależy, ale kiedy wiedzą, że nikomu nie mogą zademonstrować swojej wielkoduszności to ich nie ma. Boże, jakim byłem idiotą, że zakochałem się właśnie w Jack. Gdy Amy była w szpitalu to wydawała się taka troskliwa i słodka. Teraz właściwie stanąłem twarzą w twarz z faktem, że między mną i tą dziewczyną nic nie będzie. Ma na mnie ostro wywalone. Tylko dlaczego nie mogłem tak po prostu przestać o niej myśleć? Postanowiłem zacząć dbać o tylko tych prawdziwych przyjaciół. Zaczęliśmy rozmowę, ale jakoś nie szło. Każde z nich czuło się winne niezależnie od moich wyjaśnień i omijali prawie każdy temat, więc skończyliśmy gadając o pogodzie.







(oczami Jackie)

Stanęłam przed lustrem. Musiałam się ogarnąć. Miałam tą pieprzoną sprawę w sądzie i wypadałoby wyglądać jak człowiek, a chwilowo dostałabym rolę bez charakteryzacji w Horrorze Draculi. To nie moja wina, że tak źle znosiłam gdy ktoś lądował w szpitalu. I wydaje mi się, że nie mam w nikim wsparcia. To znaczy wszyscy niby mnie pocieszają i w ogóle, ale jednak czułam się kompletnie sama. Amy i Bri byli zbyt zajęci fizyką, a Lucy i Roger sami sobą. Dlatego tak tęskniłam za Jimmym. Po prostu był dla mnie prawdziwym wsparciem.

Odsunęłam myślenie o brunecie na bok. Muszę dobrze wypaść, a jęczenie za Jimmym i wypłakiwanie się w jego kocyk wcale mi w tym nie pomoże. Pogrzebałam w walizce. Nic mojego się nie nadawało. Nie wzięłam ze sobą żadnej odpowiedniej sukienki ani niczego. Zawlokłam się do pokoju Amy.

- Wszystko ok? – usłyszałam głos Amy.

- Tak – powiedziałam u zrobiłam mega sztuczny uśmiech. Kuzynka podniosła jedną brew. Chodziło o to, że byłam owinięta w koc Jimmiego, a na głowie miałam zawinięty jego szal? Właściwie przyszłam tu pożyczyć ciuchy, a nie użalać się nad sobą. – Właściwie, mam dziś tą sprawę w sądzie…wiesz gdzie jest Bri? Może by mnie zawiózł? Ja chyba nie jestem na siłach, żeby kierować. Właściwie ja nawet nie mam się w co ubrać…

- O to się nie martw. Mam szafę pełną ubrań. Wybierz coś. – zaproponowała. Podeszłam do szafy i zobaczyłam imponującą kolekcję ubrań. Za dużo. Nie wiedziałam co wziąć. Musiałam naprawdę długo stać i gapić się na szafę, bo usłyszałam że Amy z kulami przykuśtykała do mnie. Chwilkę później trzymała w ręku jedną z kiecek. – Weź tą.

Zabrałam sukienkę i poszłam się przebrać. Teraz przynajmniej miałam normalne ubranie. Wróciłam podziękować i w pokoju zastałam Bri.

- Amy mi powiedziała. Oczywiście, że cię zawieziemy. I w ogóle to ślicznie wyglądasz. Jak cosecans. – wiem, że powiedział to po to, żeby podnieść mnie na duchu. Ale i tak było miło.

- Uczesz się Jack. I weź zdejmij tą chustkę Jimmiego z głowy. Będziemy na dole. – Powiedziała Amy z lekkim uśmiechem. Znów poszłam do łazienki, żeby ostatecznie się ogarnąć.

Rzeczywiście czekali na mnie na dole. Poszliśmy do samochodu. Amy siadła ze mną z tyłu i całą drogę tłumaczyła mi, że będzie dobrze. Właściwie to były dwa wyjścia. Jeśli mnie deportują, to będę mogła spróbować zapomnieć o Jimmym. To byłby (mam nadzieję) dla mnie koniec męczenia się z uczuciami. Albo zostanę. I będę się męczyć z poczuciem, że chłopak którego kocham umiera w szpitalu na moich oczach, a ja nie mogę nic zrobić. Obie alternatywy nie były zbyt miłe.

- Jackie, pamiętaj. Jest ci przykro, żałujesz i się poprawisz. – powiedział Brian zatrzymując samochód przed dużym budynkiem. – Na pewno nie chcesz, żebyśmy szli z tobą.

- Nie. Poradzę sobie. Będziecie za godzinę – Upewniłam się.

- Jasne. Powodzenia.







(z perspektywy Amy)

Jackie wyszła z samochodu. Kiedy oddaliła się wystarczająco daleko, westchnęłam

-Bri... boję się.

-Czego? - zapytał zaskoczony tym nagłym wyznaniem

-Jackie pewnie zamkną... Jimmy może się już nigdy nie obudzić... Robert się załamie, popadnie w depresję i wyląduje w psychiatryku, Lucy ma Rogera, a ja... zostanę całkiem sama. - ukryłam twarz w dłoniach - i pewnie noga nie zrośnie się tak jak trzeba i już nigdy nie będę mogła jezdzić... ja zawsze się staram myśleć pozytywnie i nie zakładać najgorszego, ale... tego jest za dużo - jęknęłam.

Po chwili byłam już w objęciach Briana. Wtuliłam się w jego miękkie włosy. Na karku poczułam jego ciepły, lekko przyspieszony oddech. Słyszałam jego cudowny, delikatny głos. Uspokoiłam się. Na chwilę odsunął mnie od siebie i spojrzał mi głęboko w oczy.

-Nigdy nie będziesz sama, Amy. Kocham Cię - wyszeptał. Nagle wszystko inne przestało mieć znaczenie. Na chwilę zapomniałam o rozprawie kuzynki, śpiączce przyjaciela i wszystkich innych problemach. Spojrzałam w jego piękne, orzechowe oczy. Po chwili nasze usta złączyły się w namiętnym pocałunku.

Kiedy oderwaliśmy się od siebie, Brian ruszył.

Czułam się zupełnie inaczej. Może... to ta świadomość, że jest ktoś, komu na mnie zależy? Prawda jest taka, że nikt oprócz niego nie zainteresował się moimi uczuciami w tej całej chorej sytuacji...

-Gdzie jedziemy? - cudowny, ciepły głos wyrwał mnie z zamyślenia

-Nie wiem, wybierz jakieś miejsce. Myślę, że jakaś kawa by się przydała - usmiechnęłam się

-Masz taki piękny uśmiech... Jak wzór na długość fali... - powiedział i zawstydzony wrócił do poprzedniego tematu - Niedaleko mojej uczelni jest bardzo fajne miejsce, pojedziemy tam - pokiwałam głową. Widziałam, że bardzo stara się powstrzymać przed kolejnymi tekstami o fizyce. Był... uroczy.

Po kilku minutach dojechaliśmy na miejsce. Bri zaparkował przed niewielką, sympatyczną kawiarenką. W miarę sprawnie udało mi się wysiąść z auta. Przyzwyczaiłam się do kul.

Weszliśmy do środka.


kilka godzin później


Biegłam przez szpitalny korytarz. O ile dziwne skoki na jednej nodze, które wykonywałam przy pomocy kul, można nazwać biegiem. Brian i tak ledwo za mną nadążał. Jackie została gdzieś z tyłu. Szybko pokonałam kolejny zakręt i wpadłam do sali w której leżał Jimmy.

Był jeszcze bardziej blady niż zwykle (da się?) ale przynajmniej się wybudził. Rzuciłam mu się na szyję.

-Jimmy, tak bardzo się martwiliśmy! Nie rób mi tego nigdy więcej, słyszysz?

Coś było nie tak. Brunet nie odpowiedział, tylko odwrócił głowę w kierunku ściany. O co chodzi? Popatrzyłam za siebie. Bri, który zdyszany dołączył do nas wymieniał zaskoczone spojrzenia z Lucy. Oni też nie wiedzieli, co się działo.

-James, wszystko w porządku? - zapytałam zdezorientowana. Chłopak powoli odwrócił się w moją stronę i popatrzył na mnie z wyrzutem

-Teraz udajesz, że Cię to obchodzi?

Nie zrozumiałam. Patrzyłam na niego ze zdziwieniem. Co miał na myśli?

-Przecież wiem, że masz mnie gdzieś. - dodał - Nie musisz udawać.

-Co? O co Ci chodzi, Jimmy, przecież... - cofnęłam się o kilka kroków. Co mu się stało?

W tym momencie weszła Jackie. Page spojrzał na nią z wyraźną pogardą.

-A Ty taka sama. Jedna warta drugiej. Wcale wam na mnie nie zależy. Chcecie tylko pokazać innym jakie to z was niby dobre przyjaciółki. A jak byłem nieprzytomny, to nie było po co przychodzić.

Słuchałam tego z niedowierzaniem, które po chwili zamieniło się we wściekłość.

-Kurwa mać! Jimmy, nie wiesz jak było! Nie masz pojęcia jak wyglądał wczorajszy dzień! Sama się jakoś dostałam do tego pierdolonego szpitala, chociaż od kilku tygodni prawie się nie ruszałam! Ale przyjechałam tutaj dla CIEBIE! Potem przez pół nocy pocieszałam wszystkich, w tym Twoją przyszłą dziewczynę, która była na skraju załamania nerwowego, między innymi przez Ciebie. Oczywiście nie pamiętasz, że na dzisiaj był termin rozprawy, no bo po co? Ja praktycznie nie spałam, z Twojego powodu, więc musiałam trochę odpocząć i zawieźć Jack do sądu. Jesteś pieprzonym egoistą! - wyrzuciłam z siebie słowotok i już miałam rzucić się na niego z kulą, jednak Robert mnie powstrzymał. Brian wyglądał na lekko przerażonego moim wybuchem, reszta nie zwróciła na to szczególnej uwagi. Tylko Jackie patrzyła na Jamesa smutnymi oczami. To ona miała prawo być nim rozczarowana.

-Jesteś idiotą - warknęłam i już miałam wyjść, kiedy usłyszałam głos

-Przepraszam... Masz rację, jestem idiotą. - no, no, czyżby ktoś miał wyrzuty sumienia? Popatrzyłam na niego z satysfakcją. Wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Moja kuzynka podeszła do Jimmiego i wyszeptała (ale na tyle głośno, że wszyscy mogliśmy to usłyszeć)

-Jimmy, kocham Cię.

Chłopak otworzył szerzej oczy ze zdumienia i popatrzył na dziewczynę.

-Kocham Cię. - powtórzyła głośniej - Przepraszam, za wszystko co było wcześniej...

Postanowiliśmy im nie przeszkadzać i wyszliśmy na zewnątrz. Podniosłam głowę do góry i zerknęłam na Briana. Nie potrzebowaliśmy słów. Bri uśmiechnął się uroczo, po czym nasze usta złączyły się w delikatnym pocałunku.



(oczami Jimmiego)

Jackie siadła na podłodze, naprzeciwko mojego łóżka. Oparłem się o poduszki. Nasze twarze były na tym samym poziomie. Jedno uważniejsze spojrzenie na jej twarz dało mi do zrozumienia, że było jej strasznie ciężko przez moją własną głupotę. Ale co miałem zrobić, dać się zabić? Podświadomie wiedziałem, że tego mogłaby nie wytrzymać…wolę o tym nawet nie myśleć.

- Przepraszam...powinnam była być tu z tobą. I w ogóle powinnam być lepsza. Wykorzystywałam cię…traktowałam cię właściwie jak moją własność. Strasznie mi głupio. – powiedziała, wbijając wzrok w podłogę.

- Czekaj, to ja cię przepraszam. Ty nic złego nie zrobiłaś. To ja jestem cholernym idiotą…jak ja mogłem teraz tak na ciebie i na Amy nakrzyczeć. Nigdy sobie nie wybaczę. Do niczego się nie nadaję… - usiłowałem jakoś odwrócić jej uwagę od tego całego obwiniania się. I przy okazji naprawdę byłem okropny. Jackie powinna była zakochać się w kimś lepszym. Jakimś lekarzu albo prawniku. W kimś kto będzie miał na tyle pieniędzy, żeby mogła żyć na wysokim poziomie. Taka piękna dziewczyna powinna mieć wszystko, a nie załamanego debila z chorym długiem i mafią gotową go zabić. Nie mogłem, ale musiałem wybić jej to z głowy.

- Nieważne, więc… - zaczęła Jackie.

- Więc... Jeśli ci tak zależy, to… – mój głos się zawiesił. Spuściłem oczy i lekko się zarumieniłem. – to ja myślę, że to nie ma sensu. To znaczy cię lubię, Jack. Nawet bardzo. Może za bardzo. Jestem niebezpieczny. To znaczy nie ja, ale ludzie u których mam przesrane. Oni chcą mnie zabić. Nie chcę, żeby tobie cokolwiek zrobili, martwię się o ciebie. Chyba nie powinniśmy w ogóle ze sobą rozmawiać…co jeśli oni będą chcieli mnie zaszantażować? Byłabyś celem numer jeden…

- Jeśli nic do mnie nie czujesz to możesz mi po prostu powiedzieć. Uczucia są od ciebie niezależne, więc nie mogę cię o nic obwiniać – dziewczyna pociągnęła nosem, a w jej oczach pojawiły się łzy. Boże, czy ona nie może zrozumieć. Ja ją do cholery kocham, ale tak bardzo się o nią boję… Chwyciłem jej dłoń i zacząłem bawić się jej palcami.

- Źle mnie zrozumiałaś, chcę dla ciebie jak najlepiej. Ja też cię kocham, ale nie chcę cię ranić…

- Nie rozumiesz, że właśnie tym mnie ranisz?

Naszą rozmowę przerwało wejście Amy. Nad głową trzymała jakąś kartkę.

- Mam twój wypis! Zabieramy się stąd. – zawołała. Siadłem na łóżku i już miałem spuścić nogi i wstać, gdy nagle Robert dobiegł do mnie, schwycił mnie w ramiona i podniósł z łóżka.

- Co ty robisz? – syknąłem i zacząłem machać nogami w nadziei, że się uwolnię. Robert poszedł przed siebie, unosząc mnie ze sobą, a cała reszta ludzi podążyła za nami. Wepchaliśmy się do samochodu.

- Jimmy, jesteś bardzo osłabiony. Straciłeś bardzo dużo krwi. Będę ci gotował zdrowe posiłki i zadbam o to, żebyś wrócił do zdrowia.

- No Jimmy, wreszcie nie będziesz wyglądał jak ofiara holokaustu. - stwierdziła Amy. Ona na własnej skórze doznała efektów pożywnych obiadków Roberta. Rzeczywiście trochę jej się od tego przytyło.

- Ja nie mogę zgrubnąć! Zapomniałaś kto tu przez całe życie ćwiczył taniec…to zrujnowałoby moją karierę – zaprotestowałem. Co z tego, że mam od dawna w dupie stepowanie. Każdy argument jest dobry. Robert posłał mi jeden ze swoich uwodzicielskich uśmieszków.

- James, musisz jeść dużo, żeby odzyskać siły.

Całą drogę musiałem kłócić się z Robertem, o to co mogę robić. Cholera, jestem starszy, a on i tak rządzi się bardziej niż moja matka. Oczywiście mój kochany blond przyjaciel nie pozwolił mi samemu wyjść z samochodu. Znów zaczął tą całą szopkę z noszeniem mnie, jakbym był jakiś niepełnosprawny.

Jak tylko weszliśmy do domu, Amy przejęła kontrolę nad sytuacją i kilkanaście sekund później zostaliśmy sami w salonie.

- I co z tobą i Jack? – zapytała.

- Nieważne. Za to ja widzę, że ty szybko znalazłaś pocieszenie w ramionach jakiegoś dziwnego kujona.

Dziewczyna uśmiechnęła się do mnie lekko zawstydzona.

- On nie jest dziwnym kujonem. – oznajmiła.

- Amy…

- No dobra. Masz rację. Umawiam się z dziwnym kujonem. Zadowolony? Przynajmniej zdam tą fizykę, a ojciec nie będzie już narzekał, że jestem z wiecznie nic nie robiącym Robertem…wracając do tematu twojego związku mam ci do powiedzenia jedną rzecz: Jesteś dla mnie jak brat, ale wiem, jak traktujesz dziewczyny. Jeśli zrobisz to samo mojej kuzynce to powieszę cię za flaki na suficie, zrozumiano?

- Nie będę jej tak traktował, bo się z nią nie umówię. – stwierdziłem smutnym głosem.

- Przecież ją kochasz. Sam tak mówiłeś… - Amy wyglądała jakby nie ogarniała całej sytuacji. Jak sam też nie do końca ogarniałem.

- Ja wieem…ale…. – nie skończyłem się tłumaczyć, bo do salonu wbiegł Robert.

- James! Miałeś leżeć. – warknął Robert i popchnął mnie na łóżko. Poleciałem na kanapę. Zadowolony z siebie Robert pobiegł do kuchni i wrócił z miską zupy. Nie chciałem tego jeść, ale ‘leci samolot do pyszczka Jamesa’ i wpychanie tego we mnie na siłę to była już lekka przesada. Amy zaczęła się śmiać. Zdawałem sobie, że wyglądam debilnie tak leżąc z zaciśniętymi ustami i Robertem usiłującym wepchać we mnie jedzenie przy okazji rozlewając ją na mnie. Am jednak mogłaby się zlitować. Przynajmniej ona. Gdy Robert dał mi wystarczająco dużo zupy (właściwie to ją na mnie wylał, ale ok) i przykrył mnie kocem.

- Amy, wyjdź stąd. James potrzebuje teraz snu. – oświadczył Robert, łapiąc dziewczynę pod ramiona i wynosząc ją z salonu. Jakim on był debilem. Kochanym debilem. Właściwe to skoro leżę w tym łóżku to może wypadałoby się przespać. Ale to też nie było mi dane, bo usłyszałem wrzaski. Rozpoznałem głosy Davida, Bonzo i Virgin. Kilka sekund później wpadli do salonu. Virgin wyglądała na wściekłą.

- James! co ty najlepszego wyprawiasz? Samobójstwo!? To grzech! Ty sobie pomyślałeś co będzie jak umrzesz? – zaczęła się na mnie wyżywać. David wyglądał na przerażonego. Ale on zawsze tak wyglądał. Z całej trójki tylko Bonzo zdawał się mieć się do mnie zdrowe podejście. Może trochu za dużo gadał o Bogu i o tym, ze życie to najpiękniejszy dar od Boga, ale lepsze to niż szopka odstawiana przez innych. Nagle do pokoju powrócił Robert z miską zupy. Znowu?

- Jimmy! Pora na jedzenie! – zawołał i dopchał się do łóżka.

- Znowu? Jadłem jakieś pół godziny temu!

- Małe porcje regularnie! – ogłosił i przystąpił do wylewania na mnie kolejnego talerza. Po chwili wybiegł z pustym naczyniem. Nagle David podszedł do mnie i zaczął zlizywać zupę z mojego policzka i szyi. To było trochę dziwne…

- Davie, co robisz? – zapytałem lekko skonfundowany.

- Bo Robert tak dobrze gotuje a ja jestem głodny… - zaczął się tłumaczyć.

Do salonu weszła Amy ze swoim dziwnym kujonem.

- James, chciałam żebyś poznał Briana, tak bardziej w normalnych warunkach, a nie w szpitalu…w końcu to mój chłopak, a ty jesteś moim bratem…Kurwa! Robert! Miałeś go pilnować! Wychodzę na dziesięć minut, a oni tu zaczęli jakąś msze odprawiać, Vi chyba szatan opętał, a David liże Jimmiego! Ja się poddaję! – wrzasnęła i wyszła. Dziwny kujon Brian wyszedł za nią.

- David liże Jimmiego? – usłyszałem jęk Tima. – Ale dlaczego?

- Idź sprawdź! – warknęła Amy. Nie no…jeszcze jego mi tu brakowało. Kilka sekund później wpadł Tim.

- Co się stało? – zapytał. David oderwał język od mojego obojczyka.

- Robert wylał na Jimmiego jedzenie! I Jimmy go nie chce, więc ja je zjadam! – oświadczył i wrócił do wylizywania mnie. Wywróciłem oczami i znów spróbowałem go odkleić, ale przez tą głupią utratę krwi nie miałem na tyle siły. W dodatku Tim również postanowił się do mnie przykleić. Nie no masakra. Właśnie dotarło do mnie jak mam bardzo spieprzone życie…mój przyjaciel zachowuje się jak moja babcia, Amy ciągle się na mnie drze, Bonzo usiłuje mnie nawrócić, Vi przez moją głupotę wpadła w szał, Jackie chyba się trochę obraziła i kocham ją ale nie mogę się z nią umówić, bo to mogłoby się skończyć tragicznie, a dwóch debili mnie liże a ja nie mogę nic zrobić. Zacząłem poważnie zastanawiać się nad kolejnym samobójstwem. Chciałem w spokoju przytulić się do mojej krowy i o wszystkim zapomnieć. Do pokoju znowu wrócił Robert.

- Zostawcie mojego Jamesa w spokoju. On musi spać. Jeszcze przez was umrze i będę zmuszony was zabić w zemście. – oświadczył spokojnym głosem. Nie wiem dlaczego, ale od razu podziałało. David podszedł do Roberta (wyglądało to trochę śmiesznie bo Percy jest o jakąś głowę wyższy od Daviego) i otworzył szeroko oczy, z resztą zawsze tak robił gdy coś chciał.

- Dlaczego on umrze? Dlatego, że jestem głodny? Dasz mi zupkę? To wasza wina że ja głoduję, bo to przez was Lucy nie ma w domu, a ja nie umiem zrobić jedzonka… - jęknął.

- Dobra, dostaniecie tą zupę, tylko nie zabijajcie Jamesa. Swoją drogą…on też powinien dostać jedzenie. Ostatni raz jadł pół godziny temu... – oświadczył Rob. Nie, tylko nie to. Ale na szczęście wszyscy wyszli. Zamknąłem oczy i postanowiłem zasnąć, ale znów usłyszałem wrzaski z kuchni.

- Jackie, zanieś mu tą zupę! Jesteś jego narzeczoną! Od ciebie weźmie! – darł się Robert.

- Nie jestem żadną narzeczoną tego debila! Nie widzisz jak on mnie traktuje!? Ja do niego nie pójdę!

- Oczywiście że pójdziesz! Pogodzicie się! Do cholery, wy macie dziecko!

- Spierdalaj!

Nooo, super. Teraz to pewne, że Jack mnie nienawidzi. Chwilę później drzwi wejściowe się otwarły i wszedł Robert niosąc Jackie. Postawił ją na ziemi i wyszedł trzaskając drzwiami.

- Masz tą pieprzoną zupę. – syknęła i poszła do drzwi.

- Czekaj... – jęknąłem.

- Po co? Chyba sobie wszystko wyjaśniliśmy w szpitalu? – w jej głosie pobrzmiewało już tylko rozczarowanie.

- No właśnie nie. Bo ja cię kocham. I chciałbym być z tobą. Ale zrozum. Ja chcę dla ciebie jak najlepiej.

Dziewczyna podeszła do mojej kanapy. Chwilę później obejmowałem ją ramieniem. Nie chciałem jej martwić Colettimi.

- Boisz się, że umrzesz i zostanę sama? – zapytała.

Właściwie to było całkiem dobre wytłumaczenie tego wszystkiego. Więc przytaknąłem. Dziewczyna przytuliła się do mnie. Ale wcale nie było w porządku. Teraz musiałem szybko coś wymyślić, żeby dali mi spokój.